Reklama

Wszystkie pejzaże świata

Ośnieżone góry, zielone doliny, ukryte w gęstych lasach jeziora, klify, rozległe piaszczyste plaże, lodowce, gejzery z gorącą wodą – natura, w ramach rekompensaty za rzucenie jej na kraniec świata, dała Nowej Zelandii to, co ma najlepszego

Aktualizacja: 23.04.2010 14:12 Publikacja: 23.04.2010 01:35

Przy plaży sterczy z oceanu Cathedral Cove, czyli samotna skała o wielkości katedry. Oderwała się od

Przy plaży sterczy z oceanu Cathedral Cove, czyli samotna skała o wielkości katedry. Oderwała się od stałego lądu

Foto: Fotorzepa, JM Jarosław Murawski

Red

Podróż do Nowej Zelandii to jak wyprawa do biblijnego raju – podziwiając piękno krajobrazów, można odnieść wrażenie, że to ostatni kawałek świata, do którego nie dotarł człowiek. Wrażenie to złudne, bo Nowa Zelandia to nowoczesny kraj i znakomicie zorganizowana turystyczna maszyna. Ale od porównań do raju lub mitycznego Śródziemia, krainy z Tolkienowskiej trylogii „Władca pierścieni”, sfilmowanej notabene przez Nowozelandczyka Petera Jacksona, nie można uciec.

Kraj o powierzchni mniejszej od Polski o jedną szóstą zamieszkują 4 miliony ludzi, z czego co czwarta osoba rezyduje w jedynej nowozelandzkiej metropolii – Auckland. Reszta Kiwi, jak sami o sobie mówią Nowozelandczycy, rozproszonych jest na obszarze rozciągającym się na długości 1600 km – od podzwrotnikowej północy do umiarkowanie ciepłego południa. Średnia gęstość zaludnienia w Nowej Zelandii to zaledwie 14 osób na km kw., w Polsce prawie dziesięć razy więcej.

Nic dziwnego, że można tu zatrzymać samochód na środku krajowej drogi i spokojnie robić zdjęcia.

[srodtytul]Futrem do słońca[/srodtytul]

A robić zdjęcia chce się w Nowej Zelandii bez przerwy. Natura bowiem chojnie ją wyposażyła w cuda, wspaniałe krajobrazy.

Reklama
Reklama

By zobaczyć Nową Zelandię w pigułce, wystarczy przejechać samochodem przez Alpy Południowe (ciągnące się wzdłuż zachodniego krańca Wyspy Południowej). Jedna z takich dróg, oznaczona numerem 73, prowadzi z leżącego przy wschodnim brzegu Christchurch przez przełęcz Artura do Greymouth na zachodzie. Niecałe 250 km można by pewnie pokonać w trzy godziny, ale pośpiech byłby tu najgorszy. Przy wijącej się wśród gór szosie co chwilę wydeptane pobocza – widać, że nikt z przejeżdżających nie potrafi się oprzeć widokom ogromnych głazów rozrzuconych po dolinach, łubinowych łąk, malowniczych rozlewisk. Z Christchurch do Greymouth przejechać też można pociągiem – ta linia kolejowa jest w czołówce najpiękniej położonych na świecie.

Na północ od Greymouth leżą słynne Pancake Rocks, czyli skały, którym fale oceanu i wiatr nadały formę stosów naleśników. W tym miejscu lasy deszczowe schodzą prawie do morza, a droga wije się wzdłuż wybrzeża. Niedaleko miasteczka Westport (uważanego tu za całkiem spore, bo liczące 5 tys. mieszkańców) na przylądku Foulwind zamieszkała spora kolonia fok. Wylegują się na skałach, wystawiając futra do słońca.

[srodtytul]Kiwi w odwrocie[/srodtytul]

Podglądanie przyrody to jedna z atrakcji Nowej Zelandii. Odizolowanie geograficzne kraju sprawiło, że 90 proc. tutejszej flory i fauny nie występuje nigdzie indziej. Najtrudniej spotkać samego kiwi – jeszcze 100 lat temu tych nielotów było tu więcej niż ludzi, dziś pozostało kilkadziesiąt tysięcy. Do wytępienia symbolu Kiwilandu przyczyniły się oposy i zwykłe domowe psy. Kiwi prowadzą nocny tryb życia, w ciągu dnia turyści mogą je zobaczyć w specjalnych zaciemnionych terrariach. Znacznie łatwiej za to spotkać pingwiny, które potrafią wkroczyć na szosę prowadzącą wzdłuż zachodniego wybrzeża, przed czym ostrzegają kierowców znaki drogowe. Nie ma za to ostrzeżeń przed oposami, które europejscy osadnicy przywieźli do Nowej Zelandii z Australii i które rozmnożyły się do kilkudziesięciu milionów. Nowozelandzcy kierowcy bez skrupułów rozjeżdżają je na drogach.

W miasteczku Kaikoura, na północ od Christchurch, organizowane są rejsy w miejsca, do których podpływają wieloryby. Nie trzeba się za to nigdzie specjalnie wybierać, by zobaczyć tysiące owiec, obok kiwi stały się one symbolem Nowej Zelandii – zwierzęta oblepiają zielone pagórki jak psie kupy polskie chodniki. Wielu Nowozelandczyków obarcza farmerów winą za dewastowanie drzewostanu. Zanim kraj opanowali europejscy osadnicy, lasy rosły na większości jego powierzchni. Dziś zajmują niecałe 30 proc. Populacja owiec też się jednak zmniejsza – 20 lat temu było ich ponad 70 milionów, obecnie niecałe 40 miliony. Ale to nadal światowy rekord w przeliczeniu na mieszkańca.

[srodtytul]Jagnięcy burger[/srodtytul]

Reklama
Reklama

Okolice Hokitiki na południe od Greymouth słyną z szerokich plaż z szarym piaskiem. Są niemal puste, w czym duża zasługa sand flies, czyli lokalnej odmiany złośliwych muszek, których ukąszenia diabelnie swędzą. Z plaży widać ośnieżone wierzchołki Alp Południowych. Wśród nich jedne z najłatwiej dostępnych na świecie lodowców – Franz Joseph i Fox. Ich jęzory schodzą w ogromne kamieniste doliny przypominające bramy do Tolkienowskiego Mordoru. Po kamieniach przechadzają się występujące tylko w nowozelandzkich Alpach brązowo-zielonkawo-czerwonawe papugi kea, wielkości naszych gołębi. Lodowce można eksplorować, udając się na całodzienną wyprawę z przewodnikiem, albo spojrzeć na nie z lotu ptaka, wykupując kilkanaście niezapomnianych minut lotu helikopterem.

Z krainy lodowców niedaleko do Queenstown, turystycznego centrum nowozelandzkich Alp. To mekka amatorów uwielbianych przez Kiwi sportów ekstremalnych. Właśnie w Queenstown niejaki A. J. Hackett spopularyzował bungee jumping, organizując skoki z mostu Kawarau. Niezwykłe położenie miasta, wciśniętego między góry a jezioro Wakatipu, najlepiej widać, kiedy wjedzie się kolejką linową na Bob's Peak. To jedna z piękniejszych panoram na całej wyspie. Pytani o lokalne atrakcje tubylcy są bardziej przyziemni. Oprócz okolicznych winnic produkujących głównie białe wina wymieniają bar z szyldem Fergburger, w którym serwują burgery w niczym nieprzypominające kanapek z sieciowych restauracji. Za 11 dolarów zamówić można na przykład wielkiego kotleta z jagnięciny z sosem miętowym.

[srodtytul]Głowę urywa[/srodtytul]

Na końcu drogi z Queenstown w kierunku miasteczka Glenorchy, biegnącej wzdłuż jeziora Wakatipu, znajduje się miejsce zwane Paradise. Spełnia ono wszelkie warunki, jakie religie świata stawiają rajom – owce i krowy leniwie żują trawę na zielonych pastwiskach obmywanych przez lodowcowe strumienie, tłem są góry porośnięte bukowym lasem i błyskające ośnieżonymi szczytami. Nic dziwnego, że ten teren wybrał Peter Jackson na zilustrowanie mitycznych Tolkienowskich krain, m.in. królestwa elfów Lothlorien. Turyści przyjeżdżają, by przemierzać okolicę śladami ekipy „Władcy pierścieni”.

Równie mityczna jest pobliska kraina fiordów z główną atrakcją – fiordem Milford Sound. Statki zabierające pasażerów w półtoragodzinny rejs wyglądają przy kilkusetmetrowych skalnych ścianach, z których spływają nitki wodospadów, jak liliputy. Za statkami podążają stada delfinów. Jak przystało na rodaków sir Edmunda Hillary’ego, który pierwszy postawił stopę na Mount Evereście,

Nowozelandczycy kochają chodzić po górach. Mają wspaniałe szlaki, jak słynny Milford Track prowadzący fiordami. Na jego przejście potrzeba trzech, czterech dni.

Reklama
Reklama

Po drodze do Milford Sound można się zatrzymać w mieście Te Anau. Stąd organizowane są nocne wyprawy łodzią do pobliskich jaskiń, gdzie występują niezwykłe glow worms, czyli muchówki ze świecącymi odwłokami. Wiszą pod sufitem jaskiń, przypominając podniebne konstelacje. Innym doskonałym miejscem do podziwiania żarzących się robaków jest jaskinia Waitomo na Wyspie Północnej.

Żeby się tam dostać, trzeba przekroczyć Cieśninę Cooka, która oddziela dwie nowozelandzkie wyspy. Ma ona sławę jednego z najbardziej niebezpiecznych torów wodnych na świecie – kiedy gigantyczny prom lawiruje między zielonymi wzgórzami Marlborough Sounds, większość pasażerów wylega na górny pokład i wystawia twarze do słońca. Odkryty pokład błyskawicznie pustoszeje jednak, kiedy statek wypływa na pełne morze – wiatr jest tak silny, że niemal urywa głowę. W 1986 roku w jednej z cieśnin Marlborough Sounds rozbił się o skały rosyjski liniowiec „Michaił Lermontow”. Jego wrak jest dziś celem wypraw amatorów nurkowania.

[srodtytul]Wszystkie drogi prowadzą do W...[/srodtytul]

Przeprawa na North Island to jak wyprawa do innego kraju. Północna wyspa jest bardziej zalesiona, ma cieplejszy, wilgotniejszy klimat i przypomina kraje Azji Południowo-Wschodniej. Deszcz i wiatr to zwyczajowe powitanie, jakie przybyszom gotuje Wellington. Stolica Nowej Zelandii słynie z takiej pogody, ale też przyjaznej atmosfery oraz świetnych restauracji i kawiarń (szczególnie na sympatycznej Cuba Street). Dumą napawa mieszkańców Te Papa, czyli nowoczesne Muzeum Nowej Zelandii, pięknie usytuowane przy portowym bulwarze. Duża część ekspozycji jest ukłonem w stronę Maorysów, którzy zasiedlili wyspy na długo przed przybyciem Europejczyków.

Według maoryskich wierzeń Nową Zelandię odkrył w X wieku podróżnik Kupe, nazywając ją Aotearoa – Krajem Długiej Białej Chmury. Obecną nazwę nadał wyspom holenderski żeglarz Abel Tasman, ale współczesną historię kraju zaczął pisać James Cook, który dotarł tu w 1769 roku i zapoczątkował erę europejskich osadników.

Reklama
Reklama

Anglicy podpisali w 1840 r. traktat z plemionami maoryskimi, który ustanawiał zwierzchnictwo brytyjskiej królowej, gwarantując Maorysom prawo do ziemi. W kolejnych latach wyrugowali jednak autochtonów. Ostatecznie na początku XX wieku Nowa Zelandia uzyskała status dominium, a od 1947 roku jest niepodległym państwem w ramach Wspólnoty Narodów, choć Elżbieta II nadal jest głową państwa.

Najbardziej widocznym śladem maoryskiej bytności na wyspach są odziedziczone po nich nazwy geograficzne. Dodają one egzotyki, ale też potrafią narobić kłopotu turyście. Któż bowiem pytany, gdzie był wczoraj, mógłby z całkowitą pewnością stwierdzić, czy było to miasto Waikanae, Whatakane, Whakamaru, Wairakei, Waitara, Waitarere, Waikawau, Waikeria, Waireka czy też Waiuku? A może Waiouru?

W części „europejskiej” muzeum Te Papa wśród tablic pokazujących regiony Starego Kontynentu, skąd osadnicy wyruszali budować nowy kraj, jest akcent polski. Pod koniec II wojny światowej do Nowej Zelandii przybyło ponad 800 polskich uchodźców, głównie osierocone dzieci wywiezionych w głąb ZSRR mieszkańców Kresów. W muzeum jest kilka fotografii polskich sierot, które do końca lat 40. zamieszkiwały obóz dla uchodźców, a potem uzyskały prawo pozostania w Nowej Zelandii. Do komunistycznej Polski wróciło tylko 45 osób.

[srodtytul]Podziemny szampan[/srodtytul]

Turystyczną mekką jest środkowa część Wyspy Północnej. To płaskowyż z aktywnymi i wygasłymi wulkanami, gejzerami, bulgoczącymi jeziorami błotnymi i nieprawdopodobnymi formacjami skalnymi. Jego centrum to miasto Rotorua, gdzie aktywność geotermalną łatwo rozpoznać: wszędzie czuć silny zapach siarkowodoru, a nad okolicą unosi się dym. W samym mieście zobaczyć można największy nowozelandzki gejzer Pohutu, regularnie wystrzeliwujący fontannę gorącej wody wysoką nawet na 30 metrów. Chyba najpiękniejszym parkiem geotermalnym jest położony niedaleko Rotorui Wai-O-Tapu. Woda z podgrzewanych przez magmę źródeł absorbuje ze skał minerały, przez co cała okolica aż mieni się barwami – od białego przez żółty (słynny Basen Szampański ze złotą wodą z bąbelkami), pomarańczowy, zielony (Diabelska Łaźnia) aż po czerń. Przy niektórych rezerwatach geotermalnych (np. przy mrocznym Hell’s Gate) ulokowały się ośrodki spa.

Reklama
Reklama

Ale miejscowym nie uśmiecha się płacenie za coś, co natura dostarcza za darmo – jeżdżąc wokół Rotorui, co i raz słyszy się śmiechy i krzyki dobiegające z ukrytych za drzewami sadzawek zasilanych przez gorące źródła. Trzeba jedynie pamiętać, by nie pić wody i nie zanurzać w nich nosa ani uszu – z takiego zaproszenia mogą skorzystać ameby.

Na wschód od Rotorui nad jeziorem Tarawera sterczy dumnie wulkan, który był sprawcą jednej z największych katastrof w dziejach Nowej Zelandii.

W 1886 roku jego erupcja zasypała kilka okolicznych wsi, a także jeden z cudów świata – Białe i Różowe Tarasy. Wypływająca z gejzeru woda utworzyła w skałach wielopoziomowe kaskady ze zbiornikami o różnej temperaturze, w których pewnie dziś można by się kąpać jak w nowoczesnym jacuzzi.

Aktywności wulkanicznej zawdzięcza istnienie hot water beach na półwyspie Coromandel, kilkanaście kilometrów na północ od miasta Tairua. Na tej oryginalnej plaży trzeba się pojawić wcześnie rano. Teren, gdzie spod piasku wypływa gorąca woda, nie jest duży i po godz. 10 jest już na nim sporo ludzi wyposażonych w łopaty i szpadle. Sztuką jest znaleźć miejsce, w którym pod ziemią dyszy mały gejzer – będzie to nasz dostawca gorącej wody. Wystarczy tylko wykopać sobie mały basen, otoczyć go piaskową balustradą, żeby nie wlewała się do niego zimna woda z oceanu, i można się relaksować w naturalnym jacuzzi.

Niecałe 10 km od hot water beach leży, a właściwie stoi w oceanie Cathedral Cove, czyli samotna skała o wielkości prawdziwej katedry, która bombardowana przez tysiąclecia przez ocean oderwała się od brzegu. Skałę widać z punktu widokowego na pobliskim klifie, ale warto odbyć półgodzinny spacer w dół, na otaczającą ją plażę, by zobaczyć jedno z najpiękniejszych miejsc w całej Nowej Zelandii.

Materiał Promocyjny
Lokaty mobilne: Nowoczesny sposób na oszczędzanie
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Ekonomia
KGHM optymalizuje zagraniczny portfel
Ekonomia
Apelują do Orlen Termika. Chodzi o zamówienia dla dostawców spoza UE
Ekonomia
PGE odstąpiła od ważnej umowy. Naliczono wysokie kary
Materiał Promocyjny
Ikona miejskiego stylu życia w centrum Gdańska
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama