Dokładnie rok temu, występując na forum Zgromadzenia Ogólnego Narodów Zjednoczonych, prezydent Donald Trump uznał dyskurs o zmianach klimatu za „największy przekręt w historii”. Z dzisiejszej perspektywy można uznać, że dał w ten sposób sygnał do ataku wszystkim przeciwnikom polityki klimatycznej, w tym krytykom transformacji energetycznej.

Oczywiście, fala klimatycznego negacjonizmu wzbierała już od lat. Ale też działania Białego Domu – postawienie na czele amerykańskiej agencji odpowiedzialnej za ochronę środowiska ewidentnego klimatycznego sceptyka, rozwiązanie olbrzymiej ilości zespołów badawczych, zmniejszenie budżetów, obcięcie finansowania dla rozbudowy potencjału odnawialnych źródeł energii – były dla stojących za nim środowisk jak wiatr w żagle. Czerwcowy „szczyt” był dla negacjonistów okazją do policzenia szeregów: w londyńskiej hali Olympia zjawiło się około 4 tys. uczestników z 85 państw, co z tego swoistego anty-COP uczyniło – jak kąśliwie nazwały to niektóre brytyjskie media – „Glastonbury negacjonizmu”, w nawiązaniu do popularnego festiwalu muzyki rockowej.

W ostatnich miesiącach nie ma praktycznie tygodnia, żeby przeciwnicy polityki klimatycznej i transformacji energetycznej nie przypominali o sobie. Tak też stało się w przypadku niedawnego zwycięstwa populistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD) w landzie Saksonia-Anhalt. Wśród komentarzy, jakie pojawiły się po głosowaniu, pojawiły się też przypomnienia, że AfD od dobrych kilku lat intensywnie lobbuje przeciw farmom wiatrowym i na poziomie landu być może będzie w stanie zablokować dalszy rozwój OZE.

Ale nastroje te przenikają do politycznego mainstreamu. Nie dość, że w zlocie przeciwników polityki klimatycznej – ramię w ramię z Nigelem Farage’em – uczestniczyła obecna liderka Partii Konserwatywnej Kemi Badenoch i były premier z ramienia tego ugrupowania Boris Johnson, to jeszcze na łamach bliskiego partii dziennika „The Daily Telegraph” odbyła się niedawno debata, której uczestnicy niemal jednogłośnie nawoływali do porzucenia dążenia do zeroemisyjności. – Nie musimy rozbijać gospodarki, żeby uratować planetę. Nie ma nic mądrego ani konserwatywnego w wydawaniu fortuny, żeby zmienić pogodę o jedną setną stopnia – dowodził w jej ramach David Frost, minister w rządzie wspomnianego Johnsona.

Nawet na poziomie Unii Europejskiej spowalnianie wdrażania rozwiązań związanych z polityką klimatyczną, jak rozwój systemu ETS, można powiązać z próbami spowolnienia europejskiego pochodu ugrupowań populistycznych.

W cieniu blokady cieśniny Ormuz

Ot, paradoks: z jednej strony jedno z najważniejszych wydarzeń tego roku – wojna USA i Izraela z Iranem oraz będący jej konsekwencją kryzys w cieśninie Ormuz i zakłócenie dostaw paliw kopalnych na globalne rynki – zostało uznane za jeden z kluczowych argumentów na rzecz rozbudowy potencjału OZE. „Ten kryzys pokazuje nam, że transformacja energetyczna nie może czekać” – kwituje afiliowana przy ONZ organizacja Sustainable Energy for All.

Na różne sposoby słychać to wezwanie na całym świecie. „Konflikt w cieśninie dowodzi, że unijna polityka opłat za emisje jest podejściem właściwym” – konkluduje z kolei londyński Królewski Instytut Spraw Międzynarodowych, jeden z czołowych think tanków świata. Kanadyjscy analitycy z International Institute for Sustainable Development argumentują, że trudno o lepszy impuls dla rozwoju OZE niż sytuacja na Bliskim Wschodzie. Eksperci Centre for Research on Energy and Clean Air wskazują na przykład Pakistanu, gdzie boom na fotowoltaikę sprawił, że rozgrywająca się w sąsiedztwie konfrontacja ma minimalne skutki dla sektora energetycznego.

Ale problem ma też drugą stronę. Świat odcięty od znacznej części bliskowschodnich kopalin zaczął sięgać po łatwo dostępną alternatywę – węgiel. Analitycy wskazują tu najczęściej na państwa azjatyckie: Indie, Wietnam, Indonezję, Tajlandię. W pierwszym z nich w ostatnich latach raptownie rozbudowywano istniejącą energetykę węglową, chcąc w ten prosty i dostępny sposób odpowiedzieć na gwałtownie rosnący popyt na energię elektryczną – o ironio, związaną m.in. z szybko rosnącą sprzedażą klimatyzatorów. Z kolei w Azji Południowo-Wschodniej rozbudowę węglowych źródeł energii lansują Chiny, dysponujące know-how i pieniędzmi, którymi kredytują swoich partnerów.

W cieśninie Ormuz – nie wspominając już o sąsiedniej cieśninie Bab al-Mandab (Brama Łez), prowadzącej na wody Morza Czerwonego i dalej, w stronę Kanału Sueskiego – zablokowane zostały nie tylko dostawy paliw kopalnych, ale też część ważnego dla globalnego rynku odnawialnych źródeł energii przepływu towarów. Dotyczy to m.in. aluminium: Bliski Wschód odpowiada za 9 proc. globalnych dostaw tego metalu, a jego producenci w Zatoce Perskiej ograniczają zarówno dostawy, jak i w konsekwencji produkcję.

Nie można też zapomnieć o tym, że na wysokich cenach ropy i gazu – będących oczywistym efektem zakłócenia dostaw – zarabiają też ci, którzy sprzedawać mogą bez ograniczeń. A to także koncerny państwowe, które dzięki wyższym cenom notują wyższe zyski i zapewniają przyrost strumieni pieniędzy trafiających do budżetów. – Wysokie ceny kopalin sprawiają też, że nadwyżkowe zyski są kierowane na nowe poszukiwania, wydobycie i infrastrukturę eksportową – zauważał w rozmowie z dziennikiem „The Guardian” Jan Rosenow, ekspert uniwersytetu w Oksfordzie.

Ironia losu, w tym wszystkim zapomina się o kluczowym argumencie przeciwników transformacji energetycznej – że priorytetowe znaczenie powinna mieć dla nas konkurencyjność gospodarcza, w tym przypadku sprowadzająca się do rachunków za energię. Tymczasem sytuacja na rynkach surowcowych dobitnie pokazuje, że to raczej pozostanie w świecie paliw tradycyjnych oznacza wyższe rachunki i zagrożenie dla bezpieczeństwa energetycznego.

Kłopoty z wysokimi i niskimi cenami

Co nie znaczy, że na rynku OZE nie czają się pułapki, które wpływają na przebieg transformacji. Jedną z nich jest zabójczy dla branży sukces zielonej energii: jej niskie ceny zniechęcają część inwestorów. – Inwestorzy z rynku OZE rewidują decyzje o alokacji kapitału i przerzucają pieniądze tam, gdzie zwroty z inwestycji są największe – wyjaśniała to, zauważalne zarówno na rynkach europejskich, jak i azjatyckich czy południowoamerykańskich, zjawisko Meredith Annex z BloombergNEF.

Ale duże znaczenie może odgrywać też zmęczenie realiami na rynku: pomimo rekordów inwestycji, rekordów produkcji czy rekordowo niskich cen codzienność przedsiębiorcy-producenta zielonej energii może przypominać drogę przez mękę. Przede wszystkim za sprawą wyłączeń instalacji czy niedostatków rodzimej infrastruktury, co nie jest wyłącznie polską specyfiką. Przykładowo, sondaż przeprowadzony przez agencję konsultingową Cornwall Insight pod koniec ubiegłego roku wśród menedżerów brytyjskich firm energetycznych wykazał, że blisko połowa z nich uważa fatalną infrastrukturę oraz niedobór magazynów energii za największe zagrożenia dla procesu transformacji energetycznej. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że procesy dostosowania sieci przesyłowych i dystrybucyjnych, a także budowy magazynów energii to procesy inwestycyjne – a skoro świat wydaje więcej na droższe kopaliny, to budżety na inwestycje się kurczą. Innymi słowy, gdyby taki sondaż przeprowadzić dziś, odsetek wskazań na infrastrukturę mógłby być jeszcze wyższy.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze inny aspekt globalnej transformacji energetycznej: jej dzisiejszego lidera, Chiny. Z końcem lipca moc źródeł fotowoltaicznych za Wielkim Murem przewyższyła moc tamtejszych źródeł węglowych – sięgnęła 1286 GW, odpowiadając za 31,5 proc. wszystkich źródeł energii. Szybko rośnie też produkcja energii z OZE, a proces ten niewątpliwie napędza też kryzys na Bliskim Wschodzie. Na dalszą rozbudowę OZE, zwłaszcza fotowoltaicznych, Pekin wyasygnował astronomiczne 298 mld dol. (w perspektywie pięciu lat).

To oznacza jednak nie tylko, że Chiny stają się lokomotywą globalnej transformacji energetycznej, ale też że tamtejsza branża technologii OZE będzie rozwijać się jeszcze dynamiczniej niż do tej pory – a w konsekwencji może oferować w przyszłości jeszcze tańsze produkty, kompletnie podcinając konkurencję, np. w Europie. Ponadto w tle trwa też mało subtelny wyścig o kontrolę dostaw rzadkich surowców, z których wiele ma krytyczne znaczenie dla rynku odnawialnej energii i w tej konkurencji Chiny również są niedoścignionym liderem, co może pogłębiać uzależnienie od ich widzimisię. Amerykański portal BigThink postawił sprawę lapidarnie: za jakieś 20 lat cieśnina Ormuz nie będzie miała żadnego znaczenia, nowym „wąskim gardłem” globalnej gospodarki i energetyki będzie Państwo Środka.

Nie ma odwrotu

Opublikowany pod koniec sierpnia raport BloombergNEF dotyczący rozwoju OZE na świecie wskazuje, że obserwowany w ubiegłym roku trend spadkowy w inwestycjach w zieloną energię zaczyna wyhamowywać – w pierwszej połowie br. inwestorzy wyłożyli na nowe przedsięwzięcia 327,5 mld dol. na całym świecie. To wciąż o 21 proc. mniej niż w szczycie inwestycji, który wypadł w drugim półroczu 2024 r. „Ale też liczby pokazują, że wzrost na rynku odnawialnych źródeł energii pozostaje obojętny na zmiany polityki na kluczowych rynkach, takich jak USA czy Chiny” – komentują eksperci.

Również opublikowany nieco wcześniej raport „Renewable Energy Statistics 2026” przygotowany przez Międzynarodową Agencję Energii Odnawialnej (IRENA) tchnie optymizmem – choć zawarte w nim dane dotyczą 2024 r., czyli szczytowego momentu inwestycyjnego. W owym czasie OZE miały odpowiadać za 31,7 proc. wyprodukowanej energii elektrycznej. Największy roczny wzrost odnotowano na Bliskim Wschodzie (17,3 proc.), co zapewne jest efektem niskiej bazy. Liczą się jednak wyniki Azji (14,3 proc. wzrostu), Europy (7,2 proc.) czy Ameryki Północnej (5,8 proc.) jako hubów globalnej gospodarki. Wskaźniki innych regionów – Afryki (5,7 proc.), Ameryki Centralnej i Karaibów (5,8 proc.), Oceanii (z Australią – 3,4 proc.), Ameryki Południowej (2,9 proc.) – pokazują, że transformacja energetyczna ma miejsce praktycznie w każdym zakątku świata.

Innymi słowy, greenlash – trend protestu przeciw kosztom transformacji energetycznej i negowania konieczności prowadzenia polityki klimatycznej – traci znaczenie w zderzeniu z realiami ekonomicznymi. Pomimo niechęci niektórych sił politycznych, geopolitycznych wstrząsów i własnych słabości OZE są uznawane za energetykę przyszłości: nie tylko czystszą, ale też tańszą i zapewniającą większe bezpieczeństwo.