Czwarty zlot Żuka odbył się 10 czerwca w Zakroczymiu. Przyjechało 66 samochodów, głównie Żuków, ale były też Nysy, Tarpany i kilka Polonezów Truck. Zawodnicy ściągnęli z całej Polski, najdalszy z Wejherowa. Najstarszym okazał się Żuk z 1963 roku z drzwiami otwieranymi pod wiatr. – Impreza staje się coraz popularniejsza. Na pierwszym rajdzie w Warszawie było 35 załóg – porównuje organizator rajdu Robert Brykała. Wskazuje, że co roku przybywa pięknie odrestaurowanych egzemplarzy Żuków.

W tym roku „samochodem zlotu” został Żuk pickup z 1964 roku. – Pracowałem nad nim 6 lat i zrobiłem go na oryginał – zapewnia właściciel auta Szymon Kraszewski. – Gdy zaczynałem remontować auto, części jeszcze można było znaleźć w sklepach. Mam nową, nieużywaną skrzynię biegów, blachy – wymienia. Dodaje, że blacharkę i prace lakiernicze zlecił specjalistom, resztę zrobił sam.

Do końca lat 90 Żuka można było kupić za 500 zł i to na nowych oponach, z badaniem technicznym i ubezpieczeniem. W tym roku ceny sięgają kilkunastu tysięcy za egzemplarze wymagające sporego remontu. Perfekcyjnie odrestaurowany Żuk towos (wersja towarowo-osobowa) z końca lat 60 wyceniany jest na kolekcjonerskim rynku na 60 tys. zł. Tyle oferowano właścicielowi, który odmówił sprzedaży.

Trafiają się także nieodrestaurowane perełki, jak 50-letni Żuk pickup, kupiony od pierwszego właściciela pod Szczecinem. Samochód ma wyraźne ślady napraw blacharskich, odchodzący lakier, wygląda zetem tak, jak wiele użytkowych aut w latach 70 i 80. Jest jednak w bardzo dobrym stanie technicznym – podczas kilkugodzinnego postoju na rynku w Zakroczymiu, z silnika nie kapnęła nawet kropla smaru. Auto ma 30-letnie gumy, które nie mają żadnych najmniejszych pęknięć. Jedynie maska jest nieoryginalna. Pierwszy właściciel zmienił silnik dolnozaworowy na górnozaworowy i przy okazji zamontował nową maskę, z płaskim wlotem powietrza.

Za kierownicami pojazdów siedzą młodzi ludzie. Dla dwudziesto- i trzydziestolatków to sposób na życie. Stowarzyszenie Złombol.pl, które jeździ na turystyczne rajdy głównie Żukami i było licznie reprezentowane na zlocie, zbiera fundusze na leczenie dzieci.

Żuk to także dobry środek podróży, gdy celem jest droga, a nie dotarcie do celu. Samochód niechętnie przekracza prędkość 70 km/h. Zmusza także do zbratania się z techniką. Organizator rajdu zamówił „na wszelki wypadek” lawetę. Jej kierowca już miał nadzieję na robotę, bo jeden Żuk nie odpalił. Właściciel wskazywał na przepaloną cewkę, ale okazało się, że cewka jest w porządku – stopił się tylko przewód doprowadzający do niej prąd. Po usunięciu stopionej izolacji silnik zagrał i ostatni Żuk opuścił zakroczymski rynek.