fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Gdzie wierzby szumią pod palmami

Iwona Trusewicz
Wyspy Północna i Południowa to dwa różne światy. I jak na antypody przystało, wszystko jest tu na odwrót – południe ze śniegiem, a północ z palmami
Wyspa Północna przypomina to, co mamy w Europie – trochę brudno, kolorowo i nie zawsze bezpiecznie. Na południu ludzi jest dużo mniej; panuje niezwykła czystość, mieszkańcy – potomkowie osadników z Irlandii i Szkocji – są bardzo gościnni, a przyroda – wyjątkowa.
Wyspa Południowa to kraina wielkich jezior polodowcowych wciśniętych w wysokie góry ośnieżone cały rok – Alpy Południowe z najwyższym szczytem Mt. Cook, 3754 m n.p.m. Z gór spływają lodowce, a ich podnóża porastają lasy deszczowe i busz.

Gwiazdy i maślaki

Bazą wypadową w rejon Mt. Cook jest wioseczka Tekapo przycupnięta nad brzegiem jeziora o tej samej nazwie. To miejsce o najczystszym w Nowej Zelandii niebie, gdzie najlepiej widać naszą galaktykę – Drogę Mleczną. Takiego firmamentu nie widziałam nigdy. Godzinę leżałam nocą na ławce przed moim pokoikiem w hostelu Tailor-made-Tekapo wpatrzona w nieznane gwiazdy. Rozpoznałam jedynie konstelację Oriona. Wokół panowała cisza przerywana tylko głosami nieznanych nocnych ptaków. Właśnie w Tekapo na pobliskiej Mt. John (1031 m n.p.m.) wybudowano obserwatorium astronomiczne. Tam właśnie wybrałam się na szlak następnego dnia. Po drodze obejrzałam jeszcze maleńki kamienny kościółek Dobrego Pasterza stojący na trawiastym cyplu nad jeziorem; obok niego pasterze owiec wystawili pomnik pasterskich psów pracujących wspólnie z ludźmi od XIX w.
Szlak do obserwatorium to 4 godziny stromego podejścia w ostrym słońcu bezdrzewnymi zboczami góry. Na szczycie umieszczono dokładną tablicę z panoramiczną mapą i nazwami widocznych z tego miejsca wierzchołków. Przy obserwatorium działa przeszklona kawiarnia Astro Cafe z bajecznym widokiem na cztery strony świata – ośnieżone Alpy, jezioro, miasteczko. Można zwiedzić obserwatorium i zerknąć za 50 dolarów na niebo przez wielkie teleskopy.
Schodząc do miasteczka przez sosnowy las, bardzo podobny do tych, które porastają nasze Sudety, nazbierałam siatkę... maślaków. Zdrowe o żółtej skórce na kapeluszach, rosły koloniami, których nikt nawet nie dotykał. Trafiały się także koźlaki. Najdorodniejsze rosły w trawie w ogrodzie mojego hostelu. Gdy wieczorem smażyłam grzyby we wspólnej kuchni, tylko Chińczycy nie pytali mnie, czy aby na pewno wiem, co robię. Oni przecież jedzą i te grzyby, których nawet my w Polsce nie ośmielamy się tknąć.

Frodo na Routeburn Track

W krainie fiordów Fiordland są trzy słynne szlaki górskie – Milford, Routeburn i Kepler. Liczba wędrujących każdym z nich jest reglamentowana. Mogą na nie wyjść tylko ci, którzy w Departamencie Ochrony Przyrody wykupili noclegi w schroniskach na szlaku. Milford jest zarezerwowany pół roku do przodu; wybrałam więc trzydniowy Routeburn, który zaczyna się w wiosce Glenorchy za Queenstown. Na początek szlaku podwiózł mnie i jeszcze dziesięciu wędrowców z Niemiec, Australii, Szkocji i Kanady prywatny busik. Ranek wstał bardzo chłodny, słoneczny; w przezroczystym powietrzu góry pokryte śniegiem, błękitne niebo i jezioro zlewały się w zjawiskowy pejzaż.
Wszystko na tym szlaku przypomina film Nowozelandczyka Petera Jacksona „Władca Pierścieni". Pierwszy dzień w pełnym słońcu prowadził do Falls Hut, schroniska pod wodospadem. Wysypana grysem i utwardzona ścieżka wiła się przez wilgotny las pełen wielkich paproci; przekraczała po wiszących mostach rwące potoki i rzeki pełne gigantycznych głazów; przemykała skrajem rumowisk skalnych, by nagle wychynąć w wielką dolinę żółtych traw otaczających brzegi przeciskającej się między górami rzeki Dart.
Gdy wieczorem wśród omszałych drzew zamajaczyły zarysy schroniska, żal było schodzić ze szlaku. Przed schroniskiem stojącym na palach na skalnym zboczu otwierał się przed wędrowcami widok na przeciwległe góry Humbolta. Do zmierzchu siedziałam z kubkiem herbaty na ławce na tarasie oniemiała z zachwytu.
Wieczorem do świetlicy przyszedł strażnik, sprawdził nasze numery (kto wykupił noclegi, dostawał taki w e-mailu) i opowiedział o tym miejscu i szlaku. Była trójka Kanadyjczyków z Alberty, para Amerykanów z Montany, pięciu wesołych Australijczyków, Francuzi wyposażeni jak na miesięczny pobyt w Himalajach, kilkoro Niemców, Szwajcarzy, Norwegowie i Nowozelandczycy. No i jedna Polka. „Jutro będzie ostro wiać i padać" – zapowiedział na dobranoc strażnik. I się nie pomylił. W Fiordland deszcz to rzecz codzienna.
Po doskonale przespanej nocy dzień drugi okazał się najtrudniejszy. Deszcz bębnił o dach od świtu mocnym, równym rytmem. Pobliski wodospad od razu wezbrał masami wody. Szlak piął się skałami w górę, wchodził w bezdrzewne doliny, których dna wypełniały coraz większe rzeki i strumienie, szedł brzegami jeziorek, nad przepaściami, które zasłaniała mgła.
Wejście na Siodło Harrisa (1255 m) zajęło ponad dwie godziny. Peleryna dawno przemokła, w butach z goreteksu chlupała woda. Przełęcz została tak nazwana na cześć jej odkrywcy Johna Harrisa, który w XIX w. jako pierwszy próbował chronić unikalną przyrodę. M.in. wyłapywał ptaki kiwi i osiedlał je na wyspach jeziora Te Anau, gdzie nie było żadnych drapieżników.
Dalej droga opuszczała się ostro lub wspinała wąskim szlakiem pod skałami. Raz przejść trzeba było pod wodospadem, który powstał po nocnych opadach, w innym miejscu prawa noga ześliznęła mi się ze szlaku i zaczęłam zsuwać się ze zbocza w... No właśnie, nie wiem gdzie, bo mgła była gęsta. Udało mi się zatrzymać i wrócić na szlak. Góry Darren to chowały się, to pokazywały między chmurami. Czułam się jak tolkienowscy Frodo i Sam coraz bardziej zbliżający się do Mordoru.

Lasy ze snów

Nagle mgła odpłynęła i w dole ukazało się jezioro o barwie ciemnoniebieskiej, okolone wąską wstęgą szmaragdowej wody wzdłuż brzegów. U jego końca majaczyła chatka – schronisko nad jeziorem Mackenzie – cel drugiego dnia. Bardzo strome zejście po śliskich kamieniach wiło się serpentyną aż do niezwykłego lasu. Tworzyły go wielkie drzewa o poskręcanych, powyginanych gałęziach. Porastały je ciemnozielone mchy, całe ich wielkie płaty zwieszały się z gałęzi, oblepiały konary i pnie.
Włochate warkocze porostów niczym zasłony chwiały się na wietrze. Las zdawał się falować i ruszać. Głosy nieznanych ptaków dopełniały widowiska.
Wieczorem w chacie wokół kominka leżały stosy przemokniętych ubrań i butów. Każdy próbował je jakoś podsuszyć. Strażnik opowiedział do snu niezwykłą historię o dwóch motocyklistach, którzy przejechali ten szlak na motorach, co wydaje się niemożliwe. Oczywiście zostali na końca złapani i ukarani, ale podziw dla wyczynu pozostał.
Ranek wstał cichy, bez deszczu. Jeszcze w ciemności wyszłam przed chatę. Powietrze było ostre, wilgotne, z drzew kapała woda. Niebo zaczęło szarzeć. Tym razem ja szłam pierwsza lasem ze snu; powoli robiło się coraz jaśniej, słońce oświetliło szczyty gór Darren. Szlak z lasu mchów i porostów wchodził w busz, gdzie plątanina roślin pozwalała tylko na poruszanie się ścieżką. Po drodze stała ekologiczna toaleta wentylowana wiatrem. Na skalnych półkach można było zapatrzyć się na góry, doliny z rzekami, gdzie obok paproci, pandanusów, dracen rosły też wierzby. Po obfitych opadach mijany wodospad Earland (174 m wysokości) omal wylewał się na ścieżkę. Jeszcze ostatnia chata na szlaku – nad jeziorem Howden; jeszcze wdrapanie się na Key Summit z zachwycającą panoramą. I już byłam na końcu wędrówki, w schronie The Divide, skąd autobus zabrał mnie do Milford Sound na rejs statkiem po najpiękniejszym fiordzie Nowej Zelandii Milford Sound...

Miejsce dla kiwi

Bramą do Nowej Zelandii jest Auckland – największe miasto tego liczącego 4,4 mln mieszkańców kraju. Mieszka w nim 1,4 mln ludzi, w których ponad połowa to Maorysi uznawani za rdzenną ludność Nowej Zelandii. Tak naprawdę oni także są napływowi. Tyle że napłynęli jakieś tysiąc lat przed białymi. I nie z Anglii, Szkocji czy Irlandii, ale z wysp Pacyfiku.
Zanim kapitan James Cook postawił w XVIII w. stopę na Wyspie Południowej, Maorysi zdążyli już wybić wszystkie ptaki moa – największe, jakie w tym czasie żyły na ziemi, sięgające 3 metrów wysokości. Biali osadnicy, którzy od połowy XIX wieku zaczęli osiedlać się na obu wyspach, dołożyli się do wyniszczenia jedynej w swoim rodzaju nowozelandzkiej fauny. Z ludźmi pojawiły się psy, koty, szczury i przywiezione z Australii, by je hodować na futra – oposy. Te ostatnie wyrwały się z klatek i dziś jest ich w nowozelandzkich lasach 70 mln. Pożerają wszystko, co mogą złapać.
Człowiek, który zniszczył ekosystem Nowej Zelandii, dziś w absurdalny nieraz sposób próbuje ratować ostatnie zagrożone gatunki. Symbol kraju – nocny ptak kiwi – doczekał się nawet własnego lasu. Niedaleko miasta Hamilton na Wyspie Północnej władze postawiły 47 km wysokiego na 2 m i szerokiego na metr ogrodzenia, które ma chronić przed drapieżnikami ostatnie kiwi żyjące na wolności. Całość kosztowała 20 mln nowozelandzkich dolarów (52,5 mln zł). Kiwi nie maja jednak spokoju. Za ciężkie pieniądze turyści wożeni są do lasu, by podglądać ptaki nawet nocą.

Festiwal obżarstwa

Raz do roku w pięknym Western Park w Auckland odbywa się w marcu festiwal kultury narodów Pacyfiku. Prezentują się tam terytoria zależne od Nowej Zelandii – Wyspy Cooka, Kiribati, Niue, Tokelau, ale także te, które uzyskały samodzielność jak Samoa czy Tonga. Większość mieszkańców tych wysp mieszka dziś w Nowej Zelandii.
Jubileuszowy 20. festiwal przypadł właśnie w czasie mojego pobytu. Była sobota i miasto wydawało się zupełnie wyludnione. Gdy wysiadłam z autobusu przy Western Park, zrozumiałam, że pół Auckland pojechało na festiwal. Tym większe było moje rozczarowanie. Każde z pacyficznych państewek przygotowało kramy z pamiątkami, przy których nasze ludowe jarmarki to szczyt dobrego smaku. Każde prezentowało tańce wykonywane przez dziewczęta w spódniczkach z traw i liści palm oraz bawełnianych koszulkach. Każde sprzedawało jedzenie. I tak naprawdę to ostatnie było najważniejsze.
Pacyfika uświadomiła mi, że Nowa Zelandia, której mieszkańcy słyną w Europie z aktywnego stylu życia – kraj wynalazców skoków na bungee, spływów wartkimi rzekami, karkołomnych jazd rowerowych – jest tak naprawdę krajem monstrualnych grubasów. Otyli są nie tylko Maorysi młodzi, starsi i dzieci, ale także biali Nowozelandczycy. Na festiwalu grubasy zajadały się wielkimi porcjami lodów w ananasach, mięs z warzywami pieczonych w tradycyjnych ziemnych piecach hangi, słodkimi ziemniakami kumara, paraoa rewana – pszennymi plackami na zaczynie ze słodkich ziemniaków. Ugięłam się i ja. Kupiłam swojską kukurydzę z pysznym nowozelandzkim solonym masłem.
Wspaniałe są także nowozelandzkie owoce. Na Wyspie Południowej jest miasteczko Cromwell – uchodzące za owocową stolicę kraju. Jadłam tam kupione na owocowym targu śliwki yam-yam. Wielkości naszej renklody tylko z ostrym czubeczkiem smakują niczym brzoskwinia skrzyżowana z węgierką. Do tego są rozpływające się w ustach brzoskwinie, miejscowe winogrona, małe, ale bardzo soczyste, zielone owoce feijoa dodawane do jogurtów, czarne owoce passiflory wyjada się łyżką, a bezpestkowe pomarańcze noweliny je do śniadania. Symbol kraju – owoc kiwi – można tu kupić zarówno z meszkiem, jak i bez meszku. Te drugie są słodsze i bardziej aromatyczne. Natomiast miejscowe gruszki i jabłka ustępują polskim w smaku i różnorodności. Wszystko to ma tylko jeden minus – wysokie ceny. Nowa Zelandia jest dla Polaka bardzo droga. Kilo yam-yam to wydatek ok. 6 dol. (15 zł), brzoskwinie są po 4 – 5 dol., a winogrona po 7 – 8 dol. Litr mleka kosztuje równowartość 8–9,5zł.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA