fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Referendum w Grecji i rozkład UE - Ziemkiewicz

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
W Europie doszło do stłamszenia demokracji i suwerenności mniejszych państw przez sojusz ponadnarodowej oligarchii i rządy państw najsilniejszych – twierdzi publicysta
Zapowiedź rozpisania w Grecji referendum w sprawie zaakceptowania bądź odrzucenia warunków ratowania jej przed niewypłacalnością przez głównych unijnych graczy wywołała burzę. I wprawdzie burza ta szybko ucichła, ale w ciągu kilku dni pokazała bardzo mocno, w co zabrnęła europejska wspólnota.

Rozlane mleko

Grecki premier najprawdopodobniej nie spodziewał się tak gwałtownych reakcji na swój manewr, obliczony na politykę wewnętrzną. Wydaje się oczywiste, że nie miał zamiaru naprawdę pytać swych wyborców o zdanie w tak istotnej kwestii – chodziło raczej o zamknięcie ust opozycji, o uniemożliwienie jej czerpania politycznych korzyści z krytykowania rządu Papandreu, co w obecnej sytuacji stało się bardzo łatwe. Kto krytykuje, chciał powiedzieć Papandreu, niech się liczy z tym, że będzie musiał wziąć odpowiedzialność za katastrofę. Na wewnętrznym greckim poletku udało mu się zresztą znakomicie – przerażona reakcjami Europy opozycja poparła drastyczne oszczędności.
Najwyraźniej jednak pomysł referendum nie był uzgadniany z unijnymi potęgami, bo te zareagowały bardzo nerwowo. Chyba nawet przesadnie nerwowo, bo przecież chwila namysłu wystarczyłaby do uświadomienia sobie, że spełnienie pogróżki Papandreu byłoby skrajnie trudne, choćby tylko ze względów technicznych. I przy okazji rozlało się trochę przysłowiowego mleka.
Po pierwsze, kolejny raz w spektakularny sposób pokazano, że największym wrogiem integracji europejskiej stała się demokracja. Nerwowość europejskich przywódców na wieść, że grecki premier chce dopuścić swoich obywateli do głosu, łatwo bowiem zrozumieć.
Rzecz nie w tym, co przegłosowaliby Grecy. Wiadomo, że – zgodnie ze starym szmoncesem – ich zadłużenie nie jest już od dawna problemem samego dłużnika, ale jego wierzycieli, i również cała akcja ratunkowe nie jest, wbrew zaklinaniu rzeczywistości przez media, ratowaniem Grecji, lecz europejskich banków, które wpakowały się w jej obligacje. W głosowaniu, czy oddawać pożyczone pieniądze czy nie, zawsze wygrywa opcja druga – przykładem modelowym jest splot wzajemnych pretensji Islandii, Irlandii i Wielkiej Brytanii.
Ale nerwowość Europy nie wynika z przekonania, że strefa euro nie poradziłaby sobie bez Aten, bo to akurat nie jest wcale oczywiste. Nerwowość ta wynika z wiedzy, że każde z europejskich społeczeństw – może poza Polakami i Czechami – zapytane w tej chwili, czy życzy sobie dalszej integracji, czy w ogóle życzy sobie integracji, umocnienia wspólnych instytucji, pozostawania w strefie euro i w ogóle we Wspólnocie Europejskiej, odpowiedziałoby przecząco. Przypomnijmy sobie losy „europejskiej konstytucji", którą trzeba było wprowadzać cichcem i tylnymi drzwiami.

Brukselski Babilon

Ewentualne referendum w Grecji i jej rezygnacja ze wspólnej waluty w taki sposób byłyby precedensem mogącym doprowadzić do kompletnego rozmontowania obecnego europejskiego ładu. A że taka perspektywa jest dla obecnie rządzących polityków czarnym scenariuszem, ludu dla jego własnego dobra już od dawna do głosu się w Europie nie dopuszcza.
Piszę tu o przesadnej nerwowości i rozlanym mleku, bo przywódcy Francji i Niemiec tym razem nie zadbali o pozory, strofując niesfornego greckiego premiera osobiście i strasząc go odebraniem pomocy, którą faktycznie rozporządzają oni, ale którą formalnie przecież przyznało im gremium znacznie szersze. Może w chwili kryzysu zabrakło czasu, by przywoływanie do porządku Greków zlecić odpowiednim „wspólnotowym" organom?
W każdym razie pokazano jasno Europejczykom, że cały ów niezwykle kosztowny Babilon utrzymywany przez nich w Brukseli, Strasburgu i Luksemburgu, wszystkie te niezwykle rozbudowane mechanizmy wyważania, ucierania i konsultowania wspólnych decyzji to zwykła atrapa. W istocie decyzje podejmują kanclerz Niemiec i prezydent Francji. A więc w istocie Unii nie ma czy raczej jest ona tylko skomplikowanym mechanizmem narzucania woli dwóch największych mocarstw całej reszcie.
W polityce pozory mają swoje znaczenie. Co zyskali główni europejscy gracze, porzucając je tak otwarcie? Wydaje się, że zupełnie nic. W Grecji nie będzie referendum, a więc sprawa wróciła do punktu wyjścia. Ale nie do końca. Nie można już po niej podtrzymywać hałaśliwej propagandy sukcesu, jakoby europejski szczyt, na którym postanowiono umorzyć część greckich długów wobec banków prywatnych, był sukcesem i jakoby przybliżył rozwiązanie problemu.
Poza tym – wystarczy przejrzeć bardzo liczne w ostatnich tygodniach publikacje ekonomistów – dość powszechna jest wśród fachowców opinia, że bankructwo Grecji w ten czy inny sposób jest i tak przesądzone, a jej wyjście ze strefy euro całkiem prawdopodobne, i nie to jest problemem, tylko sytuacja Włoch. Dość powszechny jest też pogląd, że kilkanaście miesięcy gadania o greckim kryzysie i odsuwania problemu w przyszłość za pomocą rozmaitych półśrodków tylko go spotęgowało. Że w związku z tym Europy nie stać na dalsze ślamazarne działania, dalsze trzymanie się polityki pozorów i iluzji. Potrzebne są śmiałe decyzje. Tylko że nie ma ich kto podjąć.
Z tego punktu widzenia publiczne zbesztanie Grecji i pogrożenie jej palcem przez Merkel i Sarkozy'ego można uznać nie za przypadek, ale za próbę dania potęgom światowym mocnego sygnału, że w Europie jest jednak jakaś władza, może i nieformalna, ale gotowa zmusić opornych do trwania w założonym porządku, do cięć i równoważenia budżetów, w czym upatruje się jedynej metody przetrwania kryzysu.
Jeśli tak, sygnał był chybiony. Przywódcy Niemiec i Francji zasygnalizowali bowiem determinację w trwaniu na obecnym kursie i gotowość realizowania go bardziej rygorystycznie. Wymusiliśmy na bankach redukcję greckiego długu, a na Grekach przyjęcie drastycznych oszczędności, podwyżki podatków i prywatyzacji, umożliwiających im spłacanie tego, co po redukcji pozostało – powiedzieli Chinom, Brazylii i całej G20. A jeśli to nie wystarczy albo jeśli w kłopoty popadną następni, nie zabraknie nam woli, by zrobić to samo na jeszcze większą skalę. Jeśli posiadane narzędzia do tego nie wystarczą, wymusimy stworzenie nowych.

Narzucenie niemieckiej dominacji

Innymi słowy – przywódcy europejscy pokazali, że jedynym branym pod uwagę sposobem rozwiązania problemu jest dla nich przyśpieszenie integracji, czyli odebranie zagrożonym, a w perspektywie wszystkim, unijnym państwom podstawowych i niekwestionowanych dotąd atrybutów suwerenności. Nawet jeśli narazi to europejski establishment na zarzut, iż „europejską solidarność" zastąpili po prostu podbojem Europy przez dwa główne mocarstwa.
Myślę – i reakcje świata zdają się to potwierdzać – że taka droga wyjścia z kryzysu oceniana jest jako słabo rokująca. Integracja europejska miała w  zamyśle zapobiec powrotowi piekła z przeszłości przez podniesienie demokracji na wyższy, ponadnarodowy poziom. Tymczasem w sposób definitywny jej skutkiem staje się – wręcz przeciwnie – stłamszenie demokracji i suwerenności mniejszych państw przez sojusz ponadnarodowej oligarchii i narzucające narodom swą wolę rządy państw najsilniejszych.
Okazywaną w tej sprawie determinację nie tylko światowe potęgi, do których skierowano przekaz, ale też miliony Europejczyków podatnych na proste wytłumaczenia, widzą tak oto: Angeli Merkel, dzięki zastosowaniu sprytniejszych metod i wyeliminowaniu za ich pomocą tradycyjnego przeciwdziałania ze strony Francji, udaje się to, co kiedyś nie udało się Hitlerowi i kajzerowi Wilhelmowi: narzucenie dominacji niemieckiej „Kultur" całej Europie.
Tym bardziej że choć Niemcy łożą na europejską jedność i podtrzymywanie wspólnej waluty ogromne kwoty, to łatwo można wskazać, że jeszcze więcej na nich zarabiają, i oskarżyć, że bezprzykładny wzrost dobrobytu, jakiego doświadczyli w ostatnich dziesięcioleciach, jest właśnie skutkiem obrócenia na pożytek Niemiec wysiłku i energii mniejszych narodów.
A takie oskarżenia – co widać na greckich ulicach – trafią na podatny grunt. W efekcie upieranie się przy przyspieszaniu integracji rozpali nastroje, da początek fali konfliktów i skutecznie zaszkodzi zarówno europejskiej gospodarce, jak i integracji. W tej sytuacji trudno się dziwić Chinom i innym proszonym o pomoc potęgom, że nie widzą interesu w inwestowaniu w przyśpieszenie takiego scenariusza.

Odpowiedzialność za Europę

Europa bowiem faktycznie potrzebuje przywództwa, i to silnego, ale akurat forsowanie za wszelką cenę recepty „europejskiego centrum" nie jest wcale jego oznaką, przeciwnie – jest polityką krótkowzroczną, po linii mniejszego oporu. Polityką odpowiedzialną byłoby dopuszczenie do bankructwa Grecji, i to już wiele miesięcy temu, i zamiast upartego trwania przy euro przemyślenie, czy wszyscy obecni uczestnicy wspólnego obszaru walutowego są w nim na swoim miejscu.
Odpowiedzialność za Europę polega bowiem między innymi na tym, by zdawać sobie sprawę, że poza ważnym celem krótkoterminowym – wybrnięciem z kryzysu spowodowanego dziesięcioleciami rozrzutności na kredyt – ma ona jeszcze ważniejszy cel długofalowy: zachować konkurencyjność i tempo rozwoju cywilizacyjnego. Realizowanie zaś celu pierwszego przepychaniem na siłę przyśpieszenia integracji po prostu niweczy szanse realizacji  drugiego.
Autor jest publicystą tygodnika „Uważam Rze"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA