fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Prokurator generalny ofiarą walki z przywilejami

Walka z przywilejami wysokiej rangi urzędników prowadzi do absurdów
W tym tygodniu jej ofiarą padł prokurator generalny Litwy Darius Valys. Udając się do pracy własnym samochodem (nie miał prawa jechać służbowym autem z kierowcą), na przejściu dla pieszych potrącił kobietę. Podał się do dymisji.
Na Litwie tylko prezydent, przewodniczący Sejmu i premier mogą korzystać ze służbowego auta z kierowcą 24 godziny na dobę. Próby przejechania się samochodem służbowym poza pracą ze strony innych wysokich rangą urzędników państwowych i polityków są bezlitośnie wychwytywane i ostro piętnowane przez litewskie media, które dosłownie polują na takie przypadki. Darius Valys w obawie przed dziennikarzami nie korzystał z usług kierowcy nawet w godzinach pracy i prowadził służbowe auto sam. Jak mówią świadkowie, kiedy szef Prokuratury Generalnej był wzywany do pani prezydent, jak zwykły śmiertelnik musiał wielokrotnie objeżdżać zatłoczone wileńskie Stare Miasto, by znaleźć miejsce na zaparkowanie auta. Mieszkańcy stolicy często widywali Valysa jadącego do pracy autobusem, a latem rowerem.
Jeszcze dalej w walce z przywilejami i w oszczędzaniu pieniędzy podatnika posunął się minister sprawiedliwości Remigijus Šimašius. Zrezygnował nie tylko z kierowcy, ale i ze służbowej limuzyny. Udając się na ważne spotkania, wzywa taksówkę. Jednak wypadek spowodowany przez prokuratora może przynieść zmiany. Jak oświadczył dziennikowi „Lietuvos Rytas" komisarz generalny litewskiej policji Saulius Skvernel?s, który również jeździ do pracy własnym autem bez kierowcy, przygoda prokuratora dowodzi, że szefowie ważnych instytucji państwowych na Litwie „nie są chronieni nie tylko przed nieszczęśliwymi wypadkami, ale i przed prowokacjami elementów przestępczych". Zdaniem byłego wicemera Wilna Artura Ludkowskiego potrzebny jest kompromis pomiędzy walką z przywilejami wysokich urzędników a zdrowym rozsądkiem. – Jesteśmy biednym społeczeństwem. To normalne, że ludzie źle odbierają przywileje przedstawicieli władz – mówi „Rz". – Ale w tej walce jest sporo absurdów. Będąc wicemerem stolicy, miałem prawo do służbowego auta i kierowcy, jednak do pracy i z pracy jeździłem własnym samochodem. Jeśli zdarzało się, że w sobotę lub niedzielę czekały mnie obowiązki służbowe, musiałem wynajmować od samorządu samochód, by z czystym sumieniem pojechać nim do domu i zostawić pod oknem. To rzeczywiście kuriozalny przepis – przyznaje nasz rozmówca. —Robert Mickiewicz z Wilna
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA