fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

„Smoleńsk” pod presją

archiwum prywatne
Im bardziej będziemy protestować przeciwko powstawaniu tego filmu, im głośniej będziemy krzyczeć, że to oszołomstwo, tym większe prawdopodobieństwo, że efekt pracy artystów pod presją będzie raczej ciętą ripostą na te krzyki niż solidną kinematografią – uważa publicysta.
Jakie jest podobieństwo między filmem o katastrofie smoleńskiej a słynną zieloną wyspą Donalda Tuska? Ani jednego, ani drugiego nikt nigdy nie widział. A jednocześnie zarówno mit drugiej Irlandii, jak i planowana produkcja kinowa ma swoich gorących propagatorów oraz zajadłych przeciwników.

Atak uprzedzający

Niepokojąca wydaje mi się sytuacja, w której ostro krytykuje się zamiar nakręcenia filmu o ważnym wydarzeniu z dziejów naszego kraju. Kolejne wersje scenariusza dopiero się rodzą. Nie wiemy dokładnie, w jaki sposób historię opowie reżyser, jaka będzie wartość artystyczna obrazu, a przyszłe dzieło Antoniego Krauzego i Marcina Wolskiego już spotyka się z poważnym atakiem uprzedzającym.
Lubię czytać recenzje Tadeusza Sobolewskiego, przeważnie wysokiej jakości, ale nie rozumiem jego krytyki za to, że „Smoleńsk” miałby powstawać tylko po to, by na gruzach katastrofy budować narodową tożsamość czy też wzmagać ducha narodowego w opozycji do aktualnie rządzących („Katastrofa potrzebna od zaraz”, „Gazeta Wyborcza” 5 grudnia 2012 r.). Czy artysta nie ma do tego prawa? Sam Sobolewski zapewne wiele razy oburzał się na to, że niektórzy krytycy dyskwalifikują dane dzieło za walory inne niż artystyczne. I zapewne wiele razy bronił obrazów świetnych artystycznie, choć nie do końca zgodnych z faktami. Przy takich okazjach jak mantrę powtarza się, że artysta ma prawo do swojej własnej wizji.
Naturalnie rozumiem, że w tym przypadku chodzi o to, by u fundamentów filmu opartego na faktach zachowana została jakaś przyzwoitość wobec tych faktów. I z tym się zgadzam, a nawet przyznaję się do pewnych obaw, czy przypadkiem Krauze z Wolskim nie pójdą na całość i nie zaproponują kinowej wersji tezy o stuprocentowo pewnym zamachu. Ale dopóki tego nie wiemy, jedyny sensowny argument przeciwko powstawaniu tej produkcji winniśmy wziąć w nawias.
Tym bardziej że sam autor scenariusza mówi o katastrofie w następującym tonie: „Sam nie mam tak jednoznacznego przekonania o zamachu, to bardzo prawdopodobna hipoteza, ale wciąż hipoteza” (wywiad dla Wirtualnej Polski z 5 grudnia 2012 r.). Osobiście uważam, że żadnego zamachu nie było, ale jednocześnie nie zabraniam nikomu dopuszczać takiej możliwości, postulować kolejne dochodzenia czy też wypowiadać się artystycznie w tym duchu. Skoro ponad 20 procent Polaków dopuszcza możliwość zamachu, to z tym społecznym faktem powinny mierzyć się nie tylko komisje, prokuratorzy, śledczy i historycy, ale także artyści.

Zagrożenie demagogią?

Zresztą – przyznaje Krauze – filmowa opowieść skupi się raczej na tym, jak doszło do tragicznych wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku. Jeśli powstanie dzieło rozliczające zaniedbania państwa w tej kwestii (które są faktem) i wskaże złożoność przyczyn katastrofy, to przecież dobrze. Oczywiście chciałbym, żeby w tej konwencji pojawiły się pytania o stan pułku obsługującego lot prezydencki i o to, dlaczego prezydent spóźnił się na lotnisko, dlaczego presja była tak ogromna, że nie zdecydowano się na lądowanie na innym lotnisku, i również o to, dlaczego śp. Lech Kaczyński nie mógł lecieć do Katynia kilka dni wcześniej z Donaldem Tuskiem.
Zatem cała para, która idzie teraz w krytykę czegoś, czego nikt nie widział i nawet dokładnie nie wie, jak będzie wyglądało, powinna iść raczej na konstruktywne wsparcie inicjatywy, by Antoni Krauze zrobił po prostu dobry i uczciwy film. Zamiast wyobrażać sobie, czym to dzieło będzie, lepiej obejrzeć poprzednie dokonania reżysera. „Czarny czwartek” z 2011 roku to przykład kina bohaterskiego, w którym mężczyźni idą walczyć z komunistyczną milicją, a kobiety zostają w domu z dziećmi. Nie wszyscy muszą doceniać sienkiewiczowską wizję polskości reżysera, ale trzeba mu oddać sprawiedliwość, że o Polsce roku 1970 opowiedział bez przekłamań. Dlaczego więc mielibyśmy a priori zakładać, że „Smoleńsk” będzie przekłamany?
Im bardziej będziemy protestować przeciwko powstawaniu tego filmu, im głośniej będziemy krzyczeć, że to oszołomstwo, tym większe prawdopodobieństwo, że efekt pracy artystów pod presją będzie raczej ciętą ripostą na te krzyki niż solidną kinematografią.
A jeśli się mylę? Jeśli powstanie – jak niektórzy wieszczą – dzieło propagandowe, propisowskie, prozamachowe i oszczercze? Jeśli okaże się typową demagogią i paliwem w kampanii wyborczej? Wtedy po prostu nie pójdę na ten film do kina.

Autor jest publicystą, teologiem, współpracownikiem „Więzi”
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA