fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Martin Pollack w krainie grozy

ROL
"Cesarz Ameryki" to historia łowców głów i stręczycieli działających w Galicji pod koniec XIX wieku - pisze Bartosz Marzec
Znakomita powieść non fiction napisana z niezwykłą dbałością o oddanie realiów i języka epoki. Uderza w mit na pół baśniowego świata, którym rządził wielbiony przez poddanych cesarz Franciszek Józef. Zobacz na Empik.rp.pl
– Galicja stanowiła urzekającą mozaikę kultur i religii, ale tamtejszą codzienność kształtowała bieda – powiedział "Rz" Martin Pollack. – Szerzyło się bezrobocie, a procent analfabetów był najwyższy w monarchii austro-węgierskiej. Z powodu głodu co roku umierało 50 tysięcy osób. Wybuchały epidemie gruźlicy, tyfusu i cholery. Nic dziwnego, że statystyczny mężczyzna żył wtedy zaledwie 27 lat.

Do ziemi obiecanej

W takich warunkach rozpoczynali działalność agenci werbujący ludzi na wyprawę do Ameryki. Naiwnym chłopom opowiadali o kontynencie, gdzie ulice brukuje się złotem. Za miejsce na parowcu żądali znacznej kwoty, więc rodziny wyzbywały się całego majątku: krów, pola, łąki. Zdarzało się, że statki, które odpływały z portów w Hamburgu, Bremie czy Hawrze, przewoziły dwa razy więcej pasażerów, niż mogły. Na tych, którzy nie zostali odprawieni przez urzędników emigracyjnych, czekała ciężka, niebezpieczna i źle płatna praca w kopalniach i hutach.
Galicyjscy łowcy głów działali poza prawem, bo władze monarchii karały za szerzenie propagandy wyjazdowej i umożliwianie emigracji mężczyznom w wieku poborowym.
– "Cesarza Ameryki" napisałem, by udowodnić, że sprawa masowej emigracji, której tyle uwagi poświęcają dziś europejscy politycy i publicyści, nie jest w istocie niczym nowym – mówi Pollack. – Zasadnicza różnica polega na tym, że kiedyś znaczna część galicyjskich chłopów zdobywała w Ameryce pracę. Dziś uchodźcy z Afryki, którzy trafią do Austrii, czekają na swoją szansę nawet kilka lat. A później spotyka ich rozczarowanie.
By zebrać materiały do książki, spędził rok w archiwach i bibliotekach Wiednia, Krakowa i Lwowa. Wertował stare numery gazet: "Neue Freie Presse", "Dziennika Krakowskiego", "Dziennika Polskiego" i "Kuriera Lwowskiego".
– Ze zdumieniem odkryłem, że handlem żywym towarem zajmowali się przede wszystkim Żydzi – wspomina Pollack. – Z początku obawiałem się, że ujawniając ten fakt, otrzymam aplauz z niewłaściwej strony. Szczęśliwie nic takiego nie miało miejsca. Uważam zresztą, że historii nie wolno fałszować, że nie ma tematów, o których należałoby milczeć. Taka polityka musi się zemścić. Moim zadaniem było wyjaśnienie sytuacji sprzed z górą 100 lat: Żydzi byli najlepiej wykształceni, znali języki i posiadali rozliczne kontakty. To dlatego zmonopolizowali ten biznes. Po pewnym czasie w ich ślady poszli polscy i ukraińscy chłopi, fatalnie opłacani galicyjscy urzędnicy, żandarmi, a nawet niektórzy popi i proboszczowie. Nie wolno przy tym zapominać, że Żydzi byli zarówno sprawcami, jak i ofiarami dramatu.

Fabrykanci aniołków

W jednym z rozdziałów Pollack opowiada o handlarzach "delikatnym mięsem". Pojawiali się w galicyjskich sztetlach: Buczaczu, Czerniowcach i Czortkowie. Młodym dziewczynom oferowali dobrze płatną posadę kelnerek w luksusowej, odwiedzanej przez maharadżów restauracji Bombaju. Kusili wizją pracy w żydowskiej rodzinie w Konstantynopolu w charakterze opiekunki do dzieci. Gdy łatwowierne dziewczęta przystawały na te propozycje, trafiały do burdeli Kairu, Singapuru czy Buenos Aires.
By zmylić policję, handlarze używali w korespondencji specjalnego kodu. Właściciel jednego z domów publicznych pisał do kolegi, że czeka na "tuzin srebrnych łyżek", czyli panien ładnych i zgrabnych. Nazywano je także belami jedwabiu lub dywanami ze Smyrny. Mniej urodziwe określało się jako beczki mąki lub worki kartofli. Na sprawę prostytucji jako jedni z pierwszych zwrócili uwagę żydowscy publicyści. Apelowali, by nie przymykać oczu na problem w imię źle rozumianej solidarności.
– Jestem przekonany, że w Mołdawii czy na Ukrainie można by znaleźć wioskę, z której stręczyciele do dziś wywożą dziewczyny – twierdzi Pollack. – Przez 100 lat udoskonalono metody działania, ale adresy pozostały te same.
Najbardziej bulwersuje historia "fabrykantek aniołków". W Galicji określano tak rzekome mamki, którym samotne zdesperowane matki, znajdujące się w beznadziejnej sytuacji materialnej, pozostawiały za niewielką opłatą niemowlęta. "Opiekunka" głodziła dzieci lub nagie wystawiała na mróz. Matki zdawały sobie sprawę, jaki los czeka ich potomstwo. Nie widziały jednak innego wyjścia.
W "Cesarzu Ameryki" Martin Pollack kreśli fascynujące portrety oficera prowadzącego śledztwo przeciw stręczycielce i dyrektora towarzystwa żeglugowego, które na przewozie emigrantów zbiło fortunę. Zabiera czytelnika do Oświęcimia, gdzie odbyła się policyjna obława na łowców głów,  i relacjonuje ich późniejszy proces w Wadowicach, który przykuł uwagę prasy. Książka dowodzi, że prawda może okazać się bardziej przerażająca niż fikcja, a z bolesnej przeszłości nie zawsze potrafimy wyciągać wnioski.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA