O piosenkach szwedzkiej Abby, która zakończyła karierę w 1982 r., świat przypomniał sobie 15 lat później za sprawą musicalu „Mamma Mia!" Judy Cramer, Catherine Johnson i Phylidy Lloyd. Sukces przerósł oczekiwania: błyskawiczny transfer z londyńskiego West Endu na Broadway (a po latach także do warszawskiej Romy) i milion widzów. W 2008 r. owa trójka przy udziale filarów Abby, Benny'ego Anderssona i Bjorna Ulvaeusa, powtórzyła ten sukces w kinie, także finansowy (budżet 52 mln dol., dochód 610 mln).

Pretekstowa fabuła – dziewczyna po lekturze pamiętnika matki-ekshipiski, właścicielki niewielkiego hotelu na małej greckiej wyspie, w przeddzień ślubu poszukuje biologicznego ojca – posłużyła do powstania widowiska mistrzowsko łączącego elementy musicalu, komedii muzycznej i romantycznej. Zaproszono gwiazdy (m.in. Meryl Streep, Pierce Brosnan, Colin Firth, Stellan Skarsgard), dla których śpiew i taniec był nie lada wyzwaniem. Ich nieukrywany wysiłek z wyśpiewywaniem trudniejszych fraz czy odtańczeniem skomplikowanych ewolucji wciągał widza do zabawy.

Po kolejnej dekadzie muzycy Abby zapowiedzieli nagranie nowych piosenek i trasę koncertową, ale przedtem wyprodukowali następny film ze swoimi piosenkami mający zdyskontować powodzenie „Mammy Mii!". Zatrudnili czterech scenarzystów, z Richardem Curtisem („Cztery wesela i pogrzeb") na czele, a reżyserię powierzyli Olemu Parkerowi („Gry weselne").

Mimo większego budżetu (75 mln dol.) grecką wyspę Skopelos musiała zastąpić chorwacka Vis. Ale to najmniejszy problem wobec skleconego na kolanie scenariusza złożonego z numerów chwilami nijak się z sobą niewiążących. Osią całości jest powrót do 1979 roku, gdy Donna (grana w pierwszym filmie przez Streep) rusza na podbój Europy, szukać miejsca w życiu. A po drodze napotyka (mówiąc delikatnie) trzech młodych mężczyzn. Nie wiedząc, który z nich jest ojcem dziecka, wybiera samotne macierzyństwo w hoteliku na greckiej wyspie.

W „Mamma Mia: Here We Go Again" Meryl Streep pojawia się na krótko. Nie wiem, czy to z powodu braku pomysłów na kontynuację tej postaci, czy też fochów aktorki, której nie chciało się już śpiewać, pląsając po hotelowych stolikach. Pozostałe gwiazdy pojawiają się znów, choć bez werwy i radości pierwowzoru. Dzielnie, choć z nierównym efektem, starają się zająć ich miejsce, naśladując gesty i mimikę, młodzi następcy (Lily James, Josh Dylan, Jeremy Irvin, Hugh Skinner).

Bonusem dla wytrwałych jest imponująca forma głosowa Cher jako zmartwychwstałej matki Donny i Andy Garcia w roli menedżera hotelu z kamienną twarzą wygłaszający banały, jakich nie powstydziłby się Paulo Coelho.