Kultura

Prywatne myśli Edwarda Stachury

Z Dariuszem Pachockim, edytorem dzienników Edwarda Stachury, rozmawiał Bartosz Marzec
75 lat temu, 18 sierpnia 1937 roku, urodził się Edward Stachura (zm. 1979). Rozmowa z archiwum tygodnika "Plus Minus"
Jeździł pan kiedyś autostopem po Polsce z gitarą i chlebakiem? Jeździłem, ale bez chlebaka i nie tak intensywnie jak Stachura, do którego wędrówek pan nawiązuje. W liceum czytałem „Dużo ognia”. Słuchałem piosenek Stachury. Z niektórymi sam usiłowałem się zmierzyć. Bez specjalnych rezultatów, przyznaję.
Sted też nie należał do najwybitniejszych bardów. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma głosu. Twierdził, że z grą na gitarze szło mu jeszcze gorzej niż ze śpiewaniem. Swoje występy traktował jako rodzaj promocji, formę prezentacji własnej twórczości zapożyczoną pewno od Brela czy Brassensa. Na studiach zacząłem uważniej przyglądać się jego twórczości. Przy czym zastanawiałem się, jak by udowodnić, że twórczość Stachury nie jest ani specjalnie wartościowa, ani interesująca. Uważałem go raczej za kiepskiego pisarza... ...ale... ...było u Stachury coś niesłychanie mi bliskiego, coś, czego na początku nie potrafiłem sprecyzować. Później pojąłem, że chodzi o autentyzm tego pisarstwa. Za literacką kreacją kryją się konkretne doświadczenia i prawdziwe emocje. Zwróciłem uwagę na niezwykłą odpowiedzialność Stachury za słowo. Przykład: irytował się, gdy we współczesnej prozie znalazł wzmiankę o ptakach, które w Polsce nie występują. Zarzucał wtedy autorowi, że jest niedouczony, że nie potraktował czytelnika w sposób poważny. Zdaje się, że jako twórca był o sobie dość dobrego zdania. Mało powiedziane. Stachura po przeczytaniu jednego z wierszy Przybosia miał mu powiedzieć: „To lepsze niż moje! A wie pan, że ja się uważam za największego poetę świata”. Na taką opinię pozwolił sobie niedługo po debiucie. Czy w przyrodzie występuje pisarz, który nie byłby megalomanem? Jeśli pisarz nie twierdzi, że jest geniuszem, to z pewnością do grona geniuszy nie należy. Nie znam wielu autorów, którzy siedzą cichutko w piwniczce i, nie pokazując się światu, skrobią arcydzieła. A zatem na studiach odkrył pan dla siebie Stachurę. Czy to właśnie wtedy natrafił pan na jego dzienniki? Tak, podczas kwerendy w warszawskim Muzeum Literatury. Był koniec lat 90. Szukałem listów pisarza – później zresztą ukazały się drukiem. A jeśli chodzi o dzienniki – na początku nie myślałem o ich publikacji. Interesowała mnie pisarska kuchnia. Jak wyglądało życie Stachury? Jak przekładało się na literaturę? Dzienniki, które prowadził od połowy lat 50. niemal do samej śmierci, pozwoliły mi się przekonać, że był bardzo wrażliwym człowiekiem. I nie chodzi tylko o to, co zapisywał, ale także o to, co przemilczał. Wiele wskazuje na to, że Stachura przypuszczał, że jego zapiski będą kiedyś wydane. Posunął się więc do tego, że niektórych znajomych ukrył pod pseudonimami. W jednym z zeszytów zamieścił listę osób, z którymi postanowił zerwać kontakty. Podał powody, ale nikogo nie wymienił z nazwiska. Poprzestał na inicjałach. Inna sprawa, że nie tak trudno je odszyfrować... Mógł się też obawiać przypadkowych czytelników, w końcu zeszyty te jeździły z nim po świecie. O sprawach najbardziej osobistych pisał po francusku i hiszpańsku. A więc obcy język jako tarcza chroniąca przed tym, co najbardziej bolesne. O sprawach osobistych, powiada pan? Zadecydowałem, że te fragmenty zostaną pominięte w druku. Zapiski, o których