fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Emess - wyślij go przed wyprawą w góry

Wyprawa w Tatry
Fotorzepa, Maciej Golaszewski MG Maciej Golaszewski
Idziesz sam w góry, na dyskotekę, wypływasz kajakiem, jedziesz autostopem? Wyślij Emergency Message
"Jest godz. 7 rano, wychodzę na Rysy. Mam brązowy polar i żółty plecak. Wrócę o godz. 21 do schroniska nad Morskim Okiem. Jeśli otrzymałeś tę wiadomość i nie daję o sobie znać, to znaczy, że mogło mi się coś przydarzyć. Maciek".

Wiadomość do przyjaciela

Taki esemes to emess – Emergency Message (wiadomość ratunkowa), czyli innowacyjny system automatycznego wysyłania wiadomości tekstowych esemes i wiadomości e-mail. Ma nas chronić, gdybyśmy się znaleźli w trudnej sytuacji lub gdyby doszło do wypadku. Informacja dotrze do wybranej przez nas osoby dokładnie o  wskazanej godzinie alarmu. Nawet gdy rozładuje się nam telefon komórkowy lub go zgubimy.
System emess działa od lipca, także za granicą. Wystarczy przed rozpoczęciem wyprawy wysłać esemesa na numer 71160 (koszt w Polsce 1,23 zł, za granicą – według taryfy danego kraju). W treści ustawiamy godzinę alarmu, czyli czas, po upływie którego przygotowana przez nas informacja zostanie automatycznie wysłana na wskazany numer, np. przyjaciela, brata, rodziców.
– Następnie wpisujemy krótką wiadomość dotyczącą naszej podróży, np. dokąd się udajemy, jakim szlakiem, kto nam towarzyszy. W sytuacji awaryjnej, gdy stanie nam się coś złego i nie będziemy mogli się z nikim skontaktować, informacja ta pozwoli odpowiednim służbom ratunkowym podjąć szybką i bardziej skuteczną akcję poszukiwawczą – tłumaczy Adrian Zelga z Fundacji im. Anny Pasek, podróżniczki, która cztery lata temu zginęła w masywie Mont Blanc.
Szczegóły można poznać na stronie www.emess.pl lub wysyłając esemesa na numer 71160 z treścią "emess info".

Elektroniczna księga wyjść

Autorem systemu emess jest 37-letni Aleksander Kowalczuk, z wykształcenia inżynier chemik z Gliwic, prywatnie taternik, żeglarz. System powstał we współpracy z Fundacją im. Anny Pasek oraz Grupą Podhalańską GOPR.
– Pomysł wziął się z życia – mówi Kowalczuk, który chodzi po górach od 20 lat. Kilka lat temu wybrał się na trzytysięcznika w okolicach Mont Blanc. Wtedy rozszalała się burza. – W Turynie miałem być około 19 – 20, a udało mi się dotrzeć do najbliższego schroniska dopiero o drugiej w nocy. Wtedy myślałem, że wpadłem w straszne tarapaty, nikogo nie poinformowałem, gdzie jestem. Gdyby coś mi się stało, nikt by nie wiedział, gdzie mnie szukać – opowiada taternik.
System powstawał dwa lata. Kowalczukowi udało się pozyskać dofinansowanie z UE. Emess obsługuje Plus, który od 11 lat współpracuje ze służbami ratowniczymi GOPR, TOPR i WOPR, obsługując specjalny numer ratunkowy (w górach jest to 601 100 300).
Zelga podkreśla, że emess to taka elektroniczna księga wyjść (od prawie stu lat funkcjonuje w schroniskach), do której wychodzący w góry wpisują, dokąd wychodzą i kiedy wrócą. – Niestety, mało kto z niej korzysta – ocenia.

Nie zmieniać trasy

Ale emess ma znacznie szersze zastosowanie niż księga wyjść. – Z systemu powinniśmy skorzystać nie tylko wtedy, kiedy wychodzimy w góry, ale także wówczas, gdy podróżujemy np. autostopem lub idziemy do znajomych, a trafiamy na dyskotekę – radzi Kowalczuk.
W emessie można podać numer rejestracyjny samochodu, do którego wsiadamy, imię kierowcy, coś charakterystycznego.
Dlaczego alarm powiadamia wskazaną osobę, a nie od razu służby ratownicze? – Bo czasem z jakichś powodów nasz powrót się opóźni, ale nic złego nam nie grozi. Nie możemy angażować służb ratowniczych, kiedy nie ma niebezpieczeństwa – tłumaczy pomysłodawca.
Co ważne, na pół godziny przed uruchomieniem alarmu system przypomina, by go wyłączyć, jeśli bezpiecznie dotarliśmy na miejsce lub do domu.
– Zabiegaliśmy o taką właśnie formę – mówi Mariusz Zaród, naczelnik Grupy Podhalańskiej GOPR. Podkreśla, że emess to ostatnia furtka: – W sytuacji zagrożenia świadomość, że włączy się alarm i pomoc wcześniej czy później nadejdzie, może uratować nam życie.
– To świetny pomysł – ocenia Piotr Van der Coghen, poseł PO i wieloletni ratownik górski, naczelnik Jurajskiej Grupy Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Zaznacza jednak, że aby system działał bezbłędnie, nie należy zmieniać planowanej trasy. – A jeśli już to nastąpi, powiadommy emessem o tym fakcie – zaleca. Przypomina historię sprzed 30 lat, gdy grupa młodzieży z Kalisza poszła na Pilsko w Beskidzie Żywieckim i wskazała inną drogę. – Ratownicy stracili dobę, a dwójka dzieci zamarzła – opowiada Van der Coghen.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA