Zwycięstwo sił zainteresowanych dalszymi reformami okazało się zbyt słabym bodźcem, żeby zachęcić ich do kupowania euro i powiązanego z nim złotego przez dłużej niż kilka godzin.

Rano wspólny pieniądz kosztował w Warszawie mniej niż 4,23 zł. Frank był wyceniany na 3,52 zł, a dolar na mniej niż 3,33 zł.

W dalszej części notowań do głosu znowu doszli pesymiści zwracający uwagę, że prawdziwym problemem dla eurolandu może okazać się Hiszpania, która jest czwartą największą gospodarką w strefie euro. Szybko zyskali przewagę nad optymistami, co przełożyło się na powolne osłabienie euro. Jego śladem podążał też złoty.

Dlatego wieczorem dolar kosztował u nas już 3,4 zł, czyli 0,9 proc. więcej niż w piątek. Euro i frank drożały o 0,4 proc. do odpowiednio 4,28 zł i przeszło 3,56 zł.

Na rynku międzybankowym sesja miała znacznie spokojniejszy przebieg. Rentowność papierów dziesięcioletnich nie zmieniła się w porównaniu z piątkiem i wynosiła 5,27 proc. Oprocentowanie pięciolatek wzrosło do 4,91 proc. z 4,87 proc., a dwulatek spadło do 4,76 proc. z 4,77 proc.