– Tutaj się urodziłem, chodziłem do szkoły, tutaj jest moja ziemia – opowiada Jan Kanty Pawluśkiewicz pokazując okolicę, gdzie mieszka.
Opowiada o swojej „tradycyjnej, bogobojnej, szlachetnej” rodzinie, w której dorastał wraz z trzema braćmi i wychowaniu w pokorze wobec świata. To ostatnie niezbyt mu odpowiadało.
– Marzyło mi się być pianistą w dobrym klubie jazzowym – wspomina Pawluśkiewicz. – Najlepiej gdzieś w Ameryce, gdzie bym przygrywał w romantycznej scenie Gregory Peckowi i Avie Gardner.
Ten rodzaj muzyki nie był wówczas mile widziany. Wytrwale jednak ćwiczył gamy i pasaże, a gdy grał to, co go fascynowało w pobliskim domu kultury, pewnego razu dopadł go gwałtowny sprzeciw pani dyrektor.
- Wtedy poczułem, że jestem na właściwej ścieżce – komentuje muzyk.
Pojechał do wymarzonego Krakowa. Na architekturę dostał się za drugim razem.
– To zmieniło moją sytuację towarzyską, aczkolwiek moi nowotarscy koledzy tytułowali mnie „architekcik”.
Porzucił jednak kilkuletni wysiłek naukowy, gdy poznał Marka Grechutę, młodszego kolegę z tego samego wydziału. I przez pięć kolejnych lat była to intensywna znajomość zawodowa.
– Bardzo mi imponował – przyznaje Pawluśkiewicz. – Bardzo kompetentny w poezji, erudyta. Wnosił niezwykłą umiejętność wyszukiwania wierszy z dorobku wielkich poetów, które nadawały się do muzyki.
Kwestię rozstania Jan Kanty przyjmuje na siebie.
– Już nie bardzo ekscytowały mnie piosenki, chciałem robić muzykę teatralną, filmową. Chciałem większych form.
Zamarzył mu się musical z tekstami Witkacego i wtedy zatęsknił za Markiem Grechutą – tak powstała „Szalona lokomotywa” i została nagrana płyta. Niedługo potem powstała jej sceniczna wersja, którą zrealizował Krzysztof Jasiński w Teatrze Stu.
Pawluśkiewiczowi bliska była „niesubordynacja wobec mainstreamu z rewolucyjnym wdziękiem”, która była cechą rozpoznawczą Krzysztofa Jasińskiego. Muzyk opowiada też o Piwnicy pod Baranami, jej przywódcy - Piotrze Skrzyneckim.
Komentuje też filmowy rozdział swojej muzycznej kariery, gdy współpracował z Kazimierzem Kutzem („Zawrócony”, „Pułkownik Kwiatkowski”), Feliksem Falkiem („Wodzirej”), małżeństwem Krauzów („Papusza”). Z Kazimierzem Kutzem porozumiewał się rozmawiając o kolorach – tak określali właściwości muzyki, którą miał skomponować Pawluśkiewicz.
- Oprócz satysfakcji z tej działalności pojawił się czysty zysk - zauważa.
Obecnie oddaje się nie tylko komponowaniu poważnych utworów, ale także zajmuje – żel-artem.
– To połączenie współczesnej ekstrawagancji z konwulsyjną klasyką – definiuje Jan Kanty Pawluśkiewicz swoją malarską technikę prezentując ją w praktyce krok po kroku.
Po raz pierwszy swoje obrazy malowane żelami rysunkowymi, kreujące fantazyjny świat wystawił w 1999 roku w Piwnicy pod Baranami. Od tamtego czasu pokazał swoją sztukę już na ponad 70 wystawach.
Opowiada też o „Harfach Papuszy” w języku romskim skomponowanych na 200 wykonawców, co zajęło mu trzy lata, o „Nieszporach ludźmierskich” – będących sentymentalnym powrotem po latach do rodzinnej podhalańskiej krainy.
Najbardziej ceni w ludziach odpowiedzialność i formy grzecznościowe: ”dziękuję, przepraszam, proszę”…
Wielowątkową historię swojego życia Jan Kanty Pawluśkiewicz opowiada nieśpiesznie, siedząc na ławeczkach, albo polegując na łące z widokiem na Wawel. Jest zarazem bohaterem jak i narratorem filmu. Także – ilustratorem muzycznym uczestniczącym w montowaniu tego dokumentu.
A widzów wzruszą zapewne i archiwalia znajdujące się w filmie pokazujące m.in. fragment próby sprzed lat „Szalonej lokomotywy” i śpiewającego Jerzego Stuhra przy akompaniamencie Marka Grechuty, fragmenty próby prowadzonej przez Krzysztofa Jasińskiego.
Nostalgicznie krakowskie. Warto.
Premiera dokumentu „Malowanie i śpiewanie. Jan Kanty Pawluśkiewicz” zrealizowanego przez Martę Węgiel we środę 15 listopada o 1.05 w TVP 2.