fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Lekkoatletyka

Tak się przechodzi do legendy

Tomasz Majewski – najpierw siła spokoju, potem mistrzowska radość
PAP/EPA
Tomasz Majewski obronił tytuł z Pekinu. Znowu mamy mistrza olimpijskiego w pchnięciu kulą
Przed ostatnią serią Tomasz Majewski prowadził z  Davidem Storlem o jeden centymetr. Konkurs przedłużał się, wystartował bieg kobiet na 10 km. Tak naprawdę walka o złoto od początku toczyła się między Majewskim i Niemcem, inni byli w stanie tylko przyglądać się tej rywalizacji.
Polak usiadł daleko od innych, głęboko oddychał, położył się. Potem powiedział, że dopiero wtedy po raz pierwszy poczuł emocje. Wcześniej był spokojny i tradycyjnie niezadowolony po każdym pchnięciu. – To nie była żadna joga. Zmęczyłem się i musiałem chwilę odpocząć – żartował.
Po kwalifikacjach mówił, że ma moc. Wieczorem przekonał, że nie kłamał
Storl w ostatniej serii nie dał rady, wcześniejsze dwa pchnięcia  spalił. Mistrz świata z Daegu z ubiegłego roku pchnął bliżej od Polaka i ten wiedział już, że ma złoto. Ostatnią kulę podniósł z uśmiechem na twarzy, ale żeby nie było wątpliwości  poprawił swój rezultat o dwa centymetry – na 21,89.
Majewski czuł się mocny, po porannych kwalifikacjach mówił, że będzie dobrze. Wieczorem przekonał, że nie kłamał. Daegu, gdzie przed rokiem triumfował Storl, było dla Majewskiego miejscem odrodzenia. Nie awansował nawet do finału, bo sądził, że wygrał te zawody już na rozgrzewce i zastanawiał się, dlaczego nie chcą mu od razu dać złotego medalu. Wtedy był w najlepszej formie, ale nagle zaczął zmieniać taktykę, kombinować. Zdenerwował się, że nie udało mu się w pierwszej próbie, a później zjadły go nerwy. Obiecał, że taka pycha już się nie powtórzy, nabrał spokoju i właśnie spokojem wywalczył londyńskie złoto.
Może nie był pewny swego, ale luzu dodawała mu świadomość, że wygrał już igrzyska w Pekinie. – Ja nic nie muszę, tylko mogę. Bardzo chcę, ale nie mam ciśnienia. To moi rywale nie wiedzą, jak smakuje najwyższe podium. Mam nadzieję, że się nie dowiedzą – mówił „Rz" podczas zgrupowania w Spale, przed igrzyskami.
Do Pekinu jechał nieśmiało marząc o brązowym medalu. W piątek w Londynie spiker przedstawił go jak announcer przed walką bokserską. Trybuny zadrżały, „czas na dużych chłopców" – zapowiadano konkurs pchnięcia kulą.
Duzi chłopcy ze Stanów Zjednoczonych jednak nie podjęli rękawicy – Christian Cantwell, Reese Hoffa i Ryan Whiting po każdym pchnięciu patrzyli na swojego trenera, a ten tylko z niezadowoleniem kręcił głową. Amerykanie nie wytrzymali presji. – Oni od 20 lat na igrzyskach mają jakiś problem – mówił Majewski.
Storl w pierwszej próbie pchnął 21,84, w drugiej poprawił się o dwa centymetry. Majewski  kręcił nosem, marudził, ale w trzeciej próbie udało mu się wyprzedzić rywala. Trafił w to samo miejsce co on, ale jak się okazało – centymetr dalej. Polak nigdy nie pchnął 22 metrów, czterech rywali z finału w swojej karierze przekroczyło taką granicę, ale znowu nie potrafili tego dokonać w najważniejszych zawodach.
Ostatnim kulomiotem, który obronił tytuł mistrza olimpijskiego, był Amerykanin Perry O'Brien, 56 lat temu. – To była legenda – mówił Majewski w rozmowie z amerykańskimi dziennikarzami. Chyba nie dotarło do niego, że właśnie on też przeszedł do historii.
Złoty medal odbierze w sobotę wieczorem, ale legendą polskiego sportu stał się już w piątek. Przez cztery lata zmienił się, dojrzał, ożenił, urodziło mu się dziecko. Piotr Małachowski mówi, że nigdy się nie spodziewał, że taki olbrzym może być tak opiekuńczy. Ale Majewski pozostał sobą, co rano jeździ na treningi warszawskim metrem, pytany o sławę śmieje się i powtarza: „Ludzie kochani, bądźcie poważni. To tylko pchnięcie kulą". Zapewnia, że odmówiłby udziału w „Tańcu z gwiazdami". W finale w Londynie wystąpił z tą samą chustą na głowie, która przyniosła mu szczęście w Pekinie.
W piątek jedną olimpijską nadzieję jednak straciliśmy, bo Paweł Fajdek nie awansował do finału rzutu młotem. Od tygodni wieszano mu na szyi medal, nawet złoty. Był wśród trzech najlepszych młociarzy sezonu: młody, rozpędzony, pewny siebie. Strach go dogonił dopiero w kole na Stadionie Olimpijskim.
Pierwszy rzut w kwalifikacjach spalony. Drugi – to samo. Rzucał już w tym sezonie poza granicę 81 metrów. Do awansu wystarczyłoby dużo mniej, tylko trzech zawodników przekroczyło w eliminacjach 78 metrów. On też przekroczył, w trzeciej próbie. Lecz stopą także nieznacznie przekroczył linię. Zabrakło spokoju, który miał Szymon Ziółkowski. Wystarczyło mu 76,22 cm, będzie rzucał w niedzielnym finale (od 21.20).
Najważniejsze 10 sekund igrzysk ma się zacząć w niedzielę o 22.50. Usain Bolt zwany Błyskawicą broni tytułu najszybszego człowieka na świecie, Yohan Blake zwany Bestią chciałby mu ten tytuł zabrać.
Obok nich powinni być w finale dwaj sprinterzy, którzy zawsze w decydujących próbach przegrywali z nerwami: Tyson Gay i Asafa Powell. Bolt, Blake, Gay i Powell to czterech najszybszych sprinterów w tabeli wszech czasów.
Nigdy jeszcze żaden olimpijski finał nie zebrał ich na starcie tak wielu. Ludzie nie usiedzą.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA