fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Mniejszości

Erdogan żąda od Merkel zmiany polityki

Recep Tayyip Erdogan z Angelą Merkel
AFP
Niemcy dyskryminują Turków, zakazują im posiadania podwójnego obywatelstwa i nie ułatwiają życia w drugiej ojczyźnie – stwierdził premier Turcji przed wizytą w Berlinie.
Recep Tayyip Erdogan przyzwyczaił już Berlin do krytyki i nikt nie spodziewał się, że tym razem będzie inaczej. Do Niemiec przybył z okazji 50-lecia turecko-niemieckiego porozumienia o przyjęciu przez RFN tureckich gastarbeiterów.
– Nie zgodzimy się na podwójne obywatelstwo, gdyż takie rozwiązanie nie ułatwi integracji – odpowiedział natychmiast Erdoganowi szef niemieckiego MSW.
Pół wieku po przybyciu do RFN pierwszego tureckiego gastarbeitera w Niemczech mieszkają dzisiaj prawie trzy miliony przybyszów znad Bosforu. Stali się najliczniejszą mniejszością etniczną w Niemczech, do nich należy zdecydowana większość z dwóch tysięcy meczetów, w tym wszystkie najbardziej okazałe z kopułami i minaretami. Mieszkają w wybranych dzielnicach dużych miast, które coraz bardziej przypominają „mały Stambuł". Tak nazywa się niektóre regiony berlińskiej dzielnicy Kreuzberg.
Niemieccy Turcy są też przedmiotem wzrastającej troski polityków tureckich, których pewność siebie rośnie proporcjonalnie do sukcesów gospodarczych Turcji. Sam premier Erdogan nie traci żadnej okazji, aby przypomnieć swym rodakom, że są przede wszystkim Turkami i powinni sprzeciwiać się wszelkim próbom asymilacji.
Ogromna część tureckiej społeczności tak właśnie postępuje, oglądając od rana do wieczora tureckie programy telewizyjne, czytając turecką prasę i w bardzo umiarkowanym stopniu uczestnicząc w życiu społecznym i politycznym kraju, którego są nierzadko obywatelami. Efektem jest słaba znajomość niemieckiego, problemy w szkole i trudności w znalezieniu pracy.
Z drugiej strony przez całe dziesięciolecia Niemcy nie troszczyli się o swych gastarbeiterów. Miało ich zresztą już dawno nie być, gdyż pierwotny układ przewidywał, że po dwu latach pracy wracają do domów.
– Chodziło nam o siłę roboczą, a przyjechali ludzie – zauważono po latach. Najwięcej przyjechało ich już po wygaśnięciu w 1973 roku porozumienia werbunkowego. Wtedy to rozpoczęła się imigracja do Niemiec nie tylko żon i dzieci gastarbeiterów, ale i ich narzeczonych, kuzynów dalekich i bliskich. Przybywają nadal mimo wprowadzenia przed kilkoma laty obowiązku podstawowej znajomości niemieckiego, co ma służyć integracji, lecz w społeczności tureckiej postrzegane jest jako praktyczny wyraz robiącego coraz większą karierę pojęcia Leitkultur, czyli niemieckiej kultury przewodniej, do której powinni się dopasować imigranci. Miliony gastarbeiterów z Włoch, Portugalii i innych krajów uczyniło to już dawno i nie ma z nimi najmniejszych problemów. Z przybyszami z innej kultury jest nieco inaczej. Ujawniła to raz jeszcze niedawna debata na temat bestsellera Thilo Sarrazina, „Deutschland schafft sich ab" (Samolikwidacja Niemiec). Pisze w nim, że to imigranci z krajów islamskich, obarczeni genetycznie niskim stopniem inteligencji, zagrażają przyszłości Niemiec. Nie brak Niemców, którzy są tego samego zdania.
Iskrzy także na politycznej linii Berlin – Ankara. – W Niemczech mieszka dwa razy więcej członków Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) niż w północnym Iraku – stwierdził w niedawnym wywiadzie dla „Süddeutsche Zeitung", Cemil Cicek, szef tureckiego parlamentu. Sam premier Erdogan oskarżył niemieckie fundacje działające w Turcji, że finansują terrorystów z PKK.
Wczoraj w Berlinie zażądał od rządu Angeli Merkel, aby wspierał aktywnie wysiłki Turcji w dążeniu do członkostwa w UE. Pani kanclerz nie czyni żadnej tajemnicy, że jest temu przeciwna i oferuje Ankarze uprzywilejowane partnerstwo z UE.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA