Społeczeństwo

Simon Mol: prawdziwa historia oszusta z Afryki

Śledztwo "Rz" i TVN: Polacy uwierzyli, że Simon Mol walczył z korupcją w swym kraju, był prześladowany przez reżim, cierpiał w więzieniu. Ale jego heroiczna historia jest od początku do końca nieprawdziwa, a on jest zwykłym kłamcą
- Nikt wam nie powiedział, kto to jest feyman? Nie możecie pisać o Simonie Molu, jeśli tego nie wiecie - mówi kameruński antropolog Noah Olivier. - Feyman to oszust. Zawsze działa zagranicą, tam kłamie wykorzystuje innych. Więzienia w całej Afryce są pełne naszych feymanów.
Kiedy feyman wyjeżdża z Kamerunu, mówi się, że "idzie na front". Przybiera fałszywą tożsamość, udaje kogoś innego. Czasem zostaje "ranny na polu walki", czyli zdemaskowany i aresztowany. Często jednak powodzi mu się znakomicie, po jakimś czasie wraca do kraju, gdzie imponuje innym swoim powodzeniem. W Kamerunie mówi się o feymanii - od lat 90. feyman jest idolem młodych Kameruńczyków - nie chcą pracować, marzą o łatwym życiu, najchętniej w Europie. Przez siedem lat Simon Mol, najsłynniejszy afrykański uchodźca w Polsce, grał rolę prześladowanego za swoje odważne teksty dziennikarza, poety i pisarza. Stał się symbolem ruchu antyrasistowskiego. Od polskiego rządu dostał status uchodźcy, od warszawskiego samorządu mieszkanie i pieniądze, od organizacji antyfaszystowskich tytuł Antyfaszysty Roku.
Kiedy w styczniu tego roku, będąc u szczytu, trafił do aresztu pod zarzutem świadomego zarażania wirusem HIV swoich partnerek, dziennikarze "Rzeczpospolitej" rozpoczęli śledztwo, które miało dać odpowiedź napytanie: kim naprawdę jest Simon Mol. Po wielu tygodniach żmudnej weryfikacji jego biografii w Polsce, Kamerunie i Ghanie udało nam się ponad wszelką wątpliwość ustalić, że jest pospolitym oszustem, który bezprawnie został politycznym uchodźcą w Polsce. Chatka przy jednej z bocznych uliczek w Buea w zachodniej części Kamerunu nie różni się specjalnie od innych. W tym niepozornym domku dorastał Simon Moleke Njie, wiele lat przed tym, zanim stał się Simonem Molem, który najpierw zawojował warszawskie salony, a potem trafił do aresztu za zainfekowanie swoich partnerek wirusem HIV. Na ścianie ktoś namazał numer 13. Ale to bez znaczenia. Kamerun, tak jak większość krajów tej części Afryki, nie zna adresów, nazw ulic i numerów domów. Pozbawione bieżącej wody, a często nawet elektryczności chatki stoją porozrzucane bez ładu i składu wzdłuż kilku ulic. Nie inaczej jest w Buea. Odnalezienie rodziny Simona Mola nie było łatwe. Szukając jego śladów, kilka dni wcześniej daliśmy ogłoszenie w lokalnej gazecie "The Post". Zdjęcie Mola i apel: "Jeśli znasz tego człowieka, skontaktuj się z nami". Do tego adres poczty elektronicznej i numer miejscowej komórki, którą dzień wcześniej kupiliśmy na targu. Najpierw przyszło kilka e-maili od ciekawskich, którzy pytali "co się stało temu gościowi". A po dwóch dniach zadzwonił Henry. Henry okazał się adwokatem z Limbe, miasta nad brzegiem oceanu, jakieś pół godziny jazdy od Buea. Jest bogatym i wpływowym człowiekiem: ma wielki dom, czarnego mercedesa i zna wszystkich w okolicy. Henry zna też stryja Simona. Stryj Simona, drobny, niski, około 50-letni mężczyzna w czapce z daszkiem, kilka sekund wpatrywał się w jego fotografię. - To syn mojej siostry, on mieszka w Polsce -oświadczył i napisał na kartce, jak trafić do domu matki: za uniwersytetem pierwsza uliczka w prawo, znaleźć sklep zielarski i zapytać w domu naprzeciw. Kilkadziesiąt minut później staliśmy przed małym domkiem z napisem 13 na ścianie. Na widok kilku białych wyrosła grupka sąsiadów. -Rodzina Simona już tu nie mieszka - mówi chłopak, jak się później okazało, brat Mola. - Ojciec wyniósł się do innego miasta, na wschodzie Kamerunu. - Ale tam mieszka jego matka - wtrąca się młoda dziewczyna i ciągnie nas w kamienisty zaułek. 64-letnia Hannah Nganje, matka sześciu synów, jest zaskoczona zamieszaniem. Wydaje się nie rozumieć, po co intruzi, pytający o Simona, stłoczyli się na maleńkim podwórku przed jej skromną chatką. - Simon? Długo się nie odzywał, dopiero w grudniu zadzwonił i powiedział, że wszystko u niego w porządku - mówi. Pokazuje zdjęcia. Simon w Ghanie, Simon w radiu, Simon z książkami. Stara kobieta długo w milczeniu siedzi na progu, jakby nie dotarło do niej to, co nieznajomi biali powiedzieli właśnie o jej synu. Wreszcie szlocha i mówi cicho w miejscowym dialekcie angielskiego: - A więc już go nie zobaczę. Prosi, żebyśmy przekazali mu list, w którym pisze, że zawsze chciała, "żeby ją pochował". - "Wiesz, że jestem chora, ale skoro Bóg tak chce, to nie ma wyboru" - pisze. Krewni Mola rozmawiają o nim chętnie. Ale w tym, co mówią, niewiele się zgadza z oficjalną biografią. Kiedy w rozmowie z krewnymi Simona mówimy o faktach, które przedstawiał, prosząc o azyl w Polsce, są wyraźnie zdumieni. Nie zgadza się nawet jego data urodzenia. W Polsce Simon Mol twierdził, że urodził się w 1973 roku. Po krótkiej rozmowie z rodziną wiemy, że kłamał nawet w tym wypadku -w rzeczywistości urodził się w latach 60., najprawdopodobniej w 1968 roku. Ale nie zgadzają się znacznie poważniejsze fakty. Krewni najwyraźniej nie wiedzą o prześladowaniach, jakie rzekomo dotknęły Mola w Kamerunie. - Simon nigdy nie był aresztowany - dziwi się matka. Także inni krewni zaprzeczają, by kiedykolwiek był aresztowany. Tylko przyjaciel wspomina, że "straszyli go i dlatego musiał wyjechać". - Uczył się w szkole elektrycznej -wspomina stryj. -Pracował w miejscowej rafinerii. Rodzina pamięta, że Simon pisywał do lokalnych gazet. Przede wszystkim jednak utrwalił się w rodzinnych wspomnieniach jako rozrywkowy chłopak.- On miał wiele dziewczyn. Z jedną miał nawet syna, który dziś ma 15 lat - dodaje stryj. Postanowiliśmy dotrzeć do ludzi, którzy powinni pamiętać Mola z czasów, gdy jak twierdził, był prześladowanym dziennikarzem. Starając się o azyl, Mol podał, że pisał w lokalnej gazecie "The Sketch", wysyłał też korespondencje do "The Cameroon Life Magazine". Musieliśmy odnaleźć te redakcje i ludzi, którzy w połowie lat 90. w nich pracowali. Ale to nie było proste. Kameruński rynek prasowy przypomina kalejdoskop: dużo kawałków, przemieszczających się i układających w najróżniejsze konfiguracje. Gazety istnieją najczęściej kilka miesięcy, tylko niektóre utrzymują się na rynku kilka lub więcej lat. Kioski z gazetami eksponują wielkie ramy z kilkudziesięcioma tytułami wychodzącymi na kiepskim papierze dwa, trzy razy w tygodniu. Na pierwszych stronach duże tytuły "Kradnie państwowe pieniądze", "Sprzeniewierzył fundusze". Z jednej z czołówek uderza tytuł: "Minister chciał otruć swego rywala". Dziennikarz ze swadą pisze, że minister zdrowia zorganizował bankiet, na którym, jak mówią "źródła anonimowe, ale dobrze poinformowane", postanowił otruć swego kolegę z rządu. Ten wyczuł, o co chodzi, i nie przyszedł. Nad motywami trucicielskiej działalności ministra gazeta się nie rozwodzi -robi tylko dość niejasną aluzję, że "chciał być jedynym kogutem w kurniku". W siedzibie kameruńskiego Transparency International pytamy, jakie konsekwencje mogą ponieść dziennikarze. - Chodzi wam oto, czy autor artykułu trafił do więzienia? Chyba żartujecie, za takie artykuły się nikogo nie sadza. I nie sadzało już w latach 90. Oczywiście, minister posądzony o próbę otrucia się zdenerwował i skierował pozew cywilny przeciwko dziennikarzowi -mówi szef Transparency International Leopold Nzeusseu. Jak podkreśla, granice wolności prasy są bardzo duże - niedawno jedna z gazet opublikowała listę miejscowych polityków i oficjeli, którzy rzekomo są homoseksualistami. Aluzje seksualne są obecne w wielu artykułach - gdy pisze się o korupcji, dodaje też często mimochodem "pedofilia w tle". Zarzut homoseksualizmu jest jednak w Kamerunie poważniejszy -jest on przestępstwem. - Zdarza się, że ktoś chce, by napisano o nim, że jest homoseksualistą. Płaci wtedy dziennikarzowi i ma na papierze podkładkę, by dostać azyl polityczny - ujawnia jeden z naszych rozmówców w stolicy Yaounde, blisko związany z mediami. Obsesyjne zainteresowanie homoseksualizmem polityków, jakie widzimy w kameruńskich gazetach, staje się dla nas zrozumiałe dopiero po rozmowie z miejscowym antropologiem. Homoseksualny seks uznawany jest tam za magiczny rytuał, w którym człowiek czyni zło, by zyskać powodzenie i bogactwo. W siedzibie "The Post" w Buea, największej i najbardziej wpływowej gazecie w okolicy, znają Mola. Na swojej stronie umieścili link do jego angielskiej strony z poezją. - Napisał do nas kiedyś e-maila, że jest kameruńskim poetą mieszkającym w Polsce. Wiedzieliśmy, że odnosi tam sukcesy, byliśmy z niego dumni. Podobały nam się też jego wiersze - mówi Charly Ndi Chia, redaktor naczelny "The Post". Czy Simon napisał w e-mailu, że jest byłym dziennikarzem z Buea? - Nie, tylko to, że jest poetą - mówi Charly. Nikt w redakcji nie wiedział, że Mol był wcześniej dziennikarzem w tym samym mieście, nikt też nie słyszał o jego problemach, jakich przysporzyć miały mu jego odważne publikacje. Francis Wache z redakcji "Post" korespondował z Molem. - Znałem go przez Internet, przysyłał mi wiersze - mówi. Ponad 10 lat temu Wache pracował w redakcji "Cameroon Life Magazine", tej samej, w której miał publikować Mol. - Twierdził, że pamięta mnie z tamtej redakcji. Ale ja go nie pamiętam - opowiada Wache. Charly Ndi Chia nie ma wątpliwości, że Mol nie jest uchodźcą politycznym. - Nikt tu o nim nie słyszał jako o dziennikarzu -mówi. W Kamerunie aresztowania dziennikarzy zawsze są nagłaśniane. Charly Ndi Chia, związany z mniejszością anglofońską we frankofońskim Kamerunie, sam w przeszłości dziewięć razy trafił do więzienia. Za każdym razem pisały o tym gazety, mówiła telewizja i radio, a Charly stał się znaną postacią nie tylko w świecie medialnym. - Kiedy Mol opuszczał Kamerun, byłem aktywnym dziennikarzem, czytałem wszystkie anglofońskie gazety i nie pamiętam go. Wiem, kto pisał, kto miał problemy z rządem. Nikt nigdy nie słyszał o Molu - zapewnia. Charly nie ma wątpliwości, że Mol jest oszustem, zdeterminowanym, żeby dostać azyl polityczny w Europie. Według spisanej przez siebie biografii Mol do początku 1995 roku pracował w gazecie "The Sketch". "Dzięki ciężkiej pracy i talentowi szybko stał się redaktorem odpowiedzialnym za region" - napisał na swojej stronie internetowej. "Sketch" w połowie lat 90. zniknął z rynku wraz ze śmiercią swojego wydawcy i naczelnego w jednej osobie. Norbert Wasso od 1992 do końca 1994 roku pracował w redakcji "The Sketch". - W redakcji pracowało jakieś 10 osób - opowiada. - Wszystkich znałem. Mola wśród nich nie było. Akra, gwarna stolica Ghany, to plątanina uliczek i zaułków. Po wyjeździe z Kamerunu Mol spędził tu ostatnie lata przed przyjazdem do Polski. Wyjazd nad Wisłę umożliwił mu szef ghańskiego Pen Clubu Frank Mackay Anim-Appiah, który wysłał go jako delegata na odbywający się w Warszawie światowy kongres tej prestiżowej organizacji. Według biografii, Mol musiał uciekać z Ghany przed więzieniem i prześladowaniami. Odnalezienie śladów Mola w Akrze nie jest wcale proste. Jeszcze dwa lata temu ghański Pen Club zajmował biuro w niegdyś pięknym, postkolonialnym domu. Ale teraz trwa tam remont. Nikt nie wie, gdzie szukać szefa Pen Clubu. Jak twierdził w swej biografii Mol, pomagał mu Związek Dziennikarzy Ghany. To oni mieli zapłacić kaucję, gdy siedział w więzieniu. Ale i tutaj zdobycie jakichkolwiek informacji idzie jak po grudzie. Szefowie związku twierdzą, że Mola nie znają. Ale wiedzą coś o nieuchwytnym szefie Pen Clubu. - Dzwonił do mnie ze dwa tygodnie temu, ale nie zostawił numeru - mówi szef Związku Bright Kwame Blewu. Bright obiecuje pomoc w znalezieniu prezesa Pen Clubu. Daje nam do pomocy swojego asystenta Fifi. Ten obiecuje nas zawieźć do Franka. Ale spotkanie się odwleka. Najpierw o godzinę, apotem o kolejnych kilka godzin, aż do wieczora. I kiedy później znów szukamy Franka, jedynego człowieka w Akrze, który, jak się zdaje, może wiedzieć cokolwiek o Molu, Fifi wypala: - Byłem najlepszym przyjacielem Simona. To był fajny facet, biegałem z nim co rano, czytałem jego wiersze. Okazuje się, że wszyscy, którzy wcześniej w Akrze mówili nam, że nie znali Mola, w rzeczywistości byli jego przyjaciółmi. Nie chcą wyjaśnić, dlaczego udawali, że go nie znają. Są niechętni, naciskają na nas, żebyśmy wytłumaczyli, dlaczego aż z Polski przyjechaliśmy szukać informacji o Molu aż do Afryki. - Po co robicie reportaż o Simonie? - dopytuje Bright Kwame Blewu, który właśnie okazał się być dobrym kolegą Mola. Zaczynamy mówić o uwięzieniu Mola w Polsce i o tym, co przywiodło nas do Akry. Pokazujemy stronę internetową Mola z opisem prześladowań, jakie miały go spotkać w Ghanie. Nasi rozmówcy czytają zapiski Mola z niedowierzaniem. - Jak on może tak kłamać, to, co napisał, obraża nas i nasz kraj - mówią podniesionymi głosami. - Mieszkał w naszym biurze, nie pracował, nie miał żadnych dochodów, dawaliśmy mu po 10 dolarów na życie. Nigdy się nie skarżył na żadne problemy z policją czy służbą imigracyjną. Bright Kwame Blewu mówi, że Mol w razie jakichkolwiek problemów z policją powinien zgłosić się do niego. -Byłem wtedy wiceszefem związku dziennikarzy Ghany, znałem dobrze Mola, a on mi nigdy nie sygnalizował żadnych problemów. Wierzyliśmy mu, bo w Kamerunie zdarzały się prześladowania dziennikarzy, ale nigdy nie weryfikowaliśmy jego historii. Oczywiście, że łatwo mógł wszystko zmyślić. Będąc w Ghanie, w ogóle nie pracował, pisał coś o piłce nożnej jako wolny strzelec. Biegał, zajmował się tylko futbolem. Heroiczna biografia Mola wstrząsa szefem ghańskiego Pen Clubu Frankiem Mackay Anim-Appiah. Kiedy poprzedniego dnia spotykaliśmy się z nim, był skrajnie nieufny. Szybko się rozstaliśmy. Następnego dnia, gdy już wie, jak Mol opisał swój pobyt w Ghanie, jest wyraźnie załamany. - Jestem zdruzgotany i zszokowany - mówi. - Nie mogę uwierzyć w to, co zrobił. W dzień przed wyjazdem do Polski spędził noc w moim domu, potem odprowadziliśmy go na lotnisko i pożegnaliśmy przed wejściem do samolotu. On nigdy nie był w więzieniu. Raz pytała o niego policja, ale chodziło o jakiś drobiazg niezwiązany z dziennikarstwem. Simon Mol nie przyznaje się do winy. Policjanci i prokuratorzy, którzy się z nim stykali, mówią, że nie ma wyrzutów sumienia, nie żałuje też, że skazał na śmierć młode kobiety. Myśl owinie jest mu kompletnie obca. - Ludzie w Europie potrafią głęboko cierpieć z powodu zła, które komuś uczynili. To wiąże się z całą tradycją judeochrześcijańską, poczuciem odpowiedzialności za swe czyny. Ale proszę nie szukać odpowiedzialności za siebie w Afryce wśród najliczniejszego tu ludu Bantu - mówi Noah Oliver, kameruński antropolog, a zarazem psycholog kliniczny, któremu opowiedzieliśmy historię Simona Mola. Kiedy Olivier wrócił do kraju z Uniwersytetu w Lille, gdzie uczył się psychoanalizy, szybko zrozumiał, że może pracować tylko z nielicznymi Europejczykami mieszkającymi w Kamerunie. Psychoanaliza nie ma sensu wobec ludzi, którzy nie mają poczucia winy. - Gdy przychodzi do mnie pacjent, nie pytam, w jakiego boga wierzy. Bo jeśli powie, że jest chrześcijaninem, to nic tu nie znaczy. Muszę ustalić, jaki jest naprawdę jego światopogląd. Jego system wartości, stosunek do innych ludzi - opowiada psycholog. - Czy miejscowa siostra zakonna, która zajdzie w ciążę, ma poczucie winy, przeżywa konflikt wewnętrzny, że nie sprostała swemu powołaniu? Nie. Siedzi cicho, nie spowiada się nawet ze swego upadku. Dopiero gdy przełożona zauważy jej stan i powie, że nie może zostać w zakonie, czuje, że ma problem. Poczucie winy u mieszkańców tej części Afryki nie istnieje. -Jest tylko pierwotny wstyd wynikający z przyłapania na gorącym uczynku, wytykania palcami przez ludzi - podkreśla Noah Olivier. - Tylko takie uczucie może przeżywać Simon Mol i dlatego będzie uparcie twierdził, że jest niewinny. W swych artykułach Simon Mol deklarował, że naprawdę ważne są dla niego jego tradycje plemienne. - Kobiety, które się z nim związały, byłyby głęboko zaskoczone i przerażone, gdyby wiedziały, jaki jest jego świat wewnętrzny i jak wiele jest w nim mroku - mówi antropolog. -W kręgu tradycyjnych wierzeń panuje prawdziwa fascynacja złem i śmiercią, która według wierzeń "nie przychodzi z daleka", ale ściągana jest na kogoś przed najbliższe osoby i ich złe intencje. "Byłem w Polsce i winnych krajach Europy Wschodniej i chcę powiedzieć moim drogim afrykańskim braciom, że rasizm dotyka tam na co dzień wszystkich, którzy mają czarną skórę. Bardzo możliwe, że organizacji polskich faszystów udało się skłonić jedną z faszystek, by zaraziła pana Mola. Wypełniła swą misję. Resztę łatwo sobie wyobrazić - przy pomocy kilku prostytutek przedstawiono człowieka zaangażowanego w walkę z rasizmem jako tego, który rozsiewa AIDS" - taki wpis otwiera dyskusję o Simonie Molu na jednym z popularnych kameruńskich portali internetowych. Trudno zresztą mówić o dyskusji: wszyscy są jednomyślni. "Naziści zatrzymali naszego brata. Tak już jest, że Afrykańczycy, którzy angażują się w walkę z rasizmem, są eliminowani przez białych" - komentuje jeden z internautów. Inny stawia kropkę nad "i", pisząc o Molu: "przynajmniej ten umiał pomścić krzywdy uczynione naszej rasie". W przeddzień naszego wyjazdu z Kamerunu ponownie zadzwonił Henry, adwokat, który skontaktował nas z rodziną Simona. - Właśnie przeczytałem w Internecie, że w Polsce żyje przyjaciółka Simona Mola, która jest zdrowa! Ma z nią zdrowe dziecko! Jest więc niewinny! -krzyczy rozemocjonowany do słuchawki. Czy wie, że w Internecie krąży wiele plotek? Że każda kobieta może w sieci podać się za matkę dziecka Simona Mola? Że jeśli rodzice są seropozytywni, dziecko może być zdrowe? I chociaż mężczyzna jest zakażony, to utrzymująca z nim kontakty seksualne kobieta może być zdrowa? Ale Henry wie swoje. Wreszcie wybucha: - Pan Simon Mol walczył z rasizmem. Stał się bardzo niewygodny dla polskiego rządu. Ten postanowił go zniszczyć. Proszę nie mówić, że było inaczej. Wszyscy u nas wiedzą, co myśleć o tej sprawie. współpraca Anna Machowska, TVN
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL