Reklama
Rozwiń
Reklama

Studenci w USA coraz droższe

Władze stanowe tną dotacje uczelniom, więc te ostro podwyższają opłaty. Przy rozpędzaniu studentów, którzy przeciwko temu protestują, policja sięga nawet po pałki i gaz

Publikacja: 25.11.2010 19:35

W kampusie Uniwersytetu Kalifornii doszło do starć z policją. Byli ranni i aresztowania

W kampusie Uniwersytetu Kalifornii doszło do starć z policją. Byli ranni i aresztowania

Foto: afp/san francisco chronicle

Co najmniej 13 aresztowanych studentów i czterech rannych policjantów to bilans starć, do których doszło kilka dni temu w kampusie Uniwersytetu Kalifornii. Demonstranci próbowali przełamać policyjną barykadę i wedrzeć się na obrady zarządu w sprawie kolejnej podwyżki czesnego.

Aby opanować sytuację, stróże prawa użyli więc gazu pieprzowego i pałek. Jeden z policjantów, któremu rozwścieczeni planowaną podwyżką studenci wyrwali pałkę, sięgnął nawet po broń palną.

Mimo gwałtownych protestów władze uczelni pozostały jednak nieugięte i kolejny rok z rzędu zdecydowały się na podniesienie opłat za studia. Tym razem czesne pójdzie w górę o 8 proc.

[srodtytul]Z dyplomem i długami[/srodtytul]

Studenci z Kalifornii wkrótce za naukę będą musieli więc płacić ponad 11 tysięcy dolarów rocznie, o 822 dolary więcej niż dotychczas. Dla wielu młodych ludzi to bardzo dużo, zwłaszcza że rok wcześniej podwyżka czesnego wyniosła aż 32 proc. Kwota ta nie zawiera jeszcze miejsca w akademiku czy wyżywienia.

Reklama
Reklama

– Każdego roku studenci płacą za edukację coraz więcej i więcej, jednocześnie dostając w zamian coraz mniej – przekonywał reportera agencji AP Jared McCreary, 23-letni student IV roku historii i nauk politycznych. – Wielu studentów wciąż z trudem wiąże koniec z końcem, musi zaciągać kolejne pożyczki albo pracować w kilku różnych miejscach. Takie są realia – tłumaczył McCreary.

– Wiele moich przyjaciółek skończyło studia, ma po 90 – 100 tysięcy dolarów kredytu zaciągniętego na naukę i od kilku miesięcy nie może znaleźć dobrze płatnej pracy. A zarabiając po 10 dolarów za godzinę, trudno im się utrzymać, a co dopiero spłacić taką kwotę – przekonuje „Rz” Lee Wenting, tegoroczna absolwentka Uniwersytetu Kalifornijskiego.

– Ja mam szansę na karierę, ale moje przyjaciółki niemal kompletnie się załamały. W takich warunkach naprawdę trudno jest planować przyszłość, bo możesz skończyć, całe życie ciułając na raty za studia. To bardzo, przygnębiające – opowiada drobna Azjatka. Podkreśla, że jej zdaniem w sytuacji, gdy władze stanowe obcinają pieniądze na uczelnie, to rząd federalny powinien zapewnić ludziom równy start.

Podwyżkom czesnego uważnie przyglądają się również rodzice nastolatków.

– Mam prawdziwą obsesję na punkcie wydatków na studia i będę ją miała przez najbliższe osiem lat – mówiła reporterce dziennika „The Arizona Republic” Susan Griffin z Phoenix, matka 18-latka, który w tym roku zaczyna naukę na Uniwersytecie Arizony.

Pieniądze na czesne pochodzą z rodzinnych oszczędności oraz stypendium. Susan Griffin ma jednak jeszcze dwie córki: 15- i 17-letnią, które również marzą o zdobyciu dyplomu. Państwo Griffin mają więc nadzieję, iż obie również zdobędą stypendia i pokryją przynajmniej część wydatków.

Reklama
Reklama

Władze Uniwersytetu Stanowego Arizony zdecydowały w tym roku o podniesieniu czesnego o 18,8 proc., a Uniwersytetu Arizony aż o 20,4 proc.

Nie w całych USA podwyżki były jednak aż tak drastyczne. Według raportu „Trendy w opłatach za szkoły wyższe 2010” ogłoszonego przez niezależną organizację College Board uczelnie publiczne w Stanach Zjednoczonych zażądały od studentów opłat o niemal 8 proc. wyższych.

Średnia opłata wynosiła 7 605 dolarów (ok. 21 600 zł) rocznie, a po doliczeniu opłat za akademik i wyżywienie 16 140 dol. (ok. 46 tys. zł) rocznie. W przypadku prywatnych uczelni i uniwersytetów czesne wzrosło średnio o 4,5 proc. do 27293 dolarów (78 tys. zł), za samą naukę, lub średnio do 36 993 dolarów (105 800 zł).

– Cięcia budżetowe stały się faktem. W całym kraju władze stanowe zmniejszają w budżetach pieniądze przeznaczane na uniwersytety i uczelnie publiczne – zauważa Sandy Baum, analityk z College Board.

Według wspomnianego raportu w ciągu ostatnich pięciu lat wysokość opłat za studia wzrosła w Ameryce średnio o 24 proc. w przypadku czteroletnich studiów na uczelniach publicznych i o 17 proc. na uczelniach prywatnych.

Z finansowych problemów studentów zdają sobie sprawę władze uczelni.

Reklama
Reklama

– Nikt nigdy nie chce podnosić opłat – przekonywała dziennikarzy Sherry Lansing z zarządu uniwersytetu w Kalifornii. Zagłosowała ona jednak za podwyżką, uważając, że jest konieczna, aby utrzymać jakość nauczania na uczelni.

Niektóre uniwersytety starają się ograniczyć wzrost czesnego, aby nie odstraszyć od swoich kampusów studentów, których rodziny często dotkliwie odczuły kryzys gospodarczy. Uczelnie w Waszyngtonie ograniczyły więc wzrost opłat do 4 proc.

Mimo to na trzech waszyngtońskich uniwersytetach za samo czesne trzeba w roku 2010/2011 zapłacić ponad 40 tys. dolarów (114,4 tys. zł).

[srodtytul]Rząd mocniej wspiera żaków[/srodtytul]

Jak jednak zauważył dziennik „The New York Times” szybko rosnącym opłatom za studia towarzyszy potężny zastrzyk pieniędzy dla studentów, m.in. od rządu federalnego.

Reklama
Reklama

Wartość bezzwrotnej pomocy udzielanej w zależności od stopnia zamożności rodziny (tzw. Pell Grants) w roku akademickim 2009/2010 wyniosła 28 mld dolarów.

– To o 10 miliardów więcej niż rok wcześniej – mówi Sandy Baum z College Board.

Wzrost dotacji od władz federalnych był w ostatnim roku tak duży, że pierwszy raz od wielu lat granty rządowe przekroczyły wartość grantów udzielanych przez prywatne fundacje, firmy i instytucje.

Również same uniwersytety coraz częściej zwiększają pomoc dla najbiedniejszych studentów. Dla przykładu na Uniwersytecie Kalifornii w przyszłym roku akademickim w ogóle nie będą musieli płacić czesnego studenci pochodzący z rodzin, które zarabiają mniej niż 80 tysiecy dolarów (228,8 tys. zł) rocznie. Na razie z tego obowiązku zwolnieni są ci, których rodziny osiągają roczny dochód niższy niż 70 tysięcy dolarów (200 tys. zł) rocznie.

Gorzej mają ci, którzy pochodzą z domów nieco bardziej zamożnych.

Reklama
Reklama

– Jeśli nie przysługuje ci pomoc finansowa, to pojawia się problem. W bardzo niewielu rodzinach dochód wzrósł bowiem w tym roku o 8 proc. – zauważa Terry Hartle, wiceprezes Amerykańskiej Rady Edukacji, cytowany przez dziennik „New York Times”.

[srodtytul]Miliony dla najlepszych[/srodtytul]

Dużo lepiej niż studentom wiedzie się szefom uczelni. Według raportu opublikowanego w połowie listopada na łamach „The Chronicle of Higher Education” siedmiocyfrową pensję pobierało w 2008 roku już 30 osób piastujących najwyższe uczelniane stanowisko (o siedem osób więcej niż rok wcześniej). Ponad 20 proc. szefów 448 badanych szkół wyższych zarobiło zaś przeszło 600 tysięcy dolarów (ponad 1,7 mln zł).

Jak zauważa dziennik „The Washington Post”, największą kwotę zainkasował Bernard Lander, założyciel Touro College, który zainkasował w 2008 roku niemal 4,8 mln dolarów. Steven Sample z Uniwersytetu Kalifornii Południowej zarobił 1,9 mln, Lee Bollinger z Uniwersytetu Columbia 1,8 mln, a Richard Levin z Yale 1,5 mln dolarów.

Co ciekawe, w gronie najlepiej zarabiających nie ma szefów tak prestiżowych uniwersytetów jak Harvard czy Princeton. Nie znaczy to jednak, że muszą oni narzekać na zarobki – w 2008 roku zarobili bowiem ok. 800 tys. dolarów.

Reklama
Reklama

Przeważnie gorzej niż szefowie prywatnych szkół wyższych zarabiają rektorzy uczelni publicznych. Wyjątkiem od reguły jest w tym wypadku Gordon Gee, który stoi na czele uniwersytetu stanowego Ohio i w 2008 roku zainkasował 1,5 mln dolarów.

I chociaż – jak zauważają komentatorzy – wiele kontraktów było negocjowanych jeszcze przed początkiem recesji, więc wysokość wypłat może na jakiś czas spaść, to jednak w długim terminie płace szefów najważniejszych amerykańskich prywatnych uczelni prawdopodobnie będą nadal rosły, ponieważ szkoły rywalizują między sobą o najlepszych.

Cytowany przez „Washington Post” prezes organizacji zrzeszającej college i uniwersytety (NAICU) David Warren przekonuje jednak, że wysokość pensji szefów szkół wyższych nie wpływa na podwyżki czesnego. Stanowią bowiem jedynie niewielki procent całkowitych wydatków uczelni.

[i]Jacek Przybylski z Waszyngtonu[/i]

Materiał Promocyjny
Lokaty mobilne: Nowoczesny sposób na oszczędzanie
Ekonomia
KGHM optymalizuje zagraniczny portfel
Ekonomia
Apelują do Orlen Termika. Chodzi o zamówienia dla dostawców spoza UE
Ekonomia
PGE odstąpiła od ważnej umowy. Naliczono wysokie kary
Materiał Promocyjny
Historyczne śródmieście Gdańska przyciąga klientów z całego kraju
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama