fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kampania wyborcza PO - Rafał Ziemkiewicz

Rafał Ziemkiewicz
Fotorzepa, Tom Tomasz Jodłowski
Pytanie, co konkretnie przez te cztery lata zrobił rząd, w czasach "grillowania" niezadawane, dziś okazuje się dla Donalda Tuska dużo trudniejsze od osławionego "jak żyć" – zauważa publicysta "Rzeczpospolitej"
Donald Tusk zapewne długo będzie żałował nieostrożnego wyznania, że "nie ma z kim przegrać", choć jeszcze kilka miesięcy temu nie tylko jemu tak się wydawało. Sam sukces wyborczy uznała PO za tak pewny, iż cel kampanii wyznaczyła sobie o szczebel bardziej ambitnie: nadać zwycięstwu takie rozmiary, aby po wyborach rządzić bez koalicjanta.
Na ostatniej prostej kampanii trudno oczywiście przesądzać ostateczny wynik głosowania, ale musi się zdarzyć cud, aby nie przyniosło ono partii rządzącej upokorzenia. W najlepszym wypadku uda się Platformie wymęczyć niewielką przewagę nad głównym rywalem, ale bardzo prawdopodobne jest zwycięstwo opozycji. Zapewne nie tak wielkie, aby Platforma straciła władzę, ale na pewno zostanie ona zmuszona do koalicji bardziej niewygodnej niż obecna.

Przekupywanie  stanowiskiem

Można w każdym razie już teraz się zastanawiać nad przyczynami słabego wyniku. Osobiście radziłbym trzymać się przy tym starej amerykańskiej zasady mówiącej, że opozycja nigdy nie wygrywa wyborów – to władza je przegrywa. Chociaż PiS zrobiło dobrą kampanię, nie wystarczyłoby to, gdyby nie fakt, że PO i jej lider zaplątali się w swojej.
Brzemiennym w skutki błędem była obliczona na zdobycie większości absolutnej akcja kaperowania działaczy lewicy, której symbolem stał się Bartosz Arłukowicz. Owszem, popularny w Szczecinie poseł-lekarz być może doda tam Platformie parę tysięcy głosów, ale cała akcja skutecznie odebrała partii rządzącej wiarygodność. Chwyt przekupywania ludzi ministerialnym  – jawnie fikcyjnym przecież – stanowiskiem lub miejscem na liście oceniony został przez wyborców jako niegodny. Poza tym przynajmniej niektórzy Polacy pamiętają jeszcze, jakie gromy rzucał Tusk na "korupcję polityczną", wymachując "taśmami prawdy" posłanki Beger. Ta, delikatnie mówiąc, niekonsekwencja w połączeniu z nagłym wejściem w lewicową retorykę (obietnica "nieklękania przed księdzem" etc.) umocniła negatywny stereotyp PO jako bezideowych karierowiczów ciągnących do przysłowiowego koryta.
Zwłaszcza po wysunięciu na propagandowy front Joanny Kluzik-Rostkowskiej, której dwukrotna partyjna przesiadka w ciągu zaledwie pół roku i przemiana z osoby zachwalającej Kaczyńskiego w najzajadlej nim straszącą przerosła tolerancję przeciętnego wyborcy. W powyższym kontekście oskarżanie (żeby było śmieszniej, powtarzane także i przez nią) Jarosława Kaczyńskiego, że "udaje" i zmienia swój wizerunek na wybory, brzmi mało wiarygodnie.

