W ostatnich tygodniach obserwowaliśmy otwarcie sklepu Reserved w Izraelu. Wyglądało to jak sklepy w Ameryce w czarny piątek. Na czym polegał sukces tego wielkiego zainteresowania?

Mieliśmy bardzo duże zainteresowanie naszym pierwszym sklepem w Izraelu, otwartym w Tel Awiwie. Wpływ na to miała reklama i marketing. Nasz partner franczyzowy, przy pomocy, którego otworzyliśmy ten sklep, okleił prawie cały Tel Awiw reklamą. Zrobił świetną robotę.

Z drugiej strony wiemy, że klienci znali już naszą markę, bo jeździli do Europy na zakupy. Te dwa elementy złożyły się na sukces.

W tamtym regionie planujecie kolejne otwarcia?

W regionie Bliskiego Wschodu mamy już 6 sklepów. Sytuacja makroekonomiczna i geopolityczna w tym regionie jest trudna, więc rozwijamy się wolniej niż planowaliśmy.

Niebawem jadę zobaczyć, co tam można zrobić, żeby przyspieszyć rozwój, bo rynek jest ciekawy.

Otwarcie salonu w Londynie też było wydarzeniem. Planujecie w Wielkiej Brytanii kolejne sklepy?

Na dzień dzisiejszy nie planujemy. Mamy jeden sklep na Oxford Street. Jak tylko powstał, otworzyliśmy też sklep internetowy, który bardzo dobrze sprzedaje na terenie całej Wielkiej Brytanii. O Irlandii jeszcze nie myślimy, ale ciągle przyglądamy się miastom jak Paryż i Mediolan, żeby tam znaleźć doskonałe miejsce na flagowy sklep do promowania marki Reserved.

A inne regiony naszego kontynentu, może rynek wschodni?

Teraz otwieramy pierwszy sklep w Słowenii, a w październiku w Kazachstanie. W przyszłym roku mamy plany w marcu na Bośnię i Hercegowinę, a w październiku na Finlandię. Dużo się dzieje, podbijamy kolejne rynki.

Kolejne kontynenty?

Patrzymy mocno na Azję. Ale to jest rynek, szczególnie chiński, który kieruje się mocno znajomością marek. Stąd nasza strategia, żeby najpierw iść do Europy Zachodniej i zbudować silną markę z którą wejdziemy do Chin. Na to jeszcze parę lat musimy poczekać.

Na ile opłaca się budowanie flagowych sklepów, kiedy możemy zobaczyć produkty w internecie, a nawet je „przymierzyć”?

Oczywiście coraz więcej sprzedaje się w internecie. Internet jest prawie, że namacalny. Gracze, którzy wchodzą mocno w internet, my też, coraz większy kawałek tego rynku mają dla siebie.

Widzimy, że jednak jest klient, który woli przyjść do sklepu, dotknąć towar, przymierzyć. Patrzymy na rynki zachodnie, które są bardziej rozwinięte niż Polska w sprzedaży internetowej. Tam do 35 proc. towaru sprzedaje się w internecie. Reszta należy do sklepów stacjonarnych. Raczej wierzymy w synergię obu tych kanałów dystrybucji. Nie wierzymy, że internet zupełnie wyprze sklepy stacjonarne.

Oczywiście robimy dużo, żeby inwestować w nowe technologie, które wspierają połączeniu obu kanałów. Dzisiaj można iść do sklepu i jeżeli klient nie znajdzie swojej rozmiarówki to sprzedawca pomoże z poziomu aplikacji zamówić towar, żeby przyjechał do domu klienta.

W kraju rośnie cena robocizny i materiałów. Na ile to zmienia w waszym biznesie koszty i ewentualnie obniża marże sprzedawanych za granicą produktów?

Obserwujemy to nie tylko w Polsce, ale całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Kraje bałtyckie, Czechy, Słowacja, Rumunia – wszędzie brakuje rąk do pracy i zaczyna się konkurencja o pracownika. Przez to pensje rosną. Z drugiej strony, firmy jak my próbują znaleźć lepsze sposoby zarządzania czasem pracy. Żeby sprzedawca nie wykonywał rzeczy, które nie są związane ze sprzedażą. Sprzedawca ma obsługiwać klienta, wykładać towar i być na sklepie. Wszystkie rzeczy jak sprzątanie czy rozpakowywanie dostaw staramy się przekazać do firm zewnętrznych. W ten sposób staramy się zniwelować presję na wynagrodzenia i brak rąk do pracy.

Jakie nowe technologie będziecie wprowadzać w najbliższym czasie?

Mamy otwartych 70 projektów w LPP. Najważniejsze to big date, czyli analizowanie historycznych wzorców zakupów w poszczególnych sklepach. Dzięki czemu indywidualizujemy per sklep naszą ofertę wysyłkową. Każdy sklep może mieć troszkę inną rozmiarówkę czy inne modele w zależności od tego, czego poszukują klienci.

Druga ważna rzecz to elektroniczna metka, która wprowadzamy w przyszłym roku do wszystkich sklepów Reserved. Ona ma nam pozwolić na zasypanie dużej przepaści, którą mamy między sklepami stacjonarnymi a internetem. W internecie wiemy kim jest klient, gdzie klika, czego szuka, co zamówił. W sklepach stacjonarnych ten klient jest dość anonimowy. Dzięki tej metce będziemy mogli może nawet połączyć wiedzę o kliencie z tym, co bierze do ręki. Na razie ta technologia umożliwi nam proste sprawdzenie. Klient bierze coś do przymierzalni, ale później nie kupuje. Jeśli jakiś model będzie wiele razy brany do przymierzalni, znaczy, że spodobał się, ale coś jest nie tak z jakością czy fasonem, bo nie jest kupowany. Będziemy mogli to poprawiać, więc taka informacja to duża wartość.