fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Czas nauczyć się gdakać

Olga Tokarczuk
Fotorzepa, BS Bartek Sadowski
Ukazał się zbiór wykładów i esejów Olgi Tokarczuk. Wynika z nich, że należy zbudować nowe społeczeństwo składające się z rodzin co prawda bezdzietnych, ale uzupełnionych przez „spokrewnione” z nami zwierzątka
Tekst z tygodnika Uważam Rze
Ukazał się zbiór wykładów i esejów Olgi Tokarczuk. Wynika z nich, że należy zbudować nowe społeczeństwo składające się z rodzin co prawda bezdzietnych, ale uzupełnionych przez „spokrewnione" z nami zwierzątka
Niegdyś pisarka, a od dłuższego czasu „realna utopistka" nawołująca do stworzenia alternatywnego, lepszego świata, sygnatariuszka listów w najrozmaitszych, ale – jej zdaniem – zawsze istotnych społecznie kwestiach, globalistka i wegetarianka, przyjaciółka zwierząt walcząca o ich permanentnie gwałcone prawa – słowem, Olga Tokarczuk wydała właśnie w Krytyce Politycznej swoje teksty publicystyczne, mowy i wykłady zebrane w tom zatytułowany nieco tajemniczo „Moment niedźwiedzia".
Książkę powinien przeczytać każdy, kogo interesuje przyszłość szykowana nam przez ustawicznych poprawiaczy świata, niezadowolonych z jego obecnego kształtu. W tej jutrzejszej Heterotopii („to po prostu miejsce inne niż świat, który znamy") odrzuca się m.in. darwinizm, a współzawodnictwo zastępuje altruizmem: „nie ma mowy o zabijaniu i zjadaniu. To są partnerzy, bliscy. (...) od najwcześniejszych lat dzieci uczą się języków innych gatunków, a na uniwersytetach istnieją katedry psychologii międzygatunkowej".
Zatrzymajmy się nad tymi „językami innych gatunków". Czyżby chodziło o rozpoznanie takich języków jak gdakanie kur, chrząkanie świń czy rżenie koni? Nie inaczej. Tokarczuk przywołuje na tę okoliczność słowa sławnej Jane Goodall, która „z niezwykłym wzruszeniem" opowiadała o przeczuciu, jakie jej towarzyszyło, gdy spostrzegła, jak kąpiące się w leśnym wodospadzie szympansy „obserwują spadające krople, jak w milczeniu i bez ruchu przesuwają wzrokiem po falach". Goodall odniosła wówczas wrażenie, że w zwierzętach tych dzieje się coś ważnego i głębokiego, że „uczestniczą w doświadczeniu zmiany, a więc i upływu czasu".
Co w ogóle wiemy o psychologii zwierząt? „Czy nie wydawało wam się nigdy – pyta Olga Tokarczuk – że zwierzęta mają maski, że gdzieś za uszami schowano troki albo zamki, którymi zostały przymocowane, i że te maski są tak samo zagadkowe, enigmatyczne – i w pewien sposób emblematyczne – jak maski ludzi? Kto więc kryje się pod postacią kota sąsiadów i kim jest ta wesoła suczka yorka, którą codziennie widuję na klatce schodowej? Kim jest świnia, kura i krowa?".

Piejo kury, piejo

Zawstydziwszy nas, bo – rzeczywiście – zagadnienie „Kim jest kura?" nie zostało dotąd odpowiednio zgłębione (chyba że za wyczerpujące uznamy sofistyczne rozważania o tym, co było pierwsze: jajko czy kura), autorka „Momentu niedźwiedzia" podważa następnie rozpowszechnioną tezę, jakoby podstawową komórkę społeczną tworzyć miały więzy krwi, czyli rodzina, a szeroko pojmowane związki krwi tworzyły naród. W Heterotopii „bliskimi krewnymi" będą ludzie podobnie myślący i wyznający te same idee. Zatem „rodziny" stworzą, na przykład, „trzy przyjaciółki plus partner jednej z nich, bo wszyscy pasjonują się makrobiotyką" albo „jedna starsza kobieta i jej dwanaście kotów". No jasne, pozwolę sobie jednak wyrazić drobną wątpliwość: co z kurami?
Zakładając, że stworzyłbym udaną komórkę społeczną ze stadkiem tych ostatnich (i gromadką, jakże uroczych, żółciutkich kurczaczków), nie jestem pewny, czy znalazłbym w sobie odpowiednią dozę empatii dla koguta, jak się zdaje, niezbędnego w podobnym związku. Przyznać się bowiem muszę, że nie znoszę koguciej próżności, seksizmu, hałaśliwości. No, ale to w końcu mój problem, z którym w Heterotopii powinienem sobie poradzić, ostatecznie z pomocą Unii. Tak właśnie. Społeczności, takie jak starsza pani z kotami czy ja z kurami, tworzą bowiem – czytamy – „koordynującą je Unię, która, będąc systemem nadrzędnym, egzekwuje (...) podstawową konstytucyjną zasadę – wolności przemieszczania się ludzi i nieprzymuszania nikogo do pozostawania w takim układzie, który nie spełnia jego oczekiwań". Są to zupełnie rewelacyjne perspektywy otwierające się przed człowiekiem przyszłości, znów jednak ogarnia mnie niepokój o kury. Co poczną, gdy je porzucę?
W Heterotopii rozmnażanie nie będzie premiowane żadnym becikowym. Trzeba będzie natomiast przekonać społeczność, w której się żyje, że stać nas na dziecko i że je utrzymamy. Rodzicielstwo w tym świecie to przywilej, a narodziny będą, oczywiście, kontrolowane. O związkach między seksem a posiadaniem dzieci się zapomni. Seks będzie służył przyjemności i „budowaniu więzi", zaś wzorowymi staną się rodziny bezdzietne. Generalnie sprawę rozwiąże powszechna czasowa sterylizacja, w niektórych przypadkach zawieszana.
Dla religii nie będzie miejsca w sferze publicznej. Mówić się będzie o niej tak jak obecnie o seksie właśnie – to przecież także kwestia intymna. Relacjonowanie tego, jak heterotopianie poczynać sobie będą ze śmiercią i co stanie się ważnym elementem spoiwa wznoszonych w przyszłości mostów, dróg i domów – daruję sobie i czytelnikom. Wizje Olgi Tokarczuk w tym miejscu wydają mi się nadto śmiałe.
Oczywiście te i inne pomysły na życie w Heterotopii łatwo obśmiać. Ale – krzepi Tokarczuk – „skoro można pomyśleć, że może być lepiej, to znaczy, że jest już lepiej". Ja wprawdzie jestem zdania – i bardzo wiele faktów mi to potwierdza – że lepiej to już było, ale np. Kinga Dunin we wstępie do „Momentu niedźwiedzia" zwraca uwagę, że „świat tworzony przez Olgę jest nieco lepszy niż ten, w którym żyjemy" i to nie przez przemilczanie jego bolesnych miejsc, „tylko dzięki przemodelowaniu go na miarę człowieka myślącego, wnikliwego, wrażliwego, współczującego – takiego, jakim jest autorka".

Nasz człowiek w Amsterdamie

Przyszłościowe wizje autorki „Prowadź swój pług przez kości umarłych" (to się nazywa tytuł!) naturalnie balansują gdzieś między chciejstwem i żartem. Poczucie humoru Olgi Tokarczuk zasługuje na uwagę. Np. znaną powieść Henryka Sienkiewicza, jedno – jak powiada – „z podstawowych dzieł narodowo rozumianego patriotyzmu", nazywa „Oberstem Wołodyjowskim". Z kolei z napisanego dla „Die Zeit" „Małego stronniczego przewodnika po Polsce dla Niemców z racji wstąpienia do Unii Europejskiej" mogliśmy się dowiedzieć, że ponieważ według Kościoła „Matka Boska jest nieodwołalną i jedyną Królową Polski", to „z tego punktu widzenia ustrój Polski można zaliczyć do monarchii". Nasze zasługi dla świata to: fachowe i dyskretne rozmontowanie komunizmu, założenie pierwszych kawiarni w Wiedniu, wymyślenie Amerykanom baseballu oraz polska kiełbasa. Do Unii Europejskiej wnieść możemy zaś: talent do szukania dziur w prawie podatkowym, Puszczę Białowieską i trochę zamieszania.
Jako obywatelka świata Olga Tokarczuk jeździ po świecie i pomieszkuje to tu, to ówdzie. I – jak chce Kinga Dunin – „patrzy się na to samo, co wszyscy, ale inaczej".
Inaczej, czyli tak oto. W Amsterdamie na spacerze z niemiecką przyjaciółką doczytały się łacińskiego napisu wyrytego na czymś w rodzaju klasycystycznych arkad doczepionych do XVII-wiecznej architektury. Głosił on, że człowiek rozumny nie sika pod wiatr („Homo sapiens non urinat in ventum"). Niemka zauważyła, że w jej ojczyźnie na takim łuku umieszczono by coś z Goethego, zaś „nasz człowiek w Amsterdamie" orzekł(a) bez „cienia wątpliwości, że w Polsce pojawiłby się tam cytat z papieża".
Amsterdamem była Olga Tokarczuk oczarowana i nie kryła zazdrości wobec dawnej historii Holandii. „Można – wzdychała – wyzwolić się spod obcej dominacji raz na zawsze, zbudować sobie kraj własnymi rękami, na wodzie; ziemię zabrać morzu, nie sąsiadom. Dorobić się majątku na handlu w koloniach, nie wnikając specjalnie, czym i jak handlowano, i mimo istnienia niewątpliwie ciemniejszych i jaśniejszych stron, zapamiętać tylko te jaśniejsze". Pewnie, że tak też można, dodałbym jednak, że kolonizatorzy holenderscy zupełnie, ale to zupełnie nie dbali o pomyślność zwierząt, dla nich egzotycznych, strzelając do nieszczęsnych stworzeń niczym – proszę wybaczyć niestosowność uwagi – do wróbli. Choć było to dawno, co – zdaniem Olgi Tokarczuk – wiele usprawiedliwia.

Kołtun polski

Ważniejszy jest dzień dzisiejszy, a najważniejsze jutro. W Szwajcarii naszej globtroterce nic nie sprawiło takiej radości jak segregowanie śmieci. Nabywała więc helweckich „czystych nawyków w służbie ekologii", mimochodem zauważając, że we Wrocławiu, gdzie nabyła mieszkanie, „mimo trzystu festiwali kulturalnych rocznie prawie nie segreguje się śmieci. Co zrobię z pojemniczkiem od kawy, a gdzie podzieję korki od wina? Przecież uschnie mi ręka, jeżeli spróbuję wyrzucić je ot tak, do kosza".
No nie, jakżeby z uschniętą ręką zaplatała autorka „Momentu niedźwiedzia" swoje dredloki („tłumaczę, że (...) wcale nie są wynalazkiem rastamanów i Afrykanów. I powołuję się na pojęcie »kołtuna polskiego«, dokładnie opisanego w relacjach podróżników odwiedzających nasz kraj w XVII wieku. Kołtun był wtedy zjawiskiem tak powszechnym, że wszędzie w Europie określano go łacińską nazwą plica polonica i kojarzono z Polską. W pewnym sensie możemy być dumni, że wprowadziliśmy ten rodzaj uczesania do Europy. Powinno się dodać plica polonica do listy naszych wynalazków, obok nafty, pierogów i wódki"), jakżeby też zapisywała swoje futurologiczne wizje. A te ostatnie snuje, komentując, na przykład, zdobycie w 2006 r. przez holenderską Partię Obrony Zwierząt dwóch mandatów do parlamentu, co pozwoliło uchwalić ustawę o zakazie hodowli zwierząt na futra. „Zastanawiam się – wyznaje autorka – czy moje praprawnuki będą miały okazję głosować kiedyś na taką partię w Polsce. Założywszy, że za te sto lat będzie jeszcze coś takiego jak Polska i coś takiego jak wybory".
Zdaję sobie sprawę, że Oldze Tokarczuk bardzo trudno wytrzymać w kraju, w którym „standard państwa neutralnego światopoglądowo jest tak samo realistyczny jak życie na Księżycu. Wszyscy już przyzwyczailiśmy się do widoku modlącego się na klęczkach rządu i do opakowywania w rytuały kościelne każdej państwowej i samorządowej uroczystości. Rozumiem więc, że istnienie „czegoś takiego" jak Polska wywołuje u niej dyskomfort. Ale niech żywi nie tracą nadziei, wygląda na to, że wraz z całą postępową częścią świata zmierzamy w jedynym pożądanym kierunku...
W „Momencie niedźwiedzia" znajdują się i inne teksty, niekiedy zdumiewające, jak „Odra" z 2003 r., który to esej przypomina, że jego autorka uchodziła kiedyś za utalentowaną pisarkę. Dawno to było, gdy – jak pisze Kinga Dunin – „pisarki i pisarze z roczników „60 byli jeszcze młodzi, trawa zielona, a słońce jaśniej świeciło".
Źródło: Uważam Rze
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA