fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Agnieszka Holland - W ciemności - Piotr Zychowicz

Piotr Zychowicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Obraz Agnieszki Holland momentami irytuje. Ale jeśli ktoś spodziewał się „antypolskiego paszkwilu", musiał wyjść z kina zaskoczony – film „W ciemności" opisuje publicysta „Rzeczpospolitej"
Sądząc z pustek, które panowały w sali kinowej, gdy oglądałem film "W ciemności", domyślam się, że większość widzów machnęła na niego ręką. Mieszanka Holokaust plus Agnieszka Holland nie była bowiem zachęcająca. A fakt, że tematem obrazu jest szmalcownictwo, niósł ze sobą spore ryzyko, że – znając światopogląd twórczyni – dla polskiego widza film może być denerwujący.

Z góry mogę rozwiać państwa obawy i radzę, aby iść do kina, póki jeszcze "W ciemności" nie zeszło z ekranów. Jest to bowiem film, który należy zobaczyć. Choć jest też bardzo nierówny i zdarzają się w nim sceny wzbudzające sprzeciw, to całość wywiera korzystne wrażenie.

Oto subiektywny przegląd pięciu największych zalet i pięciu wpadek "W ciemności" Agnieszki Holland.

Na plus zaliczam:

1. Sprawiedliwy czy szmalcownik. Główną zasługą Holland jest ukazanie, jak cienka była często granica między szmalcownikiem a sprawiedliwym. Na ogół w kulturze masowej problem ten ukazywany jest w czarno-białych barwach. Albo ktoś był świnią, albo chodzącym aniołem. A w życiu bywało różnie. Zdarzało się, że Polacy zaczynali pomagać Żydom dla zysku, aby później pomagać im bezinteresownie (m.in. filmowy lwowski kanalarz Leopold Socha). I odwrotnie – zaczynali nieść pomoc z pobudek altruistycznych, aby z czasem wyłudzać pieniądze.
Zgodnie z zasadą stosowaną przez Instytut Yad Vashem tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata może otrzymać tylko osoba, która nie brała od Żydów pieniędzy. Ukrywani musieli jednak coś jeść i trudno żeby – jeżeli oczywiście mieli pieniądze – nie dokładali się do wspólnego domowego budżetu. A co, jeżeli ukrywający ich Polacy byli bardzo ubodzy i Żydzi dzielili się z nimi zakupionymi produktami? Czy to już szmalcownictwo? Każdy przypadek trzeba zinterpretować indywidualnie. I najlepiej nie wyciągać zbyt pochopnych wniosków.
2. Dylemat Polaków. Chyba najciekawsze w "W ciemności" nie są wcale relacje między kanalarzem a ukrywanymi przez niego Żydami, ale między Sochą a jego żoną. Choć nie ma ona uprzedzeń wobec Żydów (powtarza, że "Żydem był także Jezus"), nie godzi się, aby jej mąż ukrywał w kanałach grupę uciekinierów z getta. Kobieta boi się o życie męża, swoje własne i ich małej córeczki. Z tego powodu między małżonkami dochodzi do wielu dramatycznych rozmów i kłótni.
Dzięki temu wątkowi – w filmie kilkakrotnie podkreślono, że za ukrywanie Żyda groziła w Polsce kara śmierci dla całej rodziny – szczególnie zachodni widz będzie mógł lepiej zrozumieć, jakim heroizmem wykazali się polscy Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Jak trudne dylematy przed nimi stały. Niech każdy z nas odpowie sobie szczerze, czy narażałby życie własnego dziecka dla obcych ludzi.
3. Autentyzm postaci. Agnieszka Holland zadbała także o to, aby pokazać, że podczas wojny żaden naród nie miał monopolu na świętość. W każdej społeczności byli ludzie przyzwoici i ludzie niegodni. To, że Holland umieściła negatywne postaci Polaków, zapewne nie dziwi, ale że obok nich możemy zobaczyć negatywne postaci Żydów – już tak. To bowiem w – na ogół płaskich jak deska – filmach na temat Holokaustu należy do rzadkości.
Tymczasem "W ciemności" występują zarówno polscy szmalcownicy, jak i Żydzi zdradzający i okradający swoich znajdujących się w dramatycznych okolicznościach rodaków. Inny Żyd uważa, że skoro ma pieniądze, to ma prawo decydować o tym, kto ma przeżyć, a kto nie. W filmie jest Ukrainiec poczciwy, który stara się pomóc Żydom, a z drugiej strony Ukrainiec o osobowości patologicznej – alkoholik, antysemita i morderca. Zabrakło tylko "dobrego Niemca", ale to akurat możemy Holland wybaczyć.
4. Mozaika Lwowa. Z olbrzymią drobiazgowością odtworzono w filmie realia okupowanego Lwowa. Miasta wielu języków i wielu kultur. Za starych dobrych austriackich i polskich czasów we Lwowie mieszkali obok siebie Polacy, Ukraińcy, Żydzi oraz Niemcy i na ogół nie skakali sobie do oczu. Wojna całkowicie zniszczyła ten świat. Bohaterowie "W ciemności" mówią kilkoma językami, w tym dwoma, które już niemal umarły: lwowską polską gwarą oraz jidysz. Jako zwolennik wielonarodowej Rzeczypospolitej oglądałem te sceny z przyjemnością.
5. Cena oporu. Olbrzymie wrażenie robi również epizod przedstawiający śmierć niemieckiego żandarma. Dwaj główni bohaterowie – Polak i Żyd – zabijają za pomocą saperki młodego Niemca. W odwecie Niemcy, tak jak to często miało miejsce w takich przypadkach, mordują 50 polskich zakładników. Los sprawia, że w grupie zabitych jest przyjaciel Sochy. To rzadki wątek w polskim kinie, które żołnierzy podziemia przestawia na ogół jako dziarskich chłopaków, którzy "kropią z kopyta do Szwabów".
To samo kino rzadko jednak ukazuje straszliwą cenę, jaką za te działania musiała płacić ludność cywilna. Bo czy rzeczywiście zabicie jednego czy dwóch Niemców – co nie miało najmniejszego wpływu na przebieg działań wojennych – było warte poświęcania życia tylu rodaków? Nie miejsce tu na wchodzenie w ten spór. Na pewno jednak każdy, kto obejrzy wstrząsającą scenę ukazującą powieszonych polskich cywilów, po wyjściu z kina zada sobie to pytanie.

Przejdźmy teraz do minusów.

1. Antykatolickie fobie. Największym, wręcz oburzającym, mankamentem filmu są jego nachalne wątki antykatolickie. Agnieszka Holland wielokrotnie dawała wyraz temu, co myśli o Kościele, ale czy naprawdę nie mogła sobie tego choć raz darować? W połowie filmu grupa ukrywających się Żydów trafia do piwnicy w podziemiach kościoła. Z góry dochodzą religijne śpiewy i modlitwy. Żydzi starają się zachować ciszę, aby na górze ich nie usłyszano.
Jednej z kobiet rodzi się jednak dziecko. Chłopczyk płacze i matka w przypływie rozpaczy dusi go własnymi rękoma. Wniosek może być tylko jeden – gdyby zgromadzeni na górze wierni przypadkiem usłyszeli płacz niemowlaka, natychmiast przerwaliby mszę i zbiegli do piwnicy, żeby rozszarpać Żydów na strzępy. Scenę tę uważam nie tylko za nieprawdziwą, ale wręcz za skandaliczną. Na pewno za to spodoba się znanym z "sympatii" do Kościoła hollywoodzkim krytykom. I Holland "zapunktuje". Antykatolickich wycieczek jest zresztą więcej.
2. Naród bez elit. To, co zaskakuje, to groteskowe, wykrzywione przedstawienie narodu polskiego. O ile Żydzi z "W ciemności" są ludźmi wysokiej kultury i dobrych manier, oczytanymi, a nawet mają tytuły naukowe, to wszyscy Polacy są przedstawicielami warstw niższych. Robotnikami, kanalarzami, chłopami. Holland nie pokazała ani jednego polskiego inteligenta czy przedstawiciela podziemia niepodległościowego. Polacy to po prostu masa prymitywnych ludzi o grubej fizjonomii, starających się jakoś przetrwać okupację. Ujęcie to znane jest z niektórych amerykańskich filmów i książek, ale u rodzimej reżyserki zaskakuje.
3. Sowieckie "wyzwolenie". Ostatnia, naprawdę wzruszająca scena, rozgrywa się w lipcu 1944 roku. Miasto zajmują Sowieci, a Żydzi mogą wreszcie wyjść na powierzchnię. Oczywiście dla nich ten dzień to koniec koszmaru, ale dla innych mieszkańców miasta zaczyna się właśnie druga okupacja. Część z nich padnie ofiarą straszliwych represji ze strony NKWD, niemal wszyscy zostaną wyrzuceni ze swoich domów i deportowani.
Gdy już Holland zrobiła film, który będą oglądać setki tysięcy widzów na Zachodzie, to szkoda, że nie wykorzystała szansy na pokazanie i tej prawdy. Że Niemcy nie byli jedynymi szwarccharakterami. Choćby jedną symboliczną scenę – można było pokazać, że Stalin był takim samym mordercą jak Hitler i to Armia Czerwona przyniosła ostateczną zagładę wielonarodowemu Lwowowi. Niestety, obawiam się, że pominięcie tego wątku przez Holland to nie przypadek.
4. Sztampa. Trzeba przyznać, że twórczyni starała się jak mogła unikać sztampy, ale niestety nie udało się. Chodzi o jedną scenę, która wydaje się wręcz karykaturalna. Rozgrywa się w obozie koncentracyjnym na lwowskim Janowie. Przed rząd obdartych Żydów wyjeżdża na koniu niemiecki oficer. Rumakowi błyszczy sierść, a Niemcowi długie kawaleryjskie buty. Ma idealnie wyprasowany mundur z odznaczeniami i rękawiczki. Nagle podchodzi do jednego z więźniów i strzela mu z pistoletu w głowę. W tle przygrywa orkiestra dęta złożona z żydowskich więźniów. Widzimy napis: "Arbeit macht frei", żółte gwiazdy Dawida i druty. Przykro powiedzieć, ale to zwykły kicz rodem z najgorszych PRL-owskich gniotów albo hollywoodzkich superprodukcji sprzedających widzom Holokaust w wersji fast food.
5. Miłość w kanale. I ostatnia sprawa. Czy naprawdę bohaterowie filmu muszą w kółko uprawiać seks? W filmie jest co najmniej kilka ciągnących się jak flaki z olejem scen erotycznych. Szczególnie niesmaczne są w wykonaniu ukrywających się Żydów. Oczywiście wiadomo, o co chodzi. Że człowiek nawet w najtrudniejszej sytuacji pozostaje człowiekiem. Ma swoje potrzeby natury fizjologicznej i emocjonalnej. Zamysł jasny, ale wykonanie fatalne. A już scena, w której jedna z Żydówek onanizuje się, patrząc na seks uprawiany przez inną parę, jest wręcz żenująca. Po co to?
Podjęcie tematu Holokaustu gwarantuje twórcom, że na festiwalach posypią się na nich nagrody, dystrybutorzy będą kupować kopie ich filmów, a krytycy pisać kolejne bezkrytyczne recenzje. Oczywiście pod warunkiem, że sprawa zostanie przedstawiona w sposób zgodny z zasadami politycznej poprawności. Sprawia to, że na ogół podobne produkcje są dla widzów całkowicie niestrawne. Wyprane z wszelkiej kontrowersji i po prostu nudne.
Agnieszka Holland nakręciła zaś film odważny i niejednoznaczny, który na Zachodzie nie każdemu się spodoba. W Polsce, gdzie wszyscy i wszystko jest na ogół do bólu przewidywalne, rzadko zdarza się, aby ktoś zrobił niespodziankę. Warto więc docenić "W ciemności".
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA