Ostatnie ustalenia przywódców Niemiec i Francji powodują, że zamiast luźnej federacji w pełni suwerennych państw powstanie wielki organizm połączony nie tylko walutą, ale też wspólnymi władzami, podatkami i polityką gospodarczą, i to w tym najzdrowszym, to znaczy niemieckim, wydaniu. Problemem jest to, że ta nowa Unia obejmie tylko państwa, które zdążyły wprowadzić euro. Co ważne, również tylko one będą decydowały o kształcie tego nowego jądra UE. Polska nie znalazła się w tym elitarnym gronie i nie będziemy mieli wpływu na kształt, jaki przyjmie euroland, do którego formalnie zobowiązaliśmy się przystąpić.
*
Tylko teoretycznie mogło być inaczej. Wyobraźmy sobie, że Polska zrealizowała plan premiera Tuska przedstawiony na Forum Ekonomicznym w Krynicy we wrześniu 2008 roku. Premier zapowiedział przyjęcie wspólnej waluty od początku 2011 roku. W tak krótkim czasie nie było to możliwe do przeprowadzenia, ale wyobraźmy sobie, że plan premiera nadludzkim wysiłkiem urzędników został zrealizowany i od paru miesięcy jesteśmy członkami finansowej elity świata. Co byśmy z tego mieli? Ano niewiele. Pewno obecne spadki giełdowe i stopy procentowe byłyby nieco mniejsze, a Jacek Rostowski mógłby spokojnie przewodzić spotkaniom ministrów finansów eurolandu. Ale to nie byłyby podstawowe różnice.
Najważniejsza dotyczyłaby naszego bilansu płatniczego. Słabnący złoty przysparza nam dodatkowych przychodów z eksportu. Zakładając, że euro jest droższe tylko o 5 gr (dziś ta różnica jest dużo wyższa), w skali półrocza z eksportu mamy dodatkowo ponad 3 mld zł i 0,5 mld zł z eksportu usług. Wydatki na import też oczywiście rosłyby, ale wolniej, bo im droższe euro, tym importowanym towarom trudniej znaleźć odbiorców. Tak więc dzięki posiadaniu narodowej waluty nasza gospodarka ma się lepiej. Czyli zyskujemy, bo jesteśmy mało wiarygodni i zagraniczni inwestorzy wycofują z Polski swoje pieniądze, obniżając kurs naszej waluty. Gdyby Grecja miała dziś swoją drachmę, to pewno jej gospodarka przeżywałaby gwałtowne ożywienie spowodowane słabą walutą i wynikającymi z tego atrakcyjnymi cenami, np. usług turystycznych. Inna sprawa, że nie miałaby szans na obsługę długu, gdyby był cały w euro czy dolarach.
Tak więc nie żałujmy, iż nie ma nas jeszcze w klubie euro. Ale to nie oznacza, że powinniśmy spokojnie patrzeć, jak ten klub przekształca się bez naszego udziału. Musimy mieć udział w tych decyzjach, ponieważ jesteśmy członkiem Unii Europejskiej i zobowiązaliśmy się do przyjęcia wspólnej waluty. A jeżeli mamy wstąpić do tego klubu, to musi on być urządzony w taki sposób, by był przyjazny dla wszystkich członków. Na razie wygląda na to, że warunki dyktują najwięksi.
*
Dlatego zupełnie niezrozumiały jest brak stanowiska naszego rządu w tej sprawie. Wypowiedź zawsze nastawionego progospodarczo wicepremiera Pawlaka, że te zmiany to wewnętrzna sprawa eurolandu, jest dowodem, iż nasze władze nie wiedzą, co z tym problemem zrobić.