Film

Wywiad z Wandą Jakubowską

- Ee, dziecko, czy ten świat jest taki sympatyczny, żeby warto było rodzić się jeszcze raz? - mówiła Barbarze Hollender reżyserka Wanda Jakubowska w wywiadzie udzielonym w 1997 roku, kilka miesięcy przed śmiercią
Wywiad z archiwum "Rzeczpospolitej", listopad 199790 lat, piękny wiek. Towarzyszyła pani całej epoce, tak bardzo interesującej. ..
  WANDA JAKUBOWSKA: Ano, trochę się przeżyło. Za to teraz najbardziej lubię leniuchować. Po takim pracowitym życiu, mogę sobie na to pozwolić.
Kiedyś powiedziała pani, że zawsze najważniejsze było dla pani kino. Bo tak było. I to nie są tylko słowa. My naprawdę byliśmy fanatykami kina, kochaliśmy je bezinteresownie. My - to znaczy kto? Cękalski, Zarzycki, Wohl, Osiecki. Wspaniali ludzie. Jak to się właściwie stało, że założyliście przed wojną "Start"? Dzisiaj wspominamy polskie przedwojenne filmy z rozrzewnieniem, ale przecież naprawdę były one ckliwe i głupie, a jako straszak pojawiał się w nich bolszewik z nożem w zębach chcący zgwałcić panienkę z dworu. Postanowiliśmy skończyć z tymi bzdurami. Dlatego stworzyliśmy "Start" -- pierwszy dyskusyjny klub filmowy. Pokazywaliśmy "Pancernika Potiomkina", "Burzę nad Azją". To się nie spodobało polskim władzom, które nałożyły na nas ogromny podatek. A z czego my mieliśmy płacić? Za wstęp na nasze pokazy każdy wrzucał do skrzynki tyle, ile mógł. Starczało na wynajęcie sali. Toteż w 1935 roku musieliśmy "Start" zlikwidować. Ale zaczęliście sami kręcić filmy. Była pani jedną z pierwszych kobiet-reżyserów na świecie. Czy kopia pani przedwojennego "Nad Niemnem" nigdy się nie odnalazła? Zrobiłam ten film tuż przed wojną. Premiera miała się odbyć 5 września 1939 roku w kinie "Kolosseum". Oczywiście nigdy do niej nie doszło. Szkoda, bo zrobiliśmy tam pierwszy w polskim kinie odjazd od zbliżenia Barszczewskiej do planu ogólnego sali balowej. Zbudowaliśmy równię pochyłą i na linach ciągnęliśmy po niej wózek z kamerą. W sześciu dublach widać było głowy pchających. Ale siódmy się udał. W czasie wojny negatyw został ukryty przez trzech młodych ludzi, z których żaden nie przeżył. Więc ta kopia może do dzisiaj leży w jakiejś żoliborskiej piwnicy? Po wojnie pani "Ostatni etap" wyprowadził polskie kino na arenę międzynarodową. Jaki ma pani dzisiaj stosunek do tego filmu? Żaden. Rzadko wracam do niego myślami. Do innych filmów zresztą też. Najbardziej przywiązana byłam do swoich obrazów wtedy, kiedy je kręciłam. Potem, w czasie kolaudacji, zawsze miałam wrażenie, że pępowina zostaje przecięta i film przestawał być mój, zaczynał żyć własnym życiem. "Ostatni etap" do dzisiaj wraca na ekrany, przed dwoma laty prezentowany był podczas nowojorskiego festiwalu filmowego. Angielscy krytycy, którym bardzo ufam, uszeregowali kiedyś moje filmy w następującej kolejności: "Koniec naszego świata", "Król Maciuś Pierwszy" i dopiero potem "Ostatni etap". Zgadzam się z nimi. Na sukces "Ostatniego etapu" zapracował czas. Skończyła się wojna, ludzie chcieli wyrzucić z siebie przeszłość, także tę obozową. Ale "Koniec naszego świata" zrealizowany dziesięć lat później był filmem lepszym. Czy dzisiaj ogląda pani polskie filmy? Jak je pani ocenia? Mamy trochę dobrych reżyserów średniego pokolenia, pierwsze roczniki moich studentów. Poza tym kilka kobiet dzierży sztandar. Przede wszystkim Agnieszka Holland. Nie cenię natomiast wysoko młodszej generacji