Powodów cenowej hossy jest kilka. Najważniejszy to coraz lepsze dane dotyczące światowej gospodarki, zwłaszcza wyraźnego stabilizowania się sytuacji w Stanach Zjednoczonych. To powoduje zwłaszcza popyt na metale przemysłowe. W ostatni czwartek miedź kosztowała niespełna 7,9 tys. dol. za tonę. Wczoraj rano w Londynie przekroczyła 8 tys. dol. – tak jak w sierpniu 2008 r. – potem, o godz. 16 jej ceny spadły do 7979 dol.
– Nie ma co się oszukiwać. Ożywienie idzie pełną parą. To widać gołym okiem – mówił wczoraj Alex Heath, szef działu metali w RBC Capital Markets. – Tyle że ceny mogą nieco spaść, bo do końca nie jesteśmy jeszcze pewni tempa wzrostu.
Spory udział w ostatniej zwyżce cen mają fundusze inwestycyjne, które pojawiły się na giełdach surowcowych. Od początku roku ceny miedzi zwiększyły się o 7,9 proc. To rachityczny wzrost w porównaniu ze 140 proc. w 2009 r., tyle że wówczas rynek zachwycił się odbiciem gospodarki chińskiej.
Greckie wątpliwości co do skorzystania z pomocy MFW uderzyły wczoraj w euro. Inwestorzy sprzedawali walutę europejską i kupowali złoto. Ostatecznie metal ten kończył dzień w Londynie z ceną 1136 dol. za uncję. To najdrożej od miesiąca.
Znacznie więcej jest dzisiaj jednak chętnych do kupowania platyny i palladu. Przemysł samochodowy, który kupuje ponad połowę światowej produkcji palladu, stoi za wzrostem cen tego metalu. Podobnie jest z platyną. Obydwa metale zdrożały wczoraj odpowiednio do 504,50 i 1699 dol. za uncję. Edel Tully, analityk z UBS, uważa, że w tym roku ceny platyny będą wyższe niż złota.