mowa, dotyczą relacji z żoną, która od śmierci Stachury ani razu publicznie nie wypowiedziała się na temat ich małżeństwa. Postanowiłem to uszanować. To była pańska decyzja? Tak. Choć konsultowałem się z rodziną i wydawcą. Nie czuję się uprawniony, by ingerować w tę sferę życia. Być może nie chciałby tego także Stachura. W 1972 r. zgubił pięć zeszytów z zapiskami. Podsumował tę sytuację tak: „W plecaku i chlebaku oprócz wielu rzeczy zwanych osobistymi było pięć grubych zeszytów, notatek do »Fabula rasa«. Prowadziło się to od 1966 roku. Sześć lat. Pięć grubych zeszytów. Odliczyć trzeba z tego to, co nigdy i tak nie mogłoby ujrzeć druku, bo zbyt straszliwe, zbyt przerażające. Dobrze może, że to przepadło”. Czyli że nie wszystkim, co pisał, chciał się podzielić z czytelnikiem. Zapewne, choć z drugiej strony miał okazję, by to zniszczyć. Czuł się pan za niego odpowiedzialny? Pracę nad twórczością Stachury rozpocząłem w czasie, gdy zainteresowanie nim przygasło. Zdecydowałem wówczas, że czytelnikom przedstawię pisarza mniej więcej tak, jak on by sobie życzył. A więc nie jako „naiwnego prostaczka”, „włóczęgę owianego kurzem z polnych dróg” czy „Rodziewiczównę w dżinsach”. Bo tak postrzegała go krytyka i wielu czytelników. Chciałem ukazać Stachurę jako człowieka wykształconego, znającego języki. Jako pisarza przeświadczonego, że ma do przekazania istotną prawdę o świecie. Tyle tylko, że literacka forma, którą wybrał, okazała się zgubna. Stachura minął się z krytyką, pozostał twórcą niezrozumianym. Inna sprawa, że zadanie, jakie sobie wyznaczył, było poza ludzkimi możliwościami. Bo jak tu opisać „wszystkość”? To utopia. Stachura próbował i tę walkę przegrał. Wkrótce okazało się, że rola literaturoznawcy, który objaśnia ludziom, jak mają czytać i rozumieć poszczególne dzieła, niezbyt mi odpowiada. O wiele lepiej czuję się jako edytor, czyli ktoś, kto pracuje nad odnalezionym tekstem niejako w zastępstwie autora. Staram się więc podać teksty Stachury w sposób najbardziej zbliżony do tego, jaki on sam zamierzył. Interpretację pozostawiam czytelnikowi. Ale przez dobór tekstów też pan wpływa na to, co pomyśli czytelnik. Niewątpliwie. To, co robię, może się obrócić przeciw mnie, ale biorę na siebie pełną odpowiedzialność. W mojej pracy dość często wspierali mnie przyjaciele Stachury. Dzięki nim mogłem wyjaśnić sprawy jedynie zasygnalizowane przez autora. Jak się później okazało – niektóre rozmowy przeprowadziłem w ostatniej chwili. Mam tu na myśli Ryszarda Kapuścińskiego, Janusza Żernickiego czy Wincentego Różańskiego. W dziennikach Stachura notował pomysły na opowiadania. Czy mogą zmienić nasze postrzeganie jego twórczości? Dzienniki Stachury pokazują, jak ciężko nad sobą pracował. Doskonalił się pod względem literackim, doskonalił warsztat. Był tytanem pracy. Proszę sobie wyobrazić, że tylko jednego dnia potrafił napisać 26 listów! Natomiast nie sądzę, aby publikacja dzienników w dramatyczny sposób zmieniła jego wizerunek. Powiedziałbym raczej, że zobaczymy jego nowe oblicza. Czytelnik pozna charakter wędrówek i przemyśleń Stachury. Wrażenie robi jego niesamowite skupienie na sobie. Jak to ujął Gombrowicz: „Poniedziałek: Ja, Wtorek: Ja, Środa: Ja”. Dzienniki pokazują także to, że Edward Stachura miał świadomość kreacyjnego charakteru swojej twórczości i tego, jaki może być jej odbiór. 1 czerwca 1972 r. napisał: „Jeśli ja powiem, że pętla tramwajowa nr 45 w Zgierzu kursującego między tymże a Łodzią Fabryczną bardzo mi się spodobała i w jakiś sposób to rozgłoszę, na przykład ogłoszę to drukiem w zwanej prasie literackiej, to wiem, że wkrótce albo trochę później, albo za parę lat, albo za 50 lat, albo za 100 – zawsze znajdzie się paru ciekawych, ciekawych ludzi i ciekawych świata [...] którzy tu przyjadą, na pętlę tramwaju nr 45 w Zgierzu”. No i są jeszcze w dziennikach rozmaite ciekawostki: opis przedmiotów, które przywoził z podróży, listy piosenek, jakie zamierzał wykonać podczas recitali, listy dłużników... Należności zostały uregulowane? Niektórych nazwisk nie przekreślił (śmiech). A są to nazwiska dość znane. Pamiętajmy jednak o realiach tamtych czasów. Marek Nowakowski opowiadał niedawno, że pożyczył kiedyś Stachurze pieniądze na pokera. Stachura pojawił się później z pokaźną kolekcją zegarków, które wygrał w karty. „Chcesz któryś?” – spytał Nowakowskiego. I tak pan Marek stał się posiadaczem zegarka, który w wiele lat potem przekazał Wiesławowi Uchańskiemu, prezesowi Iskier i znanemu kolekcjonerowi. Jak Sted radził sobie z kartami? Niektórzy twierdzą, że w pokera grał świetnie, a jeszcze lepiej potrafił dopomagać szczęściu. Na tyle umiejętnie, że nigdy go na tym nie złapano. Bilans wychodził na plus? Jednego dnia przynosił fortunę, drugiego brakowało mu na papierosy. W każdym razie przez długi czas, gdy mieszkał w akademiku, utrzymywał się z pokera i z szachów, w które także grywał na pieniądze. Dla wielbicieli Stachury zaskakujące mogą być informacje o tym, że pisarz nosił ze sobą pistolet. Pozował na twardego gościa? W dziennikach znajdziemy także informacje o kursie dżudo. Czy chodziło wyłącznie o bezpieczeństwo? Zdaniem niektórych przyjaciół Stachura był typem macho. Nieco się jąkał. Podobno przed koncertami stres był tak duży, że czasem decydował się zrelaksować w typowy dla Słowian sposób. Sądzę, że w przypadku Stachury nie możemy mówić o alkoholizmie. Co prawda w dzienniku zauważył, że wódki są dwa rodzaje: dobra i bardzo dobra. Gustował też w tequili. Zresztą, proszę mi pokazać choć jednego autora z czasów PRL, który byłby zdeklarowanym abstynentem. Broniewski? (śmiech) Stachurze zdarzało się brać udział w zakrapianych spotkaniach, ale nie brak też świadectw, że męczyło go towarzystwo nazbyt nasączone gorzałą. W pierwszym tomie dzienników wspomina, jak w Jeżowie Sudeckim pracował nad scenariuszem „Siekierezady”. W przerwie wziął udział w przyjęciu. Dopadła go pewna artystka, która oświadczyła: „Będę panu mówiła poezje. Wokół same dranie, tylko pan jeden jest człowiek”. Stachura obrócił się na pięcie i wyszedł. Tak to później podsumował: „Czy jest coś na świecie potworniejszego niż pijana kobieta? Jest! Pijana artystka!”. Wspomniał pan o przyjaźni Stachury z Ryszardem Kapuścińskim. Czy postać reportera pojawia się w dziennikach? Tak, choć są to tylko ślady. Zapiski pochodzą z roku 1969, kiedy Kapuściński był korespondentem PAP na całą Amerykę Południową. Mieszkał wtedy w Mexico City przy ulicy Rio Amazonas i udzielił gościny Edwardowi Stachurze. W praktyce rzadko się widywali, bo Kapuściński cały czas był w rozjazdach, wokół tyle się działo. Kiedy wreszcie pojawiał się w mieszkaniu, Stachura chciał mu czytać nowe, dopracowane fragmenty „Siekierezady”. Kapuściński nie bardzo miał na to siłę... Stachura był wdzięczny przyjacielowi za pomoc i wspominał o niej w raportach, które jako stypendysta musiał słać do Ministerstwa Kultury. A co z innymi ludźmi z najbliższego Stachurze kręgu? Wspomina Marka Nowakowskiego lub Ireneusza Iredyńskiego? Zdumiewające, że liczne i ciekawe znajomości Stachury nie znajdują odzwierciedlenia w dziennikach. Dlaczego? Trudno mi powiedzieć. Podobnie nie potrafię wyjaśnić, czemu Stachura pominął kwestie związane z przełomowymi wydarzeniami politycznymi: Marcem 1968 czy Grudniem 1970. Niemal wszystko, co tyczyło relacji osobistych, zawarte zostało w korespondencji. Pod koniec życia starannie zebrał listy, których był adresatem, i poszedł do parku na Grochowie. Zrobił tam ognisko. Z dymem nie puścił tylko kartek, które sam do siebie wysłał. Wiem to od osoby, która wtedy Stachurze towarzyszyła. Myślę, że to zdarzenie świadczy o ogromnej delikatności pisarza. Nie chciał, by wyszły na jaw intymne treści, jakimi dzielili się z nim przyjaciele. Natomiast gdy któryś ze znajomych spytał: „Co mam zrobić z listami, jakie do mnie wysłałeś?”, odparł: „Przekaż do biblioteki”. To dość czytelna sugestia upublicznienia. Znaczna część dzienników ma charakter patchworku. Są tam godziny wschodów i zachodów księżyca, informacje o sile wiatru, zapiski z lektur. I nagle, na kilka miesięcy przed śmiercią, Stachura – będący w kiepskiej formie psychicznej – zaczął prowadzić zdyscyplinowane, codzienne notatki. Dramatyczne i znakomite literacko. Potrafi to pan wytłumaczyć? W życiu Stachury nastąpiły dwie krańcowe przemiany. Do pierwszej doszło w połowie lat 70. Pisarz, zafascynowany buddyzmem zen, zaczął objaśniać swoim znajomym, czym są miłość, prawda i szczęście. Wiem od nich, że było to trudne do zniesienia. Postanowił też wtedy uciec od siebie, wyzbyć się osobowości, stać się człowiekiem-nikt. Próbował wydawać książki bez nazwiska. Argumentował, że to nie tylko jego, ale wszystkich. Proszę wyobrazić sobie reakcje wydawców... Skończyło się na tym, że „Fabula rasa” ukazała się wprawdzie nie anonimowo, ale z nazwiskiem autora wypisanym na okładce małymi literami. Zresztą „Fabula rasa”, książka, do której materiały zbierał latami, pierwotnie miała wyglądać zupełnie inaczej. Przyznam, że trudno mi przyjąć wersję, którą Stachura zdecydował się wreszcie opublikować. W redakcji „Twórczości” poważnie zastanawiano się, czy tę prozę wydrukować. Zadecydowało stanowcze zdanie Jarosława Iwaszkiewicza. Czas, w którym Stachura zdecydował się żyć poza rzeczywistością, zakończył wypadek. Pisarz szedł naprzeciw nadjeżdżającemu pociągowi. Coś kazało mu pozostać na torach. Miał wiele szczęścia, stracił tylko kilka palców u prawej dłoni. Po tym wydarzeniu przeniósł się do matki, do Aleksandrowa Kujawskiego. Powoli zaczynał odzyskiwać osobowość, ale, jak pisał, stracił smak życia. Właśnie wtedy zaczął regularne zapiski, o których pan wspomina. Zostały one włączone do słynnego „dżinsowego” wydania dzieł zebranych Stachury z 1982 r. To rzeczywiście wspaniała literatura – czysta, żywa, intensywna. Dla dramatycznego przesłania autor znalazł najlepszą, najprostszą formę. Niewątpliwie pełniły one także rolę terapeutyczną. Ostatnie zapiski Stachury dowodzą, że próbował na nowo oswoić świat, pogodzić się z nim. Niestety, jak się okazało, w rzeczywistości pogodził się wtedy ze śmiercią. W niedzielę, 8 lipca 1979 zapisał: „Byłem, chyba jak każdy człowiek, światem samym w sobie i kiedy było mi źle, chowałem się w sobie, miałem w sobie schronienie. Teraz nie mam tego schronienia. Nie mam własnego, swojskiego świata. Jestem cały odkryty, odsłonięty, nagi, wystawiony na razy. Człowiek-nikt zniknął”. Wrzesień 2010
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL