Nie jest łatwo zdobyć dziś widza

Hity hollywoodzkie przyciągają widownię, ale polskie komedie romantyczne, które dotąd gwarantowały sukces, padają.

Publikacja: 07.11.2022 03:00

Film „Johnny” to polski wyjątek, po dwóch miesiącach wyświetlania nadal przybywa mu widzów

Film „Johnny” to polski wyjątek, po dwóch miesiącach wyświetlania nadal przybywa mu widzów

Foto: Next Film

W 2022 roku frekwencja w kinach w Polsce osiąga 65–70 proc. tej rekordowej, z przedpandemicznego roku 2019.

Jak zapewnia Tomasz Jagiełło, prezes sieci kin Helios, filmy hollywoodzkie osiągają już wyniki podobne do przedcovidowych. Co ważne do kin wróciła młoda widownia.

Początek roku był trudny, obowiązywały jeszcze sanitarne obostrzenia. Między majem a lipcem frekwencja wystrzeliła. Od sierpnia znowu spada. Zabrakło hollywoodzkich hitów: daje się odczuć, że w pandemii takich produkcji powstawało mniej. 

Czytaj więcej

Rekomandacje filmowe na weekend: Lombard jak życie i gwiazdy Listów do M.

–  Superhity są już grane w kinach, ale na ekrany nie powróciły jeszcze w pełni mniejsze produkcje – mówi Tomasz Jagiełło. – Przed pandemią Hollywood dostarczał nam około 90 tytułów rocznie. W tym roku było ich 60, w przyszłym spodziewamy się 70.

Popularna jest ostatnio teza, że widzów odciąga od kin pandemiczne przyzwyczajenie do streaming,  tym bardziej że w czasie lockdownów część wielkich wytwórni, m.in. Disney czy Warner Bros. wprowadzało swoje filmy bezpośrednio na platformy streamingowe lub znacząco zmniejszało czas dystrybucji kinowej, po której film mógł trafić do Internetu. Według prezes Heliosu teraz ten proces się skończy.

– Produkcje klasy „Minionków” czy „Top Gun” nie trafiają na platformy – mówi Jagiełło.

Komediowy zmierzch

W przeszłości wyniki rodzimych produkcji stanowiły 25-30 proc., a w najlepszych latach zbliżały się nawet do 40 proc. wartości całego box office’u. W tej chwili trwa kryzys.

Przede wszystkim nastąpił zmierzch komedii romantycznych. Żadna z nich w tym roku nie odniosła sukcesu. Nawet te, które wydawały się „pewniakami”. jak „Zołza”, za którą stały nazwiska zwykle przyciągające przed ekran tłumy widzów: scenariusz Ilony Łepkowskiej, w rolach głównych: Małgorzata Kożuchowska i Artur Żmijewski. Wynik: niespełna 170 tysięcy widzów.

Innym potencjalnym hitem był film „Bejbis” Andrzeja Saramonowicza, scenarzysty „Lejdis” (2,5 mln widzów), reżysera „Testosteronu” (1,35 mln widzów). Jednak produkcja ta nie spełniła oczekiwań, gromadząc zaledwie 100 tys. widzów. A to i tak Himalaje dla ostatnich polskich tytułów, które całkowicie padły, mimo że miały w obsadzie markowych aktorów. Polaków przestały interesować perypetie miłosne wymyślane na kolanie i okraszone humorem kiepskiej marki.

– Może komedie romantyczne nie przystają do obecnych nastrojów? Może nastąpiło wypalenie tego gatunku? – zastanawia się Tomasz Jagiełło.

Ale też zaraz dodaje, że dotychczasowe wyniki wskazują na to, że lubiane i błyskotliwe „Listy do M.”, które weszły na ekrany w ostatni piątek mogą mieć otwarcie powyżej 250 tys. widzów. Działa prawo serii?

O zmianach preferencji widzów mówi też Marek Bień z firmy Gutek Film, członek Europa Distribution. Bo przecież największymi polskimi przebojami kasowymi ostatniego okresu stały się dwa filmy: „Johnny” Daniela Jaroszka – opowieść o księdzu Janie Kaczkowskim (790 tysięcy widzów) i dokument „Ania” o zmarłej na raka aktorce Annie Przybylskiej (545 tys. widzów).

– Może zatęskniliśmy za emocjami na ekranie, za prawdą, wzruszeniem? – zastanawia się Marek Bień.

W przypadku „Johnny’ego” i „Ani” niewątpliwie dużą rolę odegrała opinia widzów. Film Jaroszka w pierwszym tygodniu obejrzało 80 tys. widzów, w następnym już ponad 100 tysięcy. A po blisko dwóch miesiącach wyświetlania wciąż przybywa mu po ok. 50 tys. widzów tygodniowo.

Nie bez znaczenia dla polskiego box office’u jest spadek zainteresowania filmami Patryka Vegi. W ostatnich latach reżyser dostarczał po dwa hity rocznie. „Pitbulle”, „Botoks” czy „Kobiety mafii” już w weekend otwarcia zbierały po 700 tysięcy widzów. Autobiograficzna „Niewidzialna wojna” otworzyła się miesiąc temu wynikiem 30 tys.

Niektóre polskie filmy wciąż trafiają zbyt szybko streamingu, choćby „Broad Peak” Leszka Dawida, typowy obraz kinowy, który praktycznie od razu pojawił się w Netfliksie.  Problemem staje się też marketing. O hollywoodzkich produkcjach i ich gwiazdach piszą wszyscy, rodzime filmy wymagają dobrze przemyślanej reklamy. Specjaliści od marketingu mówią, że kiedyś wykupywało się reklamę w gazecie i w jednym z czterech kanałów telewizyjnych. Dzisiaj ilość kanałów i mediów społecznościowych jest ogromna. A polskich filmów powstaje rocznie 60. Tylko w listopadzie wejdzie ich na ekrany pięć. Trzeba więc, jak podkreśla Marek Bień, uważnie określić jak i do kogo chce się z tytułem dotrzeć.

Nie są w stanie przyciągnąć widzów nawet znakomite i najbardziej utytułowane polskie filmy. Nagrodzone w Cannes „IO” Jerzego Skolimowskiego obejrzało 30 tys. widzów, a zwycięzcę festiwalu w Gdyni „Silent Twins” Agnieszki Smoczyńskiej po dwóch tygodniach - niewiele ponad 20 tysięcy.

 Co z inflacją

Dla przyszłości rynku filmowego ważne wydaje się pytanie, czy zdusi go inflacja i znacznie trudniejsza sytuacja finansowa wielu polskich rodzin.

– Nie mamy doświadczenia z taką inflacją – przyznaje Tomasz Jagiełło. – Jednak w kryzysach kino zawsze było ważne. Można zrezygnować ze zmiany samochodu czy wakacji za granicą, nawet z wejściówki na koncert, która kosztuje 400 zł, ale już niekoniecznie trzeba z biletu do kina za 20 zł.

W weekendy wciąż kina odwiedza po 500 tys. osób. Ale cena odgrywa znaczącą rolę. W niedzielę 2 listopada, gdy bilety we wszystkich multipleksach i wielu innych salach kosztowały 10 zł, pół miliona osób przyszło do kin tylko w tym jednym dniu.

Więcej obaw o przyszłość ma przedstawiciel Gutek Film. Inflacja może mieć wpływ na to, jak będą sobie na trudnym rynku radzić filmy artystyczne. Nikt nie liczy na milionowe widownie, ale pozostaje pytanie, na ile biletów miesięcznie będzie widzów stać.

Specjaliści szacują, że w 2023 roku zanotujemy progres, choć do poziomu roku 2019 jeszcze nie dojdziemy. – Wiele zjawisk jest dziś dla mnie zagadkowych – mówi Tomasz Jagiełło. – Żyjemy w ciekawych czasach. Ale nie zgadzam się z opowieściami o tym, że dystrybucja filmowa się kończy, skoro w polskich kinach sprzedaje się rocznie aż 40 mln biletów. Mam za sobą 30 lat pracy w tej branży: przeżyłem VHS, Internet, piractwo, które w tej chwili praktycznie nie ma znaczenia. Jestem przekonany, że i z tych turbulencji też wyjdziemy.

W 2022 roku frekwencja w kinach w Polsce osiąga 65–70 proc. tej rekordowej, z przedpandemicznego roku 2019.

Jak zapewnia Tomasz Jagiełło, prezes sieci kin Helios, filmy hollywoodzkie osiągają już wyniki podobne do przedcovidowych. Co ważne do kin wróciła młoda widownia.

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Film
Rekomendacje filmowe na weekend: Inni w nas i wokół nas
Film
„Królestwo zwierząt” Thomasa Cailleya: Ludzie mutują jak po pandemii
Film
„Ród Smoka”, czyli „oko za oko, syn za syna” w drugim sezonie
Materiał partnera
Największe kino plenerowe w Polsce powraca
Materiał Promocyjny
Jaki jest proces tworzenia banku cyfrowego i jakie czynniki są kluczowe dla jego sukcesu?
Film
Niepewność i rozchwianie rzeczywistości – 10 debiutów na festiwalu „Młodzi i Film”
Film
Polski Instytut Sztuki Filmowej czeka na dyrektora