Okolice Hokitiki na południe od Greymouth słyną z szerokich plaż z szarym piaskiem. Są niemal puste, w czym duża zasługa sand flies, czyli lokalnej odmiany złośliwych muszek, których ukąszenia diabelnie swędzą. Z plaży widać ośnieżone wierzchołki Alp Południowych. Wśród nich jedne z najłatwiej dostępnych na świecie lodowców – Franz Joseph i Fox. Ich jęzory schodzą w ogromne kamieniste doliny przypominające bramy do Tolkienowskiego Mordoru. Po kamieniach przechadzają się występujące tylko w nowozelandzkich Alpach brązowo-zielonkawo-czerwonawe papugi kea, wielkości naszych gołębi. Lodowce można eksplorować, udając się na całodzienną wyprawę z przewodnikiem, albo spojrzeć na nie z lotu ptaka, wykupując kilkanaście niezapomnianych minut lotu helikopterem.
Z krainy lodowców niedaleko do Queenstown, turystycznego centrum nowozelandzkich Alp. To mekka amatorów uwielbianych przez Kiwi sportów ekstremalnych. Właśnie w Queenstown niejaki A. J. Hackett spopularyzował bungee jumping, organizując skoki z mostu Kawarau. Niezwykłe położenie miasta, wciśniętego między góry a jezioro Wakatipu, najlepiej widać, kiedy wjedzie się kolejką linową na Bob's Peak. To jedna z piękniejszych panoram na całej wyspie. Pytani o lokalne atrakcje tubylcy są bardziej przyziemni. Oprócz okolicznych winnic produkujących głównie białe wina wymieniają bar z szyldem Fergburger, w którym serwują burgery w niczym nieprzypominające kanapek z sieciowych restauracji. Za 11 dolarów zamówić można na przykład wielkiego kotleta z jagnięciny z sosem miętowym.
[srodtytul]Głowę urywa[/srodtytul]
Na końcu drogi z Queenstown w kierunku miasteczka Glenorchy, biegnącej wzdłuż jeziora Wakatipu, znajduje się miejsce zwane Paradise. Spełnia ono wszelkie warunki, jakie religie świata stawiają rajom – owce i krowy leniwie żują trawę na zielonych pastwiskach obmywanych przez lodowcowe strumienie, tłem są góry porośnięte bukowym lasem i błyskające ośnieżonymi szczytami. Nic dziwnego, że ten teren wybrał Peter Jackson na zilustrowanie mitycznych Tolkienowskich krain, m.in. królestwa elfów Lothlorien. Turyści przyjeżdżają, by przemierzać okolicę śladami ekipy „Władcy pierścieni”.
Równie mityczna jest pobliska kraina fiordów z główną atrakcją – fiordem Milford Sound. Statki zabierające pasażerów w półtoragodzinny rejs wyglądają przy kilkusetmetrowych skalnych ścianach, z których spływają nitki wodospadów, jak liliputy. Za statkami podążają stada delfinów. Jak przystało na rodaków sir Edmunda Hillary’ego, który pierwszy postawił stopę na Mount Evereście,
Nowozelandczycy kochają chodzić po górach. Mają wspaniałe szlaki, jak słynny Milford Track prowadzący fiordami. Na jego przejście potrzeba trzech, czterech dni.