Od 2002 roku, przez ponad dziesięć lat, był pan związany z Warszawskim Festiwalem Filmowym jako programer, kurator konkursu filmów krótkometrażowych, szef działu akredytacji, organizator warsztatów Fipresci Warsaw. W ubiegłym roku wrócił pan jako dyrektor programowy festiwalu. Wiedział pan o tej imprezie dużo, ale czy coś pana zaskoczyło?

Chyba to, jak dobrze nasz festiwal jest odbierany za granicą. Dla wielu twórców staje się on oknem na świat. W Cannes, Berlinie, Wenecji czy San Sebastian główne konkursy są w znacznej mierze zarezerwowane dla mistrzów. A przecież wciąż pojawiają się nowi artyści, którzy chcą zaistnieć. Warszawa może się dla nich stać wspaniałą trampoliną. Mieliśmy np. przed rokiem światową premierę filmu „Anorgasmia”, który potem zaczął jeździć po całym świecie. Jego twórca Jón Einarsson Gustafsson nie ukrywa, że pomógł mu właśnie start w Warszawie. 

Reklama
Reklama

 I to bez czerwonych dywanów?

My nie potrzebujemy canneńskiego czy weneckiego blichtru. Czerwone dywany leżą przed Pałacami Festiwalowymi na wielkich imprezach, my wolimy spotykać się z twórcami nie pod krawatem, tylko w bluzie. U nas artyści są blisko publiczności.

 Dostajecie 3-4 tysiące zgłoszeń rocznie. Jak wyławiacie tytuły, które włączacie do programu?

Staramy się skupiać na kinie współczesnym. Kiedyś funkcjonowało takie hasło: „O widzach i dla widzów”. Brzmi banalnie, ale tak właśnie próbujemy budować nasz program. Przyznaję też, że bardzo chciałem pokazywać w Warszawie filmy o wartościach takich jak miłość, przyjaźń, dobro, poświęcenie, przebaczenie. O sprawiedliwości i prawdzie. A wreszcie o wolności. 

 O czym dzisiaj najczęściej chcą mówić filmowcy z różnych miejsc świata? 

Powtarza się problem poszukiwania drogi życiowej, swojego miejsca w społeczeństwie, w świecie. Tak jak w naszych filmach „otwarcia”. „Debiut” Jesse’ego Eisenberga to historia kobiety, która po latach „zwyczajnego” życia próbuje odnaleźć się jako aktorka w lokalnym teatrze. Inny film, który pokażemy pierwszego dnia to „Błogosławieństwo ziemi” Hansa Pettera Molanda - o ludziach próbujących stworzyć sobie nowe życie na norweskim pustkowiu. Mamy filmy o bohaterach, którzy przeżywają kryzys i muszą odnaleźć się w nowych warunkach. I sporo opowieści o bezdomności, poszukiwaniu własnej przestrzeni. Takie są m.in. polska „Kobieta stanu wolnego” Elizy Godlewskiej i Alana Ruczyńskiego czy tytuły z Wielkiej Brytanii i Irlandii. Nie unikamy przy tym obrazów z innej epoki. Zamykający festiwal „Zapach jabłek” jest filmem o apartheidzie w RPA, ale opowiada też historię rodziny, skupiając się na relacji ojca i syna. Również w konkursach przeważają opowieści o bohaterach zwyczajnych, choć zaproponujemy też widzom np. dwa filmy o de Gaulle’u – o wielkiej polityce i wielkim człowieku. Ale też nie zabraknie wielkich rozliczeń historii. Na WFF odbędzie się premiera „Wyznania” Václava Marhoula, twórcy „Malowanego ptaka”. W opowieści z moskiewskiej Łubianki z 1938 r. pokazuje on starcie człowieka ze stalinowskim systemem represji.

 Zainteresowanie budzi konkurs filmów dokumentalnych, w którym znalazło się 15 tytułów, m.in. „Kaszpirowski” Łukasza Konopy i „Dyskretny człowiek” Rafaela Lewandowskiego. 

Udało nam się zebrać znakomite dzieła, a obrazy dokumentalne, które nie mieszczą się w formule konkursu, pokazujemy na seansach specjalnych. Widzowie będą mogli obejrzeć np. filmy o Marcie Argerich czy o Tede, a więc o twórcach reprezentujących bardzo różne style uprawiania muzyki. Z kolei w sekcji „Animus” znalazł się arcyciekawy obraz „Proszę o uwagę” poruszający temat kontaktu ludzi – od tych najmłodszych do najstarszych – z mediami społecznościowymi.

 10 dni, 190 filmów. Co dyrektor programowy poleca szczególnie? 

Nie wypada mi wyróżniać filmów konkursowych, dlatego chętnie zwrócę uwagę na „Żelaznego chłopaka” Louisa Clichy’ego — przepiękną, chwytającą za serce animację dla widzów w każdym wieku oraz „Wyzwoloną” Guya Nattiva, z fantastycznymi rolami Carrie Coon i Belli Ramsey. Warto też zobaczyć włoskiego kandydata do Oscara, „Spiralę” Paola Strippoliego, prosto z Konkursu Głównego w Wenecji, oraz „Lemoniadę” Kim Bartley — niezwykle czułe kino społeczne.

Bardzo nam zależy, żeby festiwal był miejscem przyjaznym, które będzie przyciągać widzów. Z Warszawy, z Polski, ze świata

Bartłomiej Pulcyn, dyrektor programowy WFF

 Kto w tym roku przyjedzie do Warszawy ze świata?

Będzie Hans Petter Moland, twórca „Błogosławieństwa ziemi” i prawie wszyscy reżyserzy konkursowych filmów często razem ze swoimi aktorami, operatorami czy scenarzystami. Miał też przyjechać w ekipie „Wyznania” Rob Lowe, ale w ostatniej chwili odwołał swój przyjazd z powodu rodzinnej tragedii. Zjawi się w Warszawie Václav Marhoul z producentami. Będzie wybitna czeska aktorka Anna Geislerová czy jedna z największych gwiazd kina chińskiego Huang Bo, który zaprezentuje film „Suzhou Quartet”. Łącznie spodziewamy się ponad 200 zagranicznych twórców. Choć przyznaję, że mamy pewien problem z zapraszaniem gwiazd kina: Warszawski Festiwal wpada w okres oscarowych kampanii, a my już dzisiaj mamy 10 tytułów, które kandydują do nominacji. Będą też oczywiście twórcy filmów z sekcji niekonkursowych. Z widzami spotka się wielu polskich artystów, na czele z twórcami konkursowych obrazów: „Przez ścianę” Macieja Sobieszczańskiego i „Cudze rzeczy” Grzegorza Dębowskiego.

 W ubiegłym roku dokonaliście wielu zmian, m.in. identyfikacji wizualnej, ale też sekcji w programie. Co zmieni się w tym roku?

Na pewno szata graficzna katalogu i gazety. Ale też dumny jestem, że będzie się zwiększać dostępność festiwalu. Pozyskaliśmy do naszego zespołu osobę, która ma nad tym pieczę. Stworzyliśmy specjalną stronę, na której spisane są wszystkie udogodnienia, jakie oferujemy, z audiodeskrypcją na czele. Podczas naszej imprezy odbędą się spotkania tłumaczone na język migowy. W wielu salach kinowych mamy udogodnienia dla osób na wózkach. Wprowadziliśmy też bezpłatne bilety dla opiekunów osób niepełnosprawnych. „Koordynator dostępności” będzie w czasie festiwalu przyjmował zgłoszenia telefoniczne i pomagał widzom wymagającym specjalnych udogodnień. 

 Chciał pan pozyskać dojrzałych widzów. Udaje się?

Współpracujemy z Caritas Archidiecezji Warszawskiej przy projekcie „Animus Film. Kino wartości”. To są bezpłatne pokazy dla seniorów. Ale generalnie nasza widownia dojrzewa razem z festiwalem. Spotykamy się z widzami w każdym wieku. I wychodzimy im naprzeciw. Mamy jedne z najniższych cen biletów ze wszystkich festiwali w Polsce. 20 zł na seanse zaczynające się do 15.00, a potem 25 zł. Staramy się nie budować bariery ekonomicznej.

 Małe miasta żyją swoimi kulturalnymi imprezami. Wam łatwo jest utonąć w zabieganej codzienności stolicy. Co robicie, żeby było was widać?

Chcemy być w wielu miejscach i w wielu kinach stolicy, ale też próbujemy stworzyć teren, który będzie żył naszym festiwalem. Przede wszystkim coraz bardziej rozbudowuje się i zmienia przestrzeń wokół Kinoteki mieszczącej się w Pałacu Kultury. Mamy poza tym Kinomuzeum czy Atlantic, które również są w pobliżu Placu Centralnego. Będziemy tam wizualnie obecni. 

 Czy Warszawa wam pomaga? 

Mamy duże wsparcie Urzędu Miasta. Na trzy lata dostaliśmy zwiększoną dotację. A w sierpniu prezydent Trzaskowski zwiększył naszą główną nagrodę Warsaw Grand Prix ze 100 na 120 tysięcy. Festiwal to świetna reklama stolicy, bo potem w mediach społecznościowych czytamy, jak bardzo goście – dziennikarze, artyści – są Warszawą oczarowani. Piszą o bezpieczeństwie, czystości, świetnej komunikacji. Niosą dalej wieść. To także napędza turystykę w Warszawie.

 W 2025 roku pokazy na Warszawskim Festiwalu zaczynały się dopiero ok. godz. 16. W tym roku w programie pojawiły się seanse przedpołudniowe. 

Mieliśmy wrażenie, że warszawiacy mają wcześniej swoje codzienne życie – pracę, zajęcia w szkołach, na uczelniach, a przyjezdni chcą przed południem pochodzić po Starówce, wybrać się do muzeum. Dostaliśmy jednak wiele próśb, żeby projekcje zaczynały się od rana. Także dlatego, że wiele osób, które przyjeżdżają do nas z Polski i ze świata, jest nastawionych głównie na życie festiwalowe. I oni chcą efektywnie wykorzystać czas w kinie.

 Marzenia na przyszłość?

Chciałbym, żebyśmy byli jeszcze bardziej obecni w innych przestrzeniach Warszawy. Marzy mi się otwarcie festiwalu w Sali Kongresowej. A program? On jest tworzony zawsze od nowa. No, chciałbym kiedyś pokazać na festiwalu nowy film Terrence’a Malicka. Sam na niego bardzo czekam. A poważnie: wszystkim nam bardzo zależy, żeby festiwal był miejscem przyjaznym, które będzie przyciągać widzów. Z Warszawy, z Polski, ze świata.