Kwiaty dla Grabarczyka

Drugim strzałem, nawet nie w stopę, ale w tętnicę udową, były kwiaty dla Cezarego Grabarczyka. Podobnie jak to było z podbródkiem Mariana Krzaklewskiego, z pozoru nieistotny drobiazg stał się wizerunkową katastrofą.
Polegała ona nie na tym, że Grabarczyk rozłożył powierzony mu resort  – nie on jeden przecież – ale na tym, iż społeczeństwu dano mocny przekaz, że dla premiera ważniejsze od rządzenia państwem są wewnętrzne, frakcyjne układy w partii. Mało, że skompromitowany bałaganem na kolei minister dostaje kwiaty, jeszcze działaczka, która mu się w ten sposób przypochlebia, w nagrodę zostaje wyborczą jedynką, przeskakując popularną Joannę Muchę.
Z kolejami wiąże się też inna poważna wpadka PO, jaką była urządzona w Gdańsku konwencja. A ściślej, zwożenie na nią delegatów specjalnymi pociągami, które na tę jedyną okazję okazały się punktualne, czyste i nowoczesne. Była to wizerunkowa strata, której sama konwencja nie wyrównała w stopniu najmniejszym. Amerykańska w formie i gierkowska w treści stanowiła początek całego łańcucha fatalnych pomysłów tej kampanii.
Wynikły one z chybionego założenia, które mianowany szefem kampanii (potem jakoś o tym zapomniano) minister Radosław Sikorski wyłożył w wywiadzie dla zaprzyjaźnionej gazety: PO odwoła się do optymizmu Polaków. Zgodnie z przekonaniem, iż w Polsce dominuje optymizm i zadowolenie, kampania miała być krótkim i radosnym marszem po władzę i przy pozbawieniu opozycji głosu (kodeks zakazujący reklam wyborczych i przejęcie mediów elektronicznych) dokonać się miała niejako sama z siebie, mocą przypadającej nam rotacyjnie prezydencji Rady Unii Europejskiej.
Mało kto pamięta, że PO namawiana była do przyspieszenia wyborów, by uniknąć głosowania i ewentualnej zmiany rządu w trakcie sprawowania przez Polskę prezydencji, i odrzuciła tę możliwość właśnie w przekonaniu, że chwaląc się kierowaniem Europą i ściągając zachodnich przywódców, powiększy swój wynik. Z perspektywy czasu wydaje się to podobną pomyłką jak w 2004 decyzja SLD, by dać sobie czas na odrobienie strat spowodowanych aferą Rywina mniejszościowym rządem Belki.

Dęte zbrodnie

Na liście osób, które zatopiły Platformę, nie można pominąć Andrzeja Czumy. Mało błyskotliwy bohater antykomunistycznej opozycji jednym uczciwym zdaniem przypieczętował kompromitację istotnej części dotychczasowego przekazu obozu władzy – mitu rzekomych nadużyć IV Rzeczypospolitej. Posłanka Sawicka nie została uwiedziona, mitycznych nacisków nie było, a jeśli były, to tylko polityczne, żadnego naruszenia prawa przez Kaczyńskiego i Ziobrę nie udało się mimo czteroletnich starań odkryć.
Mimo starań prorządowych mediów, aby ustalenia komisji pomniejszyć, mimo przemilczania wyroków sądów dezawuujących oskarżenia Ryszarda Kalisza, gołosłowne w świetle jego własnego raportu, i mimo niechęci do informowania, co właściwie konkretnie raport ów zawiera, mit państwa podsłuchów, zaszczucia Blidy i dusznej atmosfery zaczął się kruszyć.
Dobitnym tego znakiem stały się wypowiedzi kolejnych rockmanów  – Muńka Staszczyka, Kazika Staszewskiego i Pawła Kukiza. Żaden z nich nie zadeklarował poparcia dla PiS, ale wystarczyło, iż przyznali, że przed czterema laty ulegli bezpodstawnej, nakręconej przez propagandę antypisowskiej histerii. Do wyborców dotarł kolejny przekaz: zbrodnie IV RP były dęte.  A wyborcy nie lubią świadomości, że ich okłamano.

"Tusku, już nie musisz"

W ten sposób straszenie PiS-em, najskuteczniejsza dotąd broń Tuska, przestało działać. Akurat w chwili, gdy PO, widząc, iż traktowany wcześniej jako pewnik optymizm się nie sprawdza, zapragnęła wrócić do tej wielokrotnie wypróbowanej strategii. Co samo w sobie stworzyło kolejny dysonans kampanii, bo na etapie optymizmu istotne było przekonywanie, że przewaga PO jest miażdżąca i wszyscy wiedzą, iż dla tej władzy nie ma alternatywy – a oto z dnia na dzień zaczęto przekonywać, że "sondaże wcale nie mówią prawdy", "tak naprawdę przewaga jest minimalna" i "wszystko się jeszcze może zdarzyć".
Erozja lęku przed powrotem IV RP umożliwiła także wyrośnięcie na lewo od PO Palikota, którego potencjalnych wyborców dotąd trzymała władza w ryzach argumentem, iż nie wolno rozdzielać antypisowskich głosów, bo to posłuży Kaczyńskiemu. Janusz Palikot ponad progiem wyborczym zachwiał zaś wiernością oddanego dotąd Tuskowi salonu. Okazało się, że "Tusku, już nie musisz" – mamy wreszcie bliższego nam faworyta, z którym będziesz musiał wejść w koalicję i się liczyć.
Wyborczy przekaz PO nagle się rozjechał. Skoro podsłuchy i naciski okazały się mitem, to jedynym, nowym motywem straszenia PiS-em stało się oskarżenie, że Kaczyński nie poradzi sobie z rządzeniem w kryzysie. To koliduje jednak z całym dotychczasowym wizerunkiem Tuska, który – zgodnie z zasadą odwoływania się do optymizmu Polaków  – wykreowany został na premiera czasów "grillowania". Trudno nagle przerobić polityka od zadowolenia tu i teraz na przywódcę zdolnego podejmować śmiałe decyzje, na jakiego konsekwentnie i od dawna kreuje się akurat jego rywal. Tym bardziej wtedy, gdy dla podtrzymania optymizmu jeszcze niedawno przekonywał Tusk wyborców, że kryzys nas omija, że nasza gospodarka ma mocne podstawy i jest zupełnie odporna na zewnętrzne wstrząsy.

Popękane szwy

Bardzo niespodziewanie spadła na Platformę świadomość, że kruszą się oba filary jej dotychczasowej niezatapialności. Ani PiS nie budzi już takiego strachu – zwłaszcza że w swej kampanii zdołało konsekwentnie odbudować, a nawet nieco oczyścić przegięty wówczas wizerunek Kaczyńskiego z wyborów prezydenckich – ani Polacy nie są już wcale takimi optymistami jak dotąd, gotowymi, w poczuciu osobistego bezpieczeństwa, machnąć ręką na wady władzy. Szwy na propagandowym wizerunku zaczęły pękać, ujawniając nicość ukrytego pod atrakcyjnym opakowaniem politycznego kontentu. Pytanie, co konkretnie przez te cztery lata rząd zrobił, w czasach "grillowania" niezadawane, dziś okazuje się dla Tuska dużo trudniejsze od osławionego "jak żyć".
Rozpoczęła się improwizacja, coraz bardziej chaotyczna po tym, gdy fokusy pokazywały nieskuteczność kolejnych pomysłów. Hasło "Polska w budowie" i strategia: nie wszystko nam się udało, ale pozwólcie dokończyć, same w sobie byłyby dobre, gdyby rzucono je od razu, ale w zderzeniu z wcześniejszą tromtadracją zabrzmiały fałszywie.
Jeszcze bardziej fałszywie zabrzmiało obiecywanie miliardów z Unii. W chwili, gdy każdy wie, że Unia ma kłopoty i jest coraz mniej chętna do rozdawania pieniędzy, dziwaczne hasło "mniej czy więcej?" ewokuje odpowiedź zupełnie dla Platformy niekorzystną.
Łatwe do zdyskredytowania są też zapewnienia, że tylko PO może sobie poradzić z kryzysem, przecież nie umiała niczego konkretnego naprawić ani nawet zacząć naprawiać w czasach kończącej się prosperity, mając znacznie silniejsze poparcie i swojego prezydenta.
Ostatni etap kampanii to działania tak ryzykowne, że można je już nazwać rozpaczliwymi. „Tuskobus" jako sposób wykorzystania ostatniego atutu – osobistej atrakcyjności premiera – to wysiłek skierowany w próżnię. Tusk nie musi naprawiać swego wizerunku jako sympatycznego faceta, bo tu akurat jest silny.
Jego problemem jest druga strona tego wizerunku: „owszem, fajny, ale dużo gada, a mało robi". A tu premier, zamiast pokazać, że coś robi, że pracuje, jeździ właśnie pogadać, pościskać ręce i poocierać łzy. Trudno wierzyć, że w sztabie PO nie znano powszechnie dyskutowanego niegdyś badania, więc skoro mimo wszystko puszczono się na tę jazdę, widocznie nie było już żadnego innego pomysłu.
Za fatalny błąd premiera uważam też złożenie w ostatnim tygodniu kampanii deklaracji, iż po wygranych wyborach zostawi w swym rządzie najwyżej pięciu ministrów. Oczywiście, niektórych jego ministrów wyborcy mają powyżej uszu i właśnie z ich powodu nie chcą na PO zagłosować, ale taka zapowiedź wymuszona sondażami dopiero w ostatniej chwili, po czterech latach upierania się, że to znakomici fachowcy, raczej premiera kompromituje. Zwłaszcza gdy składana jest wśród zapewnień, że ministrowie się sprawdzili, a zmienić ich trzeba, bo zmienią się zadania. Brzmi to równie wiarygodnie jak niegdyś oficjalne komunikaty, że jedyną przyczyną rezygnacji towarzysza pierwszego sekretarza jest zły stan zdrowia.
Zamiast myśleć o czterech latach samodzielnych rządów, muszą się dziś premier i jego partia nieźle uwijać, żeby w ogóle pozostać u władzy. Cóż, po takiej kampanii przegraliby nawet z koniem. Biorąc zresztą pod uwagę ugruntowany wizerunek publiczny PiS i jego prezesa, rozmiary ich negatywnego elektoratu i skalę złych emocji, ta metafora nie wydaje się odległa od rzeczywistości.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA