Bo „ich" posłowie mogliby oczywiście zarabiać więcej – są pracowici, chodzą na posiedzenia komisji, głosują jak należy, dyżurują w biurach poselskich i siedzą na sali plenarnej, kiedy trzeba. Jedni wtedy, kiedy każe im marszałek, a drudzy, kiedy zakaże. Co kto woli.

Politycy sami więc podchodzą wstydliwie do tematu swoich uposażeń. Podwyżki? Nie, ależ skąd, wiemy, wiemy pielęgniarki też mało zarabiają... Gdyby można było uchwalić, że podwyżki przyjmuje rządząca większość, a fakt i wyniki głosowania pozostają w sekrecie – pewnie nikt by się nie wyłamał. Żadnych donosów do tabloidów by nie było. Ale tego zrobić się nie da. Więc pieniądze pochowane są w różnych szufladach. W zeszłej kadencji finansowym hitem były poselskie przejazdy i wyjazdy. A to na pielgrzymkę, a to na ważne posiedzenie, a to ożywiać stosunki bilateralne. Niektórzy nieźle się zresztą na tym przejechali.

Ale kilometrówki pozostały. Pieniądze na biura też. Rozliczenia taksówek i hoteli oraz limity na remonty biur poselskich także. Dzięki tym zaskórniakom pensja z dietą jakoś wystarcza. Czy to może zdenerwować obywatela zarabiającego średnią krajową? Może. Czy poseł powinien zarabiać tyle samo? Nie.

Politycy mają być dobrze ubrani, wygodnie mieszkać, mieć na dojazdy i telefony. Bo muszą pracować w spokoju, żeby podejmować najlepsze decyzje w imieniu swoich wyborców. Nie zastanawiać się nad rozliczeniem rachunków na 15 złotych za dojazd do telewizji. Nie szachrować co miesiąc na przejechanych kilometrach. Mają nie być zmuszanymi do odgrywania roli cwaniaków. Ich finanse muszą być przejrzyste, tak by obywatele mogli mieć zaufanie do swoich wybrańców.

Dlatego wszystkie po cichu wprowadzane półśrodki i półpodwyżki pochowane za sprawą ponadpartyjnego porozumienia w różnych tabelkach tylko pogarszają sytuację. Uczą polityków i obywateli hipokryzji, której i tak mamy nadmiar w polskiej polityce.