filmowców. Kiedyś obejrzałam w telewizji debiut pewnego twórcy i poczułam się jak sadomasochistka. Masochistka, bo dotrwałam do końca, a sadystka, bo miałam ochotę pokroić reżysera tępym nożem i posolić. Nie wiem, co to było. Operator jeździł transfokatorem tam i z powrotem bez powodu, reżyser nie wiedział, o co mu chodzi. Myślę, że młodzi mężczyźni to dziwny gatunek. Oni myślą tylko o pieniądzach i Oscarach. A żadnych Oscarów nie będzie. Nie będzie? Dlaczego? Dlatego, że filmy trzeba robić z miłości do kina, a nie z miłości do pieniędzy i Oscarów. Kieślowski otarł się o Oscara, bo kochał kino. To był wspaniały człowiek. Umarł. To wielka strata. Taka, jaką kiedyś była śmierć Andrzeja Munka. Jego też bardzo wysoko ceniłam. Ale on miał słaby wzrok, a wstydził się chodzić w okularach. Zabił się na szosie, gdzieś między Warszawą a Łodzią. Oni obaj kochali kino. Miłość do kina to, pani zdaniem, najważniejszy warunek, żeby być interesującym artystą? Najważniejszy. Poza tym trzeba mieć trochę oleju w głowie. I trzeba terminować w dokumencie. Kto nie przeszedł przez dokument, nigdy nie zostanie dobrym reżyserem. Chodzi o umiejętność obserwowania świata? I trzymania się realiów, selekcjonowania z materiału rzeczy najważniejszych. Co panią razi we współczesnych polskich filmach? Nijakość. Nigdy nie wiem, " co poeta chciał przez to powiedzieć", komu to chciał powiedzieć i po co. Te filmy są jakieś zwiędłe. No, i wracamy do początku: towarzystwo nie ma w sobie pasji. Gdyby dzisiaj mogła pani stanąć za kamerą, to o czym chciałaby pani opowiadać? Nie wiem. Nie mam tematu. Dlatego nie robię filmów. Gdyby wpłynął mi do mózgownicy pomysł, który by mnie porwał, natychmiast bym kręciła. Bo jeszcze jestem w świetnej formie. Kiedyś sobie nawet wymyśliłam taką historię: dziecko Zamojszczyzny, wywiezione w czasie wojny do Niemiec, po latach, po śmierci ojca, robi porządek w rodzinnych papierach. I odkrywa, że nie jest dzieckiem swoich rodziców, nie jest nawet Niemcem. Pruje do Polski. Ale to było za słabe... Nie mam tematu. Trochę za bardzo oddaliłam się od rzeczywistości. Przez całe życie miała pani lewicowe poglądy. Zrobiła pani nawet filmy o Waryńskim, Świerczewskim. Teraz, po wszystkim, co zdarzyło się w Polsce, nie czuje się pani oszukana? Jestem niepoprawnym komuchem. I taka będę. Dlaczego miałabym zmieniać swoje zapatrywania? Skompromitowali się niektórzy ludzie, nie idee. Kiedy ogląda się pani wstecz, do czego najczęściej wraca pani pamięcią? Do moich wyczynów złodziejskich. Jako mała dziewczynka, po śmierci matki, byłam sama w Moskwie. Opiekowali się mną trzej synowie dozorcy. Nie mieliśmy co włożyć do gęby, a pod dworcami baby sprzedawały podpłomyki. Kradliśmy je. Najmłodszy syn dozorcy wkładał na głowę cynową miskę, rozpędzał się i wpadał na babę. Ja bardzo szybko biegałam, więc łapałam koszyk z podpłomykami i uciekałam. Dwaj wspólnicy stali na drodze pościgu i mieli ewentualnie podstawiać ścigającym nogi. Potem następowało to, co najprzyjemniejsze: podział łupów, jakie zdobyliśmy dzięki naszej ciężkiej i odpowiedzialnej pracy. To były fantastyczne czasy. Co jeszcze lubi pani wspominać? Było dużo pięknych chwil. Ale najczęściej myślę o San Francisco. Bo to jest coś prawdziwie pięknego. Ocean Spokojny naprawdę spokojny, plaża, knajpki z różnymi przysmakami. Czuje się pani człowiekiem spełnionym, szczęśliwym? Szczęście? A co to jest? Ja nie wiem. Może tylko udane dziecko. Ja mam jednego syna. Dobry, przyzwoity chłop, niebrzydki. Był bardzo ładny jak miał osiem, dziewięć miesięcy. Ale teraz jest już z niego stare chłopisko. Niedawno skończył 63 lata. Co pani mówi o życiu swoim wnuczkom? Nic im nie mówię o życiu. Uważam, że każdy musi iść własną drogą, każdy sam musi sobie wypracować swoje poglądy. Nie można nikogo nauczyć żyć. Z a czym pani tęskni? Najbardziej za przyjaciółmi, którzy poumierali. Gienek Cękalski zaczął, potem poszedł Zarzycki. I tak jeden po drugim. Brakuje ich. Ale ilekroć jestem u pani, zawsze widzę wokół pani grono przyjaciół. Mam taki wianuszek. Naprawdę bezinteresownych ludzi. No bo jak mogliby być interesowni? Nigdy nie miałam żadnego majątku, nie interesowało mnie gromadzenie pieniędzy. Teraz też cieszę się tym, co mam. Przyjemnie mi się żyje, uważam, że mam godziwą emeryturę, czasem mogę sobie nawet coś zafundować. Co pani sobie funduje? Jakiś dobry spektakl. Albo cyrk. Uwielbiam cyrk. To prawdziwa sztuka, gdzie nie można być amatorem. Niczego się nie udaje, artysta musi być profesjonalistą. A najbardziej lubię pójść sobie na spacer. Bo jeszcze bardzo dobrze chodzę. Biegać już nie mogę. Jak czasem podbiegnę do tramwaju, dostaję strasznej zadyszki. Na czym pani dzisiaj najbardziej zależy? Nie lubię patetycznych słów, ale najważniejszy jest dla mnie los mojej ojczyzny. Bardzo szanuję polskie społeczeństwo, uważam Polaków za rozsądnych ludzi. Poza tym lubię polski krajobraz, niektóre gałęzie polskiej sztuki. .. Lubię topolę, która rośnie przed moim domem i wchodzi mi prawie do okna. Czy gdyby zaczynała pani życie od nowa, chciałaby pani w nim coś zmienić? Nie, bo nie zmienia się własnego życiorysu. A jest pani ciekawa świata, który nadchodzi? Chciałaby pani urodzić się jeszcze raz? Ee, dziecko, czy ten świat jest taki sympatyczny, żeby warto było rodzić się jeszcze raz? Nie podoba mi się ta cała komputeryzacja. Bo ona zwalnia człowieka z myślenia. Dawniej dzieci miały dzieciństwo. Dzisiaj wciskają guzik i maszyny zaczynają im mówić, co mają myśleć, jak się bawić. Przychodzi epoka, która - wbrew pozorom - jest przeciwko ludziom. Boi się pani XXI wieku? Nie boję się, bo on mi nie grozi. Jestem zdrowa jak rydz, ale wiem, że człowiek jest śmiertelny i przyjdzie kryska na Matyska. Nie ma cudów. Chodzi tylko o to, żeby to nie odbyło się tak nieludzko, na zasadzie "niepotrzebni mogą odejść". Człowiek powinien żegnać się z życiem w sposób świadomy i godziwy. No i już, dosyć się nagadałam. Listopad 1997 Wanda Jakubowska, reżyser i scenarzysta, dzisiaj kończy 90 lat. Przed II wojną światową była współzałożycielką Stowarzyszenia Miłośników Filmu Artystycznego "Start", a potem Spółdzielni Autorów Filmowych SAF. W czasie wojny trafiła do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Po wojnie współorganizowała polską kinematografię, szefowała zespołom filmowym ZAF (1948) i "Start" (1955-68) . Jej film "Ostatni etap" (1947) był pierwszym polskim obrazem, który wyszedł na międzynarodową arenę. Zrealizowała filmy: "Żołnierz zwycięstwa", "Opowieść atlantycka", "Pożegnanie z diabłem", "Król Maciuś I", "Spotkania w mroku", "Koniec naszego świata", " Gorąca linia", "Biały mazur", "Kolory kochania". W latach 1949-74 wykładała w szkole filmowej w Łodzi. Jest laureatką Międzynarodowej Nagrody Pokoju.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL