fbTrack

Film

Tarantino na Dzikim Zachodzie

Django (Jamie Foxx ) i tajemniczy dentysta z niemieckim akcentem (Christoph Waltz) na tropie sprawiedliwości
UIP
"Django" to rewelacyjny western o niewolnictwie. Niestety, niedostatecznie doceniony w wyścigu oscarowym - pisze Barbara Hollender
Nie bez powodu oryginalny tytuł filmu brzmi: „Django Unchained" — Django uwolniony z łańcuchów. W pierwszej scenie, jeszcze pod napisami, handlarze żywym towarem prowadzą skutych łańcuchami Murzynów. Ich bose stopy powoli przesuwają się po zmarzniętej ziemi, szczękają kajdany. To tę grupę zatrzyma dziwny podróżny na wozie z wielką atrapą zęba na dachu. Mówi z niemieckim akcentem i podaje się za dentystę, doktora Schultza. Zobacz fotosy z filmu
W rzeczywistości jest on łowcą nagród. Chce znaleźć kogoś, kto rozpoznałby przestępców, za których wyznaczono wysoką cenę. I właśnie wśród zakajdankowanych niewolników znajdzie potrzebnego mu mężczyznę. Razem z Django zgarnie pieniądze za „żywych lub martwych" braci Brittle. A potem, przejęty osobistą tragedią Murzyna, w zamian za dalszą współpracę, pomoże mu odbić z rąk wielkiego plantatora Calvina Caldeigo piękną, sponiewieraną żonę. Quentin Tarantino od lat pisze własną opowieść o ludziach i świecie. Robi filmy oscylujące na granicy kina akcji, komedii, wielkiego dramatu. Obrazy mądre, w których wśród gwałtu i hektolitrów czerwonej farby, broni podstawowych wartości. Czasem nawet zmienia bieg historii, jak w opowiadających o zamachu na Hitlera „Bękartach wojny". Teraz rozlicza się z amerykańską epoką niewolnictwa.

Czas niewolnictwa

Tarantino nie oszczędza widzom niczego: ani scen chłost i rozrywania ludzi na strzępy przez psy, ani okrutnych walk niewolników przypominających zmagania gladiatorów. Ale nie jest to film jednostronny. Jak zwykle u Tarantino, pojawia się motyw zemsty. Czarnoskóry zrobi z plantacji znaną z „Pulp Fiction" jesień średniowiecza. A najbardziej okrutne i tak są momenty, w których nie leje się krew, lecz wszystko wygląda spokojnie i toczy się leniwie, w rytmie Południa. Jest w filmie scena, gdy Schultz i Django przyjeżdżają na farmę Caldiego. Doktor powozi swoim wozem, Django kłusuje obok. Wolny człowiek, gość. Tarantino filmuje ich w zwolnionym tempie, po czym pokazuje oczy Stephana — starego sługi Caldiego. Pełne niewiary i niechęci. Stephan jest postacią tragiczną. To człowiek, który przyzwyczaił się do niewolnictwa i służalczości. Jedyne, co go cieszy, to wysoka pozycja w domu. O wolności nawet nie marzy. Uwolnienie „czarnucha" to dla niego koniec świata, upadek wszystkiego, co dotąd porządkowało jego codzienność. Wokół słowa „czarnuch" zrobiła się zresztą w Stanach burza w szklance wody. Spike Lee i inni afroamerykańscy filmowcy oskarżyli Tarantino, że z ekranu często pada określenie „nigger", niedopuszczalne ze względu na polityczną poprawność. Ale twórca „Pulp Fiction" nigdy nie miał zamiaru być poprawny politycznie. Na tym polega jego siła. „Nikt mi nie zarzuca, że słowo czarnuch nie było używane w 1958 roku. Bo było używane. A ja nigdy nie będę sam swoich filmów cenzurował" — odpowiada na zarzuty. Ale Amerykanie są ostrożni. Dziennikarze relacjonując spory nie używali określenia „nigger", lecz pisali „słowo na n". A Akademikom przy głosowaniu oscarowym zadrżały ręce. Tym bardziej, że film wszedł na ekrany w czasie tragicznej strzelaniny w szkole w Newton i z nową siłą wybuchła dyskusja na temat przemocy w filmach. W efekcie „Django" dostał „tylko" 5 nominacji i pominięto w nich całkowicie samego reżysera. Tymczasem jego ostatni film to majstersztyk. Bezbłędnie poprowadzona akcja, fantastyczne, pełne humoru i ciętego dowcipu dialogi, do tego — co przecież też jest zasługą reżysera — świetnie dobrana obsada. Christoph Waltz, który zabłysnął wcześniej jako pułkownik Landa w „Bękartach wojny" wcielił się w cynicznego, ale w gruncie rzeczy przyzwoitego doktora Schultza.

Mądra zabawa

Leonardo Di Caprio brawurowo zagrał plantatora, a Samuel Jackson tragiczną postać czarnego sługi, który akceptuje swoje upokorzenie... Najdłużej Tarantino szukał odtwórcy roli Django. Wybrał Jamie Foxxa, bo jak sam przyznał „był kowbojem, ma własnego konia, który gra w filmie, a przede wszystkim jednak pochodzi z Teksasu i wie co to znaczy być innym". Jeśli doda się do tego zapierające dech w piersiach zdjęcia Roberta Richardsona — to mamy po prostu do czynienia z brawurowym kinem. Oczywiście z licznymi autocytatami — od pierwowzoru Sergio Corbucciego i westernów Sergio Leone aż do „Narodzin narodu" Griffitha. I z takiej mieszanki powstaje pełne buntu, a zarazem niejednoznaczne rozliczenie z epoką niewolnictwa. Niedawno w wywiadzie dla „Playboya" Tarantino zapowiedział, że zakończy karierę po zrobieniu 10 filmów. „Reżyserzy nie stają się z wiekiem lepsi — tłumaczył. — W ich filmografiach zwykle cztery ostatnie filmy są najsłabsze. Nie zamierzam być staruszkiem szukającym kolejnej roboty. Chcę zakończyć pięknie". Na razie jednak on i widzowie mają jeszcze przed sobą trzy filmy. A potem? Artystom niełatwo jest odejść. Luc Besson też mówił o 10 nabojach do wystrzelenia, a dziś, choć zużył całą amunicję, kręci dalej. Tarantino zresztą od razu zostawia sobie otwartą furtkę: "Jeśli zmienię zdanie, jeśli znajdę nowy temat, zawsze mogę wrócić." A przecież wiadomo, że ten facet nie umie żyć bez kina.  
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL