fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Rozmowa: Leszek Blanik, mistrz olimpijski w gimnastyce

Leszek Blanik
Fotorzepa, pn Piotr Nowak
Leszek Blanik, mistrz olimpijski w gimnastyce
Dlaczego skoki narciarskie z Małyszem stały się tak popularne, a gimnastyka z Blanikiem nie? Obydwaj byliście najlepsi na świecie.
Leszek Blanik: Ojej, ale pytanie mi pan zadał. Adam wypełniał swoimi skokami sezon ogórkowy, kiedy nie było konkurencji piłkarzy, lekkoatletów, nie wiem kogo jeszcze. Nikt, do czasu Justyny Kowalczyk, nie zagroził mu medialnie. Oczywiście gdyby nie jego wielkość, nic by z tego nie było, ale on wypełnił pewną lukę. Poza tym jego dyscyplina jest łatwiejsza w odbiorze dla kibica. Z grubsza biorąc, zwycięża ten, kto dalej skoczy, i to widać od razu. Gimnastyka nie ma przy tym szans. W skoku moim liczy się wiele niuansów, na ocenę czeka się pięć minut, więc to jest dla kibica nudne. Jeśli nie pójdzie się w kierunku show, innego rodzaju rywalizacji, pojedynków, gimnastyka może mieć problem ze zdobyciem popularności, kibiców i sponsorów.
No i jeszcze ktoś to musi opisać. O Małyszu pisało i mówiło co najmniej kilkudziesięciu polskich dziennikarzy, mimo że nie wszyscy się na tym znali. Ilu opisywało i komentowało pańskie skoki?
Kilku chyba, ale tylko pani redaktor Lidia Nowakowa z Katowic wiedziała, co pisze. Gimnastykę trudno jest też pokazać w telewizji. Nie ma specjalistów, bo nie ma tradycji, zawodników. W Stanach Zjednoczonych jest zarejestrowanych dwa miliony gimnastyków. U nas pamięta się dwa gimnastyczne nazwiska – Andrzeja Szajny i braci Kubiców z Radlina. Po igrzyskach olimpijskich w Moskwie gimnastyka w Polsce padła. Zaczęła się odradzać od połowy lat 90., kiedy z inicjatywy ministra Paszczyka powstał w Gdańsku ośrodek przygotowań olimpijskich. Gdyby nie to, pewnie nie zostałbym mistrzem olimpijskim. Po zdobyciu medalu przez rok pobierałem stypendium w wysokości 5700 złotych miesięcznie. Proszę porównać to z tym, co mają średniej klasy piłkarze w polskiej lidze.
Nie lubi pan piłkarzy?
Nie w tym rzecz. Bardzo lubię. Chodzi mi o to, że można być mistrzem, ale jeśli w dyscyplinie niezbyt popularnej, to na pieniądze to się nie przełoży. Ja zresztą nigdy nie miałem głowy do interesów. Moim menedżerem był teść, starszy wykładowca na uczelni i wiceprezes MKS AZS AWF w Gdańsku. Myśleliśmy przede wszystkim o startach w najważniejszych zawodach. Dlatego odrzuciłem propozycję startów w lidze niemieckiej, gdzie jest punktacja czytelniejsza dla kibiców, więc zawody stają się atrakcyjniejsze. Na pewno sporo bym zarobił, ale być może odbiłoby się to na ważniejszych startach.
I nie ma pan żadnej swojej fundacji, firmy, czegoś, co zapewni panu byt na przyzwoitym poziomie? Jak Małyszowi?
Nie mam. Nie stać mnie na to. Oczywiście nie przymieram głodem, żebyśmy się dobrze rozumieli. Przez kilka ostatnich lat kariery miałem dobrego sponsora, firmę Energa i kilku mniejszych. Jeżdżę po Polsce, opowiadając o gimnastyce. Byłem dwukrotnie w Tokio na zawodach z udziałem najlepszych gimnastyków świata, gdzie skakaliśmy przez skrzynie. Ale nie pomnażałem pieniędzy. Już po zakończeniu kariery miałem propozycje objęcia stanowiska prezesa klubu, ośrodka przygotowań itp., jednak mnie interesowała praca w sali gimnastycznej. To jest mój żywioł. Mam nadzieję, że wkrótce zostanę asystentem trenera kadry gimnastyków.
Zajęcia ze studentami AWF w Gdańsku dają panu wystarczającą satysfakcję? Bez kamer, pełnych sal?
Gdańsk jest moim drugim domem. Pochodzę z Radlina. Tata grał w drugoligowym Górniku Radlin, raz, co z dumą podkreślał, przeciw Stanisławowi Ośliźle. Kiedyś, mając dziewięć lat, oglądałem z tatą w telewizji jakiś mecz piłkarski naszej reprezentacji. I kiedy Polacy strzelili bramkę, ja przed telewizorem zrobiłem z radości salto. Tata powiedział: skoro tak, a mamy w Radlinie klub gimnastyczny z wielkimi tradycjami braci Kubiców, to może by tam sprawdzili, co jesteś wart. I tak się to zaczęło. Wracam często do Radlina i Wodzisławia, ale mieszkam w Gdańsku i skoro ciągle szuka pan porównań z Małyszem, to ja na Pomorzu zrobiłem to dla gimnastyki co Adam w Polsce dla skoków narciarskich. Zresztą czterokrotnie wygrywałem plebiscyty na najlepszego sportowca Pomorza. Tylko Grubba był lepszy. Drugi raz go przypominam, bo trzeba.
Ile jest prawdy w tym, że przy gdańskiej uczelni ma powstać profesjonalna hala gimnastyczna?
Cała prawda. Za dwa lata, mam nadzieję, będziemy mieli przy AWFiS halę uczelnianą, z punktu widzenia potrzeb gimnastyki jedną z najlepszych na świecie. To będzie spełnienie mojego i całej polskiej gimnastyki marzenia dla mnie osobiście trzeci medal olimpijski.
Skoro Małysz ma skocznię swojego imienia, to pan powinien mieć halę.
Nie wiem, nie znam się, nie słyszałem... Ale co mam powiedzieć. Miłe by to było. Mam wciąż marzenie o otwarciu swojej szkółki gimnastycznej dla dzieci. Tylko nie miałbym sumienia zabierać dzieci do zrujnowanej sali, gdzie aby wziąć odpowiedni rozbieg, trzeba otworzyć drzwi na korytarz. Ja tak tutaj trenowałem. Przez 20 lat byłem drugi – trzeci na świecie, a potem nagle, w ciągu kilkunastu miesięcy, zdobyłem trzy tytuły – mistrza świata, Europy i mistrza olimpijskiego. Górnolotnie powiem, że nigdy nie można rezygnować. I kiedy patrzę dziś na garnące się na zajęcia do mnie małe dzieci, które wiedzą, co zdobyłem, i chciałyby osiągnąć to samo, robi mi się miło. Jestem szczęśliwym człowiekiem.
Małysz chce się sprawdzić w rajdach samochodowych. Wiem, że panu szczęście daje oglądanie zawodów żużlowych.
Nie tylko oglądanie. To jest moja pasja. Główna Komisja Sportu Żużlowego przyznała mi nawet tytuł ambasadora żużla. Noszą go także Tomasz Lis i Tomasz Karolak. Telewizja Polska namówiła mnie na jazdę na motocyklu żużlowym, żeby promować ten sport. Ale mnie nie trzeba było namawiać. Bardzo mnie to emocjonuje. Samo wkładanie kombinezonu jest przeżyciem.
A piłka nożna?
W żużlu trzeba się sprężać na maksa. Tam cały czas coś się dzieje, nie można się oderwać. A w piłce może pan odejść od telewizora, zrobić herbatę, wrócić na fotel, a na boisku nic się przez ten czas nie wydarzyło. Na stadion Lechii Gdańsk chodzę raczej rzadko. W soboty oglądam polską ligę w Canal+ i mi się nawet podoba. Ale następnego dnia pokazują ligę angielską i to już jest inny sport. Przy nim do kuchni nie można wyjść. Moim ulubionym klubem jest Milan, dawniej był Diego Maradona, ale kiedy gra Barcelona z Messim, to nie mogę się oderwać. W Polsce moimi klubami były w dzieciństwie Górnik Radlin, Odra Wodzisław i Górnik Zabrze. Miałem nadzieję, że reprezentacja będzie grać lepiej za Leo Beenhakkera, ale tylko początek miała dobry. Oglądam jednak, męczę się, ciągle czekam, że coś się zmieni na lepsze, więc z satysfakcją przyjąłem tytuł Przyjaciela Euro 2012.
A co pan by zmienił na lepsze u piłkarzy?
Popracowałbym nad ich sprawnością fizyczną. Prowadziłem kiedyś treningi gimnastyczne z żużlowcami i bramkarzami. Graczom z pola też by się przydało. Narzekamy na ich słabą technikę, ale to ma związek ze sprawnością. Jak zawodnik ma uderzyć piłkę z woleja, skoro nie jest w stanie podnieść nogi powyżej pasa biodrowego? A jak już podniesie, to się przy tym odchyli tak, że albo piłka poleci nad bramką albo on się przewróci. Koordynacja ruchów i gibkość powinny być w piłce jedną z podstaw treningu. Różnica między futbolem zagranicznym na wysokim poziomie a polskim polega na tym, że tam zawodnik po strzeleniu bramki robi z radości salto, a polski jedzie po trawie na brzuchu.
Leszek Blanik (urodzony 1 marca 1977 roku w Radlinie), gimnastyk, mistrz olimpijski z Pekinu (2008), brązowy medalista z Sydney (2000), mistrz świata (2007, Stuttgart), wicemistrz (2002, Debreczyn i 2005 Melbourne), mistrz Europy (2008, Lozanna), wicemistrz (1998, Sankt Petersburg). Ośmiokrotny zwycięzca zawodów o Puchar Świata. Wszystkie sukcesy w konkurencji – skok. Jeden z jego skoków: podwójne salto w przód w pozycji łamanej zostało zarejestrowane przez Międzynarodową Federację Gimnastyczną pod nazwą „blanik".
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA