fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Sceny w świetle gwiazdy betlejemskiej

Przez ponad cztery wieki, do XVIII stulecia, wątki bożonarodzeniowe znajdowały się w stałym repertuarze sztuki. Kręciła się karuzela z Madonnami - jak w piosence Demarczyk
Tekst z archiwum tygodnika Plus Minus
Nie dlatego, że artystom zbywało na wyobraźni. Tego domagali się zleceniodawcy. Prywatni, kościelni, państwowi. Przy okazji, autorzy przemycali mnóstwo informacji o sobie, donatorach i w ogóle o epoce. I chyba taki sposób patrzenia na malowidła związane z narodzinami Bożego Syna jest dla nas najciekawszy

Trzy tematy główne

Gdyby przeprowadzić ankietę najpopularniejszych bożonarodzeniowych motywów, na czele znalazłoby się zwiastowanie, Święta Rodzina i pokłon Trzech Króli. Trzy odmienne w charakterze sytuacje, z inną liczbą uczestników, na różnym szczeblu realności.
W scenie zwiastowania pojawiają się tylko Maria i archanioł Gabriel. Sytuacja wyimaginowana: spotkanie kobiety i wysłańca niebios. Ona zawsze jest dziewczęca i uduchowiona, ale też cielesna, niekiedy nawet zmysłowa. Zazwyczaj uosabiała ideał kobiecego piękna epoki. A skąd brano pierwowzory anielskiego "dostojnika"? Jego wygląd zawsze był kreacją wyobraźni artysty, z kilkoma stałymi elementami: długie blond loki, koszula i imponujących rozmiarów skrzydła. Musiał też wyglądać na istotę bezpłciową, jednak dorosłą; wyróżniać się urodą i dostojeństwem. Pewnych trudności nastręczało także połączenie sprzecznych odczuć malujących się na twarzy Marii i odzwierciedlonych w jej pozie - zaskoczenia wymieszanego z ufnością. W dodatku Dziewica nie mogła wykonywać gwałtownych gestów ani grymasów. Po prostu nie przystoił jej nadmiar emocji. Nic dziwnego, że apogeum popularności tego wątku przypadło na okres gotyku, odległego od realizmu. Od renesansu coraz rzadziej podejmowano temat zwiastowania. Symptom czasów: artystów i odbiorców coraz bardziej interesowała psychologiczna i emocjonalna prawda przedstawionych postaci. Dotyczyło to również Boga-człowieka i jego Matki.
Od XVI stulecia coraz większym wzięciem u malarzy cieszy się Święta Rodzina. Najczęściej interpretowana jako intymna scena rodzajowa z życia wieśniaków lub rzemieślników powraca jeszcze w XIX, a sporadycznie nawet w XX wieku. Do postaci Marii, Józefa i Dzieciątka pozowali zwykli śmiertelnicy, nierzadko krewni malarza. Uwiecznieni w domowym zaciszu, zachowywali się z naturalną swobodą. Jakby nie zauważali jedynego świadka - artysty.
Zupełnie inny charakter ma scena pokłonu Trzech Króli. Przede wszystkim to spektakl otwarty, pod gołym niebem. Obok głównych postaci w przedstawieniu brali udział rozliczni statyści. O tym, kto wcielał się w postaci królów, często decydowali sponsorzy. Drugoplanowe role obsadzał zazwyczaj artysta. Od jego inwencji zależały też wydarzenia w dalszych planach.

Portret rodzinny w ogrodzie

"Pokłon Trzech Króli" Sandra Botticellego to swoisty panegiryk ku czci Medyceuszy. Młody malarz wszedł w ich krąg w połowie lat 70. XV wieku za czasów Wawrzyńca Wspaniałego. Wybitny polityk, zarazem mecenas sztuki, skupił wokół siebie wybitnych twórców oraz intelektualistów. Jego willa Careggi, otoczona wspaniałym ogrodem, stała się siedzibą swego rodzaju akademii. Królował tam neoplatonizm - filozofia miłości, połączenie chrześcijańskiej wiary z klasyką.Świadectwem tych poglądów jest także "Pokłon... ". Pomimo religijnej tematyki Sandro oddał w obrazie świeckiego ducha Florencji z tamtych lat. Przy okazji odnotował obyczaj: w mieście nad Arno co roku inscenizowano tłumny pochód mędrców z udziałem władców republiki.
Artysta czterokrotnie podejmował motyw "Pokłonu...". Najsłynniejsza wersja powstała w latach 1475 - 1478 na zamówienie bankiera Lami jako malowidło ołtarzowe do kościoła Santa Maria Novella. Madonnę z Dzieciątkiem i świętym Józefem otacza ponad 30-osobowa grupa mężczyzn ubranych w efektowne, wczesnorenesansowe stroje. Każda postać to portret konkretnej osoby. Nie zawsze malarz posługiwał się modelem - niektórych uczestników przedstawienia dawno nie było wśród żywych. Artysta mógł ich widzieć wcześniej, zapamiętać cechy charakterystyczne. Ale przecież wierność wizerunków nie była jego celem! Nawet ci, których spotykał na co dzień, nie pozowali mu do obrazu. Wszystkich malował z pamięci. Idealizował wygląd, wyposażał w szczegóły, po których każdy mógł ich rozpoznać: barwy herbowe i inne atrybuty.
Matka Boska bardzo się różni od innych Madonn Botticellego. Jest zaskakująco zwyczajna. W jej pucułowatej twarzyczce nie widać uduchowienia ani melancholii. Co jeszcze bardziej zdumiewa: Maria z Jezuskiem oraz święty Józef są nieco mniejsi od otaczających ich śmiertelników. Bo najważniejsze figury "Pokłonu..." to członkowie familii de'Medici. Rolę Kacpra, najstarszego maga, malarz powierzył Kosmie Starszemu, seniorowi rodu, zmarłemu w 1464 roku. Na pierwszym planie odziany w czerwony płaszcz, tyłem do widowni,przykląkł Piero, ojciec Wawrzyńca Wspaniałego. Jego słynny syn ustawił się z lewej strony, wsparty na mieczu. Na nim opiera się Agnolo Poliziano, poeta. Daje w ten sposób dowód wielkiej zażyłości z Wawrzyńcem. W grupie po przeciwnej stronie wyróżnia się zadumany, czarno odziany Giuliano, młodszy brat Lorenza (to ten zasztyletowany w 1478 roku podczas wielkanocnej mszy we florenckiej katedrze - ofiara spisku Pazzich). A nieco wyżej - syn Lorenza Giovanni, późniejszy papież Leon X.
W "Pokłonie..." artysta nie omieszkał też umieścić samego siebie. Był świadomy, jak wyróżnić się z tłumu. Nie dość, że zamyka kompozycję z prawej strony. Ten zażywny blondyn w złocistej todze, o miękkich, nieco kobiecych ustach, ignoruje główną scenę. Odwraca się ku widzowi i przykuwa jego wzrok - swoim ciężkim spojrzeniem.

Z ziemi włoskiej do Norymbergii

Początek XVI stulecia był dobrym okresem w życiu Albrechta Dürera. Wciąż młody i urodziwy, zdążył już zdobyć w świecie ogładę; żonaty, lecz w niczym nieograniczany przez uległą (i zamożną) Agnes; u szczytu kariery graficznej, ale także ceniony jako malarz, i to w wymagającym środowisku weneckim. Miał już za sobą trzy fenomenalne autoportrety, na których przedstawił się jako panisko, a nawet... jako Chrystus. Namalowane ot tak, z własnej potrzeby - w tamtych czasach wydarzenie bez precedensu. W bardziej zakamuflowanej formie przemycił swój wizerunek również w scenie "Pokłonu Trzech Króli".
Obraz z 1504 roku powstał dziewięć lat po pierwszej podróży do Wenecji i rok przez następną. Artyście spodobał się sposób, w jaki traktowano go na południu: jak szlachcica, nie zaś jak w rodzinnej Norymberdze - jako rzemieślnika. W "Pokłonie..." powrócił wspomnieniami do młodzieńczej ekspedycji. Udowodnił, że przyswoił sobie innowacje włoskiego renesansu. Rozjaśnił paletę i zastosował piramidalną kompozycję. Architekturę, pejzaż i widoczne na dalszych planach figurki potraktował zgodnie z zasadami perspektywy zbieżnej. Słoneczny górzysty krajobraz, w którym rozgrywa się scena, nie jest wytworem fantazji autora, lecz reminiscencją przeprawy przez Alpy.
Jednak jest też w dziele rys narodowy, niemiecki. Najważniejsze postaci "Pokłonu..." reprezentują nordycki typ urody (wyjątek stanowi Baltazar, którego od XV wieku tradycja nakazywała przedstawiać jako czarnoskórego). Kilkadziesiąt lat później ich wygląd stał się przedmiotem krytyki. Wenecki teoretyk malarstwa doby manieryzmu Lodovico Dolce zauważył, że "Alberto Duro błądził co do strojów i twarzy, wyrażając Matkę Boską w sukni niemieckiej".
Siedząca profilem Madonna wygląda najwyżej na piętnastolatkę. Pulchna dziewczyna, ubrana na modłę niemiecką: w ciemnoniebieską skromną suknię, ze starannie zamotaną na głowie białą chustą. I choć spod rąbka nie ma prawa wysunąć się ani pasemko włosów, nie ma wątpliwości, że są jasne, o czym świadczy karnacja PrzenajświętszejPanny. Dzieciątko - pulchny blondynek - usiłuje się wyrwać z objęć matki, ciekawe daru ofiarowanego przez Kacpra. Najstarszy z magów klęczy u stóp Madonny. Tuż za nim stoi Melchior. Przystojny mężczyzna z jasnymi lokami spadającymi na ramiona i z ryżawą starannie ufryzowaną brodą to właśnie Dürer. Trzeba przyznać - nie wykazał się skromnością. Promienny z wyglądu, odziany w ciemnozielony płaszcz haftowany złocistą nicią, w podarunku przyniósł złoto. Symbol boskości. I symbol artystycznego geniuszu, daru otrzymanego od Stwórcy.

Historia u stóp Madonny

"Madonnę rodziny Pesaro" Tiziano Vecellio namalował w wieku około 36 lat. Miał jeszcze przed sobą pół wieku aktywnego twórczego życia. Ale kiedy przyjmował zamówienie od Jacopa Pesaro, biskupa Pafas, uważał się za artystę dojrzałego u szczytu sławy.
Ogromne ołtarzowe dzieło do tej pory znajduje się w miejscu, dla którego powstało - na ołtarzu Niepokalanego Poczęcia w kościele Santa Maria Gloriosa dei Frari w Wenecji. Donator zlecił malarzowi nietypowe zadanie: chciał zaprezentować się jako pokorny wierny, a jednocześnie upamiętnić wojenny triumf. Bo w 1502 roku, 24 lata przed zamówieniem malowidła, odniósł zwycięstwo w bitwie morskiej z Turkami pod Santa Maura.
Tylko geniusz mógł przekonująco dokonać tak karkołomnego połączenia. Tycjanowi się udało.
Wybrał klasyczne przedstawienie zwane "sacra conversazione", jednak ujął "świętą rozmowę" w nietradycyjny sposób. Zaniechał symetrycznej kompozycji; zbudował scenę dynamicznie i piętrowo. Madonnę z Dzieciątkiem, zwyczajowo ukazywanych w centrum obrazu, przesunął w prawo. Znalazł inny sposób, żeby ją wynieść ponad świętych i zwykłych śmiertelników. Matka Boża zasiada najwyżej, na tle potężnej kolumnady, do której prowadzi kilka schodów. Poniżej na stopniu święty Piotr wertuje grubą księgę. W dole zaś, u stóp budynku, klęczy Jacopo Pesaro z modlitewnie złożonymi dłońmi. Za nim stoi rycerz w czarnej zbroi podtrzymujący zdobyczną chorągiew turecką. Zza jego pleców wychylają się tureccy jeńcy - rozpoznajemy ich po turbanach i wschodnich rysach twarzy.
Natomiast Madonna to typowa piękna Włoszka. Ideał renesansowej urody - mocno zbudowana, zmysłowa, z wdziękiem zwraca się ku rozmówcom. Jej ciemną karnację podkreśla czerwień sukni; z czarnymi włosami kontrastuje biały szal niedbale narzucony na głowę. Za brzeg chusty szarpie tłuściutkie Dzieciątko. Wyrywa się Matce, być może znudzone poważnym tonem dyskursu. W scenie bierze udział jeszcze jedno dziecko. W grupie otaczającej Marię uwagę przyciąga uroczy jasnowłosy chłopaczek, najwyżej 12-letni. Z werwą namalowany, bardzo przekonująco pokazany. Widać, że nie może ustać w miejscu ani skupić uwagi. Wierci się, rozgląda dookoła. Tycjan uchwycił go, gdy zerka gdzieś w bok. Ale oglądającemu obraz wydaje się, że to na niego malec skierował wzrok. Przemyślany chwyt. W ten sposób mistrz połączył sacrum i profanum. Wymieszał duchowość z codziennością.

Prywatność we troje

"Święta Rodzina w warsztacie cieśli" Rembrandta van Rijn jest obrazem wyjątkowo okazałym (mierzy prawie dwa metry wysokości) jak na wczesny okres jego twórczości. Powstał około 1634 roku. Dwa lata wcześniej młody malarz przeniósł się z Lejdy do Amsterdamu. Ożenił się, został ojcem po raz pierwszy. Zdobył nowych klientów. Prawdopodobnie "Święta Rodzina..." powstała na zlecenie małżeństwa - członków Kościoła reformowanego w Amsterdamie. Płótno zostało przycięte z prawego oraz lewego boku i tylko nieznacznie skrócone u dołu (zapewne do wymiarów ołtarza).
Jednak ta dysproporcja nie razi. W malowidle dominuje aura intymności. Służy temu ciasny kadr, postaci prawie naturalnej wielkości, scena spowita mrokiem, światło rozjaśniające kilka elementów. To kondensacja uczuć; zobrazowanie subtelnych relacji pomiędzy trzema najbliższymi sobie osobami. Artyście nie chodzi o religijny przekaz, lecz o związek matki z dzieckiem. Jeden z tematów fascynujących Rembrandta mężczyznę i Rembrandta malarza.
Swoje uczucia i spostrzeżenia przekazuje oglądającemu za pośrednictwem bardzo osobistej wersji "Świętej Rodziny". Maria nie jest wprawdzie podobna do Saskii, jednak reprezentuje podobny, holenderski typ urody: mleczna cera, rudawe włosy, rumieńce na pełnych policzkach. Tak jak pani van Rijn tak też jego Madonnie brak wykwintu. Jest nazbyt pełna, o grubych rysach i niezgrabnych ruchach rąk. Za to promieniuje z niej matczyna czułość. Jednocześnie poza i buzia małego Jezuska świadczą o jego poczuciu absolutnego bezpieczeństwa. Maria - odziana w suknię o powszednim kroju, choć w niecodziennym czerwonym kolorze - skończyła właśnie karmienie Dzieciątka. Nie zdążyła jeszcze schować piersi pod koszulą. Obnażony sutek nadal sterczy tuż nad usteczkami maleństwa. Tymczasem Dziecko, syte i zadowolone, już usnęło. Z górną wargą pobielonąmlekiem. Rozkoszny widok. Ale nie to jest odkrywcze. Porusza genialna prostota i intuicja, z jaką holenderski mistrz pokazał "zamknięty obieg" w relacjach między matką a niemowlakiem. Święty Józef właśnie skończył pracę, uporządkował warsztat i chciałby uczestniczyć w życiu rodzinnym. Widać, że chciałby przytulić rodzinę. Pochyla się nad żoną i dzieckiem, lecz brak mu śmiałości, żeby ich dotknąć. Dyskretnym gestem lewej dłoni sam siebie zdaje powstrzymywać przed chęcią przekroczenia świata niedostępnego dla mężczyzn.

Z rodziną w kadrze

Diego Velázquez miał zaledwie 20 lat, kiedy malował "Pokłon Trzech Króli". Dwa lata wcześniej, w 1617 roku, przyjęto go do cechu malarzy. Rok potem ożenił się z Juaną Pacheco, córką swego dawnego mistrza. Młodzi mieszkali jeszcze w Sewilli. Urodziła im się właśnie córeczka na cześć teścia nosząca imię Francisca. Czy można traktować "Pokłon..." jako odpowiednik współczesnej rodzinnej fotografii? Wiele wskazuje, że na obrazie istotnie znalazły się podobizny najbliższych artysty, a także jego autoportret. Ale pewna jest tylko data powstania: rok 1619 wyryty na kamieniu leżącym u stóp Matki Bożej.
Ta zaś wygląda jak zwyczajna hiszpańska dziewczyna. Dość ładna, ale przecież niewyróżniająca się żadnym szczególnym blaskiem ani uduchowieniem. Gdzie jej do średniowiecznych Madonn! Ubrana niemal po chłopsku: spłowiała różowa bluzka, biała chusta, ciemna spódnica. A Dzieciątko? Ciasno skrępowane powijakami - wiejskim zwyczajem - nie może poruszyć rączkami ani nóżkami. Jego twarzyczka nie wydaje się należeć do Syna Bożego (jeszcze w renesansie mały Jezus spoglądał na świat z niedziecięcą powagą), lecz do zwykłego niemowlaka. Przed Marią - czy może Juaną? - przykląkł Melchior. W skromnym burym płaszczu-opończy wcale nie przypomina monarchy. Niektórzy dopatrują się w nim rysów Velázqueza. Natomiast jego teść miał pozować do postaci Kacpra. Jedynie Baltazar, zgodnie z tradycją czarnoskóry, z pewnością nie należy do familii. Nie wiadomo też, kim jest młodzieniec, którego oblicze wynurza się z mroku po lewej stronie. Znamy go jednak z innych wczesnych dzieł artysty.
Nieważne jednak, czy kwestia identyfikacji pięciu osób i dziecka przedstawionych w "Pokłonie...", będzie rozstrzygnięta. I tak będzie to dzieło zdumiewające. Nikt przed hiszpańskim artystą nie podszedł w podobny sposób do tematu. Beznamiętnie, w sposób reporterski. Tnąc, kadrując scenę jak na fotograficznym bądź filmowym zbliżeniu. Uczucia autora się nie liczą - ważne jest ujęcie. Światło - wyraźnie sztuczne, teatralne - pada z lewej strony. Reflektor i zoom na Matkę z Dzieckiem. Poza nimi nikt nie został ukazany całopostaciowo. Melchior jest najmniej okrojony; Baltazara widać mniej niż do połowy; obecność Kacpra sprowadza się do męskiego profilu. Ten "Pokłon..." nie dotyczy tradycji. Zwrócony jest ku przyszłości sztuki.
Grudzień 2006
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA