Za trzy okręty A26, które ma wyprodukować szwedzki koncern Saab, zapłacimy kilkanaście miliardów złotych. Najpewniej pierwszy z nich wejdzie do służby w Marynarce Wojennej w 2032 r., a ostatni – w drugiej połowie dekady. W przyszłym roku do Polski ma trafić używany okręt A17, który zapewni tzw. zdolności pomostowe. Umowę w tej sprawie podpiszą w poniedziałek przedstawiciele polskiego i szwedzkiego rządu.
Przy tej okazji warto zwrócić uwagę na co najmniej trzy kwestie. Po pierwsze, wreszcie się udało. Postępowanie na zakup okrętów podwodnych przez kilkanaście lat było modelowym przykładem tego, jak kupować, żeby ostatecznie nie kupić. Była faza analiz, był moment, w którym Polska rzeczywiście była blisko decyzji, potem przyszedł spadek politycznego zainteresowania tematem i odłożenie projektu na półkę.
Najwyraźniej wicepremier i minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz uznał, że potrzebuje „własnego” projektu zakupowego, którego byłby ojcem od początku do końca. I choć tu i ówdzie pojawiają się głosy krytyczne, że okręt będzie przestarzały, że Szwedzi mają w tym projekcie olbrzymie opóźnienia i że należało wybrać innego dostawcę, faktem pozostaje jedno: ta sprawa wreszcie została załatwiona. Polska kontraktuje okręty podwodne. Co więcej, robi to w sposób wyjątkowo przejrzysty jak na nasze realia. Oferentów było sześciu, oferty porównywano, choć oczywiście polityka również miała znaczenie. Realny efekt tej decyzji – i to, czy wskazywane dziś ryzyka faktycznie się zmaterializują – będzie można ocenić dopiero za około sześć lat, gdy pierwszy okręt podwodny A26 zacznie wchodzić do służby w Marynarce Wojennej.
Czytaj więcej:
Za okręty A26 zapłacimy kilkanaście miliardów złotych. Obok samego zakupu toczą się także rozmowy o zacieśnieniu polsko-szwedzkiej współpracy gospo...
Pro
Przemysł, głupcze. Kontrakt ma dać więcej niż okręty
Drugą ważną kwestią jest to, że przy tym kontrakcie zdolności samego okrętu są tylko jednym z istotnych elementów branych pod uwagę. Bardzo ważne, być może nawet ważniejsze, były rozmowy dotyczące współpracy przemysłowej.
Z jednej strony Polska chce, by Szwedzi także kupowali sprzęt w naszym przemyśle zbrojeniowym. Głównym kandydatem jest tu deklarowany przez nich zakup okrętu Ratownik. Wartość potencjalnego kontraktu to ponad miliard złotych. Na razie jednak umowy nie ma, a negocjacje nie są zaawansowane.
Z drugiej strony zależy nam na tym, by Szwedzi inwestowali w Polsce i by rozwijała się współpraca między naszymi przemysłami, m.in. przez przenoszenie części produkcji do Polski. Jak ta współpraca się powiedzie, na razie trudno ocenić. Na pewno jednak z Saabem łatwiej rozmawiać o wspólnych projektach niż z większością koncernów amerykańskich, które do dzielenia się wiedzą podchodzą bardzo niechętnie. A nawet jeśli są gotowe na współpracę, często hamują ją amerykańskie regulacje.
Do obsługi i serwisowania okrętów, ale też do rozwijania nowych projektów, m.in. podwodnych bezzałogowców, Polska Grupa Zbrojeniowa chce utworzyć ze szwedzkim koncernem joint venture. Z kolei Grupa WB liczy na kontrakty eksportowe. W grę może wchodzić m.in. system poszukiwawczo-uderzeniowy Gladius. Zakup uzbrojenia z myślą o pozyskiwaniu zdolności przemysłowych powinien być standardem przy tak dużych transakcjach. Szkoda, że wprowadzamy go tak późno i że dopiero w ostatnich dwóch latach w tym obszarze tak wiele zaczęło się zmieniać.
Czytaj więcej
Strona szwedzka zobowiązała się do pozyskiwania sprzętu wojskowego u polskich podmiotów. Dojdzie też do transferu technologii dotyczącego zabezpiec...
To może być ostatni tak duży nowy zakup tej dekady
Trzecią kwestią, o której trzeba pamiętać przy okazji tego kontraktu, jest fakt, że to jeden z ostatnich tak dużych i spektakularnych zakupów uzbrojenia w najbliższych latach. Oczywiście, w najbliższych miesiącach będą jeszcze zakupy finansowane z unijnego instrumentu pożyczkowego SAFE – m.in. latające cysterny MRTT od Airbusa, być może śmigłowce szkolno-bojowe czy samoloty wczesnego ostrzegania. Poza tym jednak nasz budżet na tak wielkie kontrakty powoli się wyczerpuje. Teraz w dużej mierze będziemy spłacali to, co już zakontraktowaliśmy. Coraz więcej środków trzeba będzie też przeznaczać na utrzymanie i obsługę sprzętu, który w ostatnich latach trafił do Polski i który dopiero będzie trafiał do wojska.
Można zaryzykować tezę, że kontrakt na okręty podwodne to największa „nowa” umowa zbrojeniowa do końca dekady. Oczywiście Polska nadal będzie kupować sprzęt, ale w dużej mierze będzie to kontynuacja wcześniejszych zakupów. Tym samym etap gwałtownej modernizacji Wojska Polskiego, którą de facto wywołała rosyjska inwazja na Ukrainę w 2022 r., powoli dobiega końca.
Być może teraz wreszcie przyjdzie czas, by armia zajęła się takimi „drobnostkami” jak odpowiednie szkolenie czy budowa rezerw. Bo mimo postępującej dronizacji sam sprzęt nas nie obroni. Kluczem są dobrze wyszkoleni i wysoko zmotywowani ludzie. A to obszar tak samo zaniedbany, jak zakupy nowego sprzętu pięć lat temu. Wypada mieć nadzieję, że także tutaj szybko nadrobimy zaległości.