Malezja ma 66. proc. udział w światowym rynku tego produktu. Top Glove - 55 proc.

O tym, że szykuje się bonanza prezes Top Glove wiedział już w grudniu 2019, bo wtedy nagle Chińczycy zwiększyli zakupy. — Czytałem o pojawieniu się tajemniczego wirusa i wiedziałem, że szykuje się coś naprawdę wielkiego – mówi teraz Lim Wee Chai Bloombergowi. Tak samo było, przed wybuchem epidemii SARS, H1B1, ptasiej i świńskiej grypy. Zawsze wtedy jako pierwsze pojawiały się zapytania z Chin, a potem z innych krajów świata.

Czytaj także:  Lidl sprzedaje swoje maski. Tanie i wielokrotnego użytku 

Według szacunków Lima w tym roku Malezyjczycy, bo firm produkujących rękawiczki w Malezji jest więcej, tyle że mniejszych niż Top Glove, wyprodukują przynajmniej 225 mld sztuk. W zeszłym roku było to 180 mld. Produkt jest profesjonalny, raczej nie nadaje się do użytku domowego, szczególnie dla osób, które mają uczulenie na detergenty, tylko przeznaczony jest do użytku w branży medycznej.

Według danych malezyjskiego Rubber Glove Manufacturers Association w tym roku popyt może zwiększyć się nawet do 240 mld sztuk, a to oznacza dla producentów z tego kraju wzrost przychodów z 4,31 mld dol. w 2019 do dobrze ponad 5 mld. — Mogę spokojnie powiedzieć, że każdy producent w Malezji skorzysta z tej bonanzy – prognozuje Denis Low, prezes stowarzyszenia.

Top Glove powstało w 1981 roku i od tego czasu rynek na jednorazowe gumowe rękawiczki rośnie nieustannie, głównie z powodu poprawiających się warunków opieki zdrowotnej w Chinach i Indiach. Potężnym impulsem wzrostowym była też epidemia AIDS, która wygenerowała popyt tak ze strony gabinetów lekarskich, jak i nawet policji w Stanach Zjednoczonych czy w niektórych krajach europejskich. Producenci w krajach rozwiniętych nie mogli wówczas poradzić sobie z zaspokojeniem popytu, a Malezyjczycy chętnie im pomogli. Dodatkowo jeszcze ich przewagą były bardzo niskie koszty pracy. I mieli wielkie szczęście. Bo nawet kiedy okazało się, że w gruncie rzeczy AIDS nie jest tak zaraźliwy, jak wcześniej sądzono, popyt się utrzymał.

Czytaj także: Bogaci się miliard dolarów miesięcznie. Dzięki koronawirusowi 

Wielkim atutem malezyjskich producentów jest fakt, że surowiec mają pod ręką. Jest tak dzięki brytyjskim kolonizatorom, którzy w drugiej połowie XIX wieku wywieźli sadzonki drzew kauczukowych z Brazylii i zasadzili w Malezji. Szybko okazało się, że klimat w tym kraju jest idealny dla takich upraw i nawet, kiedy na świecie spadł popyt na kauczuk, bo zaczęły go zastępować syntetyki, zapotrzebowanie na lateks nie spadło.

Ten rękawiczkowy boom miał swoje trudniejsze momenty. Najtrudniej było w 2018 roku, kiedy brytyjski „Guardian” ujawnił w jak skandalicznych warunkach żyją i jak nisko są opłacani pracownicy kauczukowych plantacji i robotnicy w Top Glove i konkurencyjnej firmie WRP Asia Pacific Sdn.Bhd. Chodziło przede wszystkim o imigrantów, pochodzących głównie z Nepalu i Bangladeszu, których traktowano jak niewolników, zatrzymując ich paszporty i zmuszając do pracy ponad siły i wstrzymując wypłaty zarobków. Ostatecznie brytyjski National Health Service rozpoczął śledztwo w tej sprawie, a amerykański Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego wstrzymał import rękawiczek z Malezji. Ostatecznie jednak darowano im winy, bo rękawiczki były bardzo potrzebne.

W momencie wybuchu epidemii Malezja miała własne kłopoty z epidemią koronawirusa i chwilowo nawet wstrzymano import lateksowych rękawiczek. Fabryki też zaczęły pracować w zwolnionym tempie z powodu narzuconych przez władze środków ostrożności. Ostatecznie jednak ze względu na strategiczne znaczenie, Top Glove i konkurencja skorzystały z wyłączenia ich spod nakazów i zakazów i produkcja ruszyła niemal pełną parą. Niemal, bo potrzeba nowych pracowników, w Malezji ich trudno znaleźć, a granice są zamknięte dla imigrantów. Mimo tych kłopotów Top Glove pracuje pełną parą. Tyle, że czas realizacji zamówienia wydłużył się z 30 do 150 dni. Największymi klientami tej firmy są kraje europejskie, Stany Zjednoczone, Chiny, Korea Południowa, Singapur, Hongkong i ostatnio – Brazylia.