fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Węgierskie laboratorium

Jarosław Giziński
Fotorzepa, Waldemar Kompała
Ataki wielkich koncernów i banków na Viktora Orbána biorą się z obaw, by inni politycy europejscy nie zastosowali jego metod walki z kryzysem - pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
Viktor Orbán nie przestaje być straszakiem europejskiej lewicy, choć już zdecydowanie rzadziej występuje w roli diabolicznego „Viktatora" . Chyba stał się zbyt przewidywalny, a powtarzanie tych samych zarzutów staje się nudne. Do tego okazało się, że prawdziwe bądź wyimaginowane polityczne grzechy szefa Fideszu wcale nie są czymś wyjątkowym.
Oto w Rumunii do bezpardonowej walki z politycznym przeciwnikiem stanął inny premier -  nomen omen -  też Victor. Z tą różnicą, że kiedy lewicowo-liberalnemu Victorowi Poncie brutalną rozprawę z prezydentem Basescu wytknął szef europarlamentu Martin Schulz, wówczas mówił o „swoim przyjacielu", który popełnił pewne błędy. Rok wcześniej Schulz zastanawiał się publicznie, czy rządzone przez Orbána Węgry w ogóle kwalifikują się do objęcia przewodnictwa Unii Europejskiej, a niektórzy lewicowi politycy dostrzegali na Węgrzech wręcz „brunatne zagrożenie.
„Demokraturę" Ponty równie zdecydowanie jak wcześniej Orbána skrytykowała jedynie Angela Merkel. Z kolei prasa europejska potraktowała wydarzenia w Rumunii jako epizod, nawet mimo ostrej krytyki ze strony Komisji Europejskiej. Europa pewnie przypomni sobie o Rumunii z okazji referendum, które w ten weekend ma przypieczętować decyzje tamtejszej grupy trzymającej władzę, po czym zapadnie cisza. Bo Ponta dobrze wie, jak położyć po sobie uszy.
Tymczasem Orbán nie chce być potulny. On rzeczywiście potrafi być irytujący. Jego grzechem pierworodnym jest prawicowość, i to ta nielubiana w Europie, konserwatywno-narodowa.
Indianie twierdzili, że wielkość wodza określa potęga jego wrogów. Jeśli zastosować to kryterium do Orbána, to powinien on być z siebie dumny. Jego rzeczywistymi lub wydumanymi grzechami zajmują się przywódcy największych państw Europy, najwyżsi funkcjonariusze Unii Europejskiej, ba -  Węgry upomina nawet szefowa amerykańskiego Departamentu Stanu.
Bywa, że politycy Fideszu popełniają szkolne błędy -  jak wówczas, gdy przewodniczący parlamentu László Kövér uparł się, by w Rumunii pochować międzywojennego, faszyzującego pisarza Józsefa Nyirő, albo gdy sam premier, pełniąc funkcję szefa unijnej prezydencji, zarzucił UE „kolonializm" i przyrównał Brukselę do Moskwy. Bywa jednak, że po prostu próbują realizować własną wizję, która kłóci się z jedynie słusznymi modelami. Rozróżnienie tych przypadków bywa trudne.

Na własnym podwórku

Tak naprawdę podstawowym grzechem Orbána jest systematyczne naruszanie interesów potężnych i wpływowych grup. Zaczął od demontażu systemu władzy wykonawczej na Węgrzech. Potem rozprawił się z niechętnymi mu mediami i zabrał się za sądownictwo.
O ile rzeczywiście na Węgrzech ewolucyjna transformacja ustrojowa spowodowała zabetonowanie wielu struktur przez najprawdziwszą postkomunistyczną lewicę, to jednak sposób ich demontażu budzi wiele wątpliwości. Czy rzeczywiście najlepszym sposobem na sympatyzujących z liberałami i lewicą sędziami było masowe odesłanie ich na emerytury? Czy utorowanie drogi związanym z prawicą ludziom mediów musiało się wiązać z zamykaniem ust krytykującym władzę lewicowym mediom? Czy wszystkie stanowiska musiały zostać obsadzone przez ludzi wiernych władzy? Czy kadencje nowo mianowanych decydentów muszą sięgać 9, a w krańcowych przypadkach nawet 12 lat?
To, co Orbán i jego partia robili na węgierskim podwórku politycznym, prowokowało często negatywne oceny, jednak pozostawało sprawą polityki wewnętrznej Budapesztu. Przestało nią być, gdy Fidesz wszedł na pole minowe, jakim jest polityka gospodarcza, a zwłaszcza dość nieortodoksyjne próby zwalczania kryzysu.

Wielkie korporacje w ataku

Przejmująca władzę ekipa Orbána w 2010 r. nie miała gotowej recepty na wyjście z głębokiego kryzysu, w jakim kraj znalazł się po rządach lewicy. Minister gospodarki György Matolcsy przedstawił taki plan dopiero po dobrych dziesięciu miesiącach. Recepty na razie nie powalają skutecznością, chociaż stan finansów państwa nieco się poprawia. Ekonomiści krytykują rząd Fideszu za zbytnią chaotyczność i brak konsekwencji, jednak wcale nie to stało się główną przyczyną burzy, jaką na swoją głowę ściągnął Orbán.
Problemem takim stała się znacznie ogólniejsza filozofia premiera, niechętnego „inżynierii finansowej" i wszechwładzy drapieżnego kapitału. Kłopoty się zaczęły, kiedy postanowił skłonić wielkie korporacje -  które robiły nad Dunajem kokosowe interesy, korzystając z licznych ulg i udogodnień -  do walki z naprawdę głębokim kryzysem, w jakim znalazł się kraj. One zaś -  jak zwykle - wolałyby prywatyzację zysku i nacjonalizację strat. Z Orbánem jednak nie poszło im łatwo.
Fidesz nie patyczkował się. Nie miał zresztą wyboru, bo z opodatkowanych do granic możliwości obywateli nie ma już czego ściągnąć. Kolejne kroki wywoływały złość szefów koncernów i instytucji finansowych. Z oburzeniem przyjęto decyzje o rozwiązaniu prywatnych funduszy emerytalnych, choć wcześniej nikomu nie przeszkadzało, że ich rentowność (dla klientów oczywiście) była niższa od lokaty na koncie a vista. Wkrótce nadszedł podatek kryzysowy narzucony bankom, firmom telekomunikacyjnym i sieciom handlowym. Wreszcie Orbán wpadł na pomysł opodatkowania transakcji finansowych.
Tego już było za wiele. Wielkie korporacje rozpychające się i przyzwyczajone do odbierania hołdów od polityków poczuły się dotknięte i podniosły alarm. Prasę światową zalały lamenty na temat spustoszeń, jakie czyni ekonomiczny dyletant Orbán. Czternaście największych zagranicznych koncernów działających na Węgrzech napisało skargę do Komisji Europejskiej, żaląc się na nakładane na nie ciężary. Nie pochwaliły się jednak tym, że np. zagraniczne banki przetransferowały z Węgier w zeszłym roku ok. 3 mld euro (ok. jednej piątej sumy, o jaką rząd węgierski stara się dziś w formie linii kredytowej od MFW), a jednocześnie praktycznie wstrzymały kredyty dla małych i średnich przedsiębiorstw, choć wcześniej wciskały hipoteczne kredyty dewizowe komu popadło.
Nerwowa reakcja wielkiego kapitału nie wynika aż tak bardzo ze strat, jakie koncerny i banki mogłyby ponieść na Węgrzech. Znacznie groźniejsza w ich oczach jest rola laboratorium, którą ten marginalny rynek zaczyna odgrywać dla polityków europejskich. Walcząc z kryzysem przywódcy takich państw jak Francja czy Niemcy zaczynają wspominać o podatku kryzysowym albo od transakcji bankowych. Zły przykład idący znad Dunaju okazuje się zaraźliwy. Może to nie w Budapeszcie wymyślono sposoby na sięgnięcie do sakiewki najgrubszych ryb, ale akurat tam wcielono je w życie.
A Orbán rzuca wciąż nowe pomysły. W ubiegłym tygodniu podczas konferencji w Izbie Przemysłowo-Handlowej -  i to w dniu rozpoczęcia negocjacji z delegacją MFW -  oświadczył, że połowa banków na Węgrzech powinna znaleźć się w węgierskich rękach, zaś środki z podatku od transakcji bankowych mają posłużyć do stworzenia funduszu walki z bezrobociem. To może spodobać się wyborcom. Tak jak zrozumienie znalazła walka z szefem banku centralnego Andrásem Simorem. W obronie niezależności banku stanęły wszystkie liczące się instytucje międzynarodowe ( cofnięcie inkryminowanych przepisów z ustawy o banku narodowym było warunkiem podjęcia negocjacji z WFW), a tymczasem duża część Węgrów widziała w Simorze mianowanego przez postkomunistów bankiera, który broni jednocześnie swoich apanaży, notabene dwukrotnie wyższych niż pobory szefa amerykańskiej Rezerwy Federalnej (sic!).

Argument siły i zasady

Najskuteczniejszym sposobem przynajmniej chwilowego uciszenia niepokornego Węgra będą, jak zawsze, pieniądze. Mimo iż Orbán zarzeka się, że 15 mld euro, o które jego rząd zabiega w MFW, to nie pożyczka, lecz rodzaj zabezpieczenia, a państwo posiada wystarczające rezerwy sięgające dziś 35 mld euro, to bez zagranicznej pomocy się nie obędzie. Trwające już od końca ubiegłego roku zabiegi o jej uzyskanie zmusiły Fidesz do wycofania się z kilku powszechnie krytykowanych zapisów dotyczących niezawisłości sądów i banku centralnego oraz sfery niezależności mediów.

Węgrom wolno mniej

Prowadząca właśnie rozmowy w Budapeszcie delegacja MFW nie daruje Węgrom. Tak jak w lutym zagrożono im karą w postaci odebrania pół miliona euro z funduszy spójności za przekroczenie dozwolonego limitu deficytu budżetowego, chociaż np. Hiszpanii zezwolono na znacznie większą dziurę budżetową, która do tej pory, zamiast się zmniejszyć, urosła o kolejny punkt procentowy (na dodatek Hiszpanię poratowano kwotą 100 mld euro!). Najwyraźniej w tej części Europy wolno mniej, nawet jeśli wysiłki i cięcia Węgrów w sumie okazały się głębsze i bardziej bolesne od tego, co zrobili u siebie choćby Grecy.
Orbán ostatecznie będzie musiał się zgodzić na ustępstwa, bo aktualna pozostaje maksyma przypisywana baronowi Rotschildowi: „kto płaci, ten zamawia muzykę". Ale Orbán to twardy zawodnik. Dwa lata temu w jednym z wywiadów powiedział: „uginamy się przed argumentem siły, ale nie rezygnujemy ze swoich zasad". Gdy tylko poczuje się pewniej, znów czymś zaskoczy Europę. Chyba że jego eksperymenty zakończą się totalną klęską, a węgierscy wyborcy oddadzą ster rządów komuś z bardziej porywającą wizją. Problem tylko w tym, że na razie nikogo takiego na naddunajskim horyzoncie politycznym nie widać.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA