Zacznijmy od pozytywów. Na tle nieruchomo siedzącego otoczenia prezydenta Bronisława Komorowskiego dobrze wypadł gen. Stanisław Koziej, odchodzący szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, który klaskał, gdy prezydent Duda mówił o potrzebie silnej armii.

Żałuję, że jego pryncypał – prezydent Bronisław Komorowski – w momencie złożenia przysięgi przez Andrzeja Dudę nie wstał z prezydenckiego fotela na galerii sejmowej, uznając, że jest już byłą głową państwa i honor zasiadania w tym fotelu należy już do kogoś innego. Bardzo prosty, mały gest, ale jaki wielki.

Gesty w polityce niewiele kosztują, ale są ważne, bo wyznaczają standardy. Gesty pokazują innym, jak się należy zachować z klasą. Z klasą i szacunkiem dla racji stanu, dla państwa, któremu służy nie tylko werbalnie każdy polityk.

Tak zachował się minister obrony Tomasz Siemoniak, gdy z aprobatą kiwał głową do prezydenta Dudy, gdy ten zwrócił się w stronę ławy rządowej, mówiąc o potrzebie współpracy głowy państwa z Ministerstwem Obrony Narodowej.

Gesty są w polityce ważne, bo ludzie je widzą i traktują jako wyznacznik poziomu debaty publicznej. Dlatego tak kompromitujące jest dla posłów buczenie w czasie orędzia nowego prezydenta, nawet jeśli z treścią tego orędzia się nie zgadzają.

Lubię żywą dyskusję, ale są na nią odpowiednie miejsce i czas. I owszem, buczenie i gwizdy podczas obchodów rocznicy Powstania Warszawskiego są równie kompromitujące. Ale od posłów wymagam, by nie zniżali się do najgorszych standardów, lecz sami wyznaczali jak najwyższe.

Polskiej polityce brakuje klasy. Brakuje jej też merytorycznej dyskusji, ale tu potrzeba wiedzy, której jednak należy zaczerpnąć samemu. Klasę można skopiować od innych, tak jak robią to dzieci papugujące po rodzicach odpowiednie użycie sztućców przy stole. Dlatego gesty w polityce tyle znaczą.