fbTrack

Nagroda 'Rzeczpospolitej' im. Jerzego Giedroycia

Osadczuk laureatem nagrody Giedroycia

Bohdan Osadczuk, laureat tegorocznej nagrody im. Giedroycia
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Tegorocznym laureatem nagrody im. Jerzego Giedroycia, przyznawanej przez dziennik "Rzeczpospolita" za działalność w imię polskiej racji stanu, został Bohdan Osadczuk - politolog i sowietolog. Wyróżnienie, przyznane za "działania na rzecz pojednania polsko-ukraińskiego", zostało wręczone podczas gali na Zamku Królewskim w Warszawie.
W Polsce Osadczuk został już doceniony. Otrzymał najwyższe polskie odznaczenie – Order Orła Białego. Mniej znany jest wciąż na Ukrainie
Bohdan Osadczuk mówił Ukraińcom, że muszą uznać winy UPA, a Polaków zachęcał, aby rozliczyli się z akcji „Wisła” jego zdaniem przeprowadzonej po hitlerowsku i stalinowsku. Człowiek symbol. Ukrainiec, urodzony na terytorium przedwojennej Rzeczypospolitej i świetnie po polsku mówiący, obecnie na stałe mieszkający w Berlinie, nieustannie i uporczywie działający na rzecz polsko-ukraińskiego pojednania i polsko–ukraińskiej współpracy.
Jego orężem jest słowo pisane – felietony, komentarze, także książki, których w Polsce wydał kilka. Często pisze o sprawach bardzo niepopularnych i niemiłych zarówno dla Ukraińców, jak i dla Polaków. A słowa, choć z trudem, docierają do jednych i drugich. I pozwalają uzmysłowić sobie, że trzeba porzucić stereotypy zarówno w myśleniu o sobie, jak i o sąsiadach. Życiorys profesora Osadczuka jest bardzo szczególny. Urodził się w Kołomyi, w przedwojennej Polsce. Jak mówił nam w wywiadzie dla „Plusa Minusa”, jego ojciec, nauczyciel, był aktywnym działaczem Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Przedwojenne władze stosowały politykę wysyłania Ukraińców – urzędników czy nauczycieli – w głąb Polski, dlatego Osadczukowie trafili na Kielecczyznę. Bohdan Osadczuk podkreśla, że miał dwie „szkoły” – polski dwór, a zwłaszcza bibliotekę miejscowej dziedziczki, oraz wędrujących byłych żołnierzy wojsk atamana Semena Petlury, którzy odwiedzali jego rodzinę – wiedzieli, że mogą tam za darmo przenocować, coś zjeść. Po wrześniu 1939 r. Bohdan Osadczuk nawiązał kontakty z wydawanymi oficjalnie w Krakowie ukraińskimi „Krakiwskimi Wistiami”. Potem trafił do Berlina, na studia – Ukraińcy byli wówczas zupełnie inaczej traktowani niż Polacy. Opowiadał później, że gdy chciał dorobić do skromnego stypendium, potrzebował zezwolenia na podjęcie pracy. W berlińskim urzędzie stwierdzono, że urodził się w Kolomei, tak bowiem wcześniej przekręcono mu w dokumentach nazwę rodzinnej Kołomyi. Gdy tłumaczył, że Kołomyja jest w Galicji, uznano go za ignoranta, bo przecież „Galicja leży w Hiszpanii”, a „Kolomea” we Włoszech. – Po długich utarczkach urzędnik przybił mi pieczątkę Italia, robiąc ze mnie Włocha, co mi uratowało życie, kiedy weszła sowiecka armia – opowiadał Osadczuk. W Berlinie utrzymywał kontakty zarówno z przedstawicielami podziemia ukraińskiego – UPA, jak i polskiego – Armii Ludowej. Po wojnie, dzięki tym ostatnim, dostał pracę w Polskiej Misji Wojskowej w niemieckiej stolicy. Jednak nie na długo. Nie zatrzymał się we wschodnim Berlinie, przeniósł się do zachodniego. Tam został uniwersyteckim wykładowcą, stamtąd pisywał – pod różnymi pseudonimami – do gazet niemieckich i szwajcarskich, a wreszcie do „Kultury”. Jerzego Giedroycia poznał w 1950 r. i od tego czasu zaczęła się ich współpraca. Bardzo ceni to, co Giedroyc uczynił dla Ukrainy, nazwał go zresztą kiedyś Wielkim Hetmanem Czworga Narodów. Z czasem został jak gdyby berlińskim korespondentem „Kultury”. Pod pseudonimem Berlińczyk pisał na tematy niemieckie oraz o emigracji ukraińskiej i stosunkach polsko-ukraińskich. W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” w 2000 r. odpowiadał na przewrotne pytanie, czy pracuje dla CIA, KGB czy może służb ukraińskich: „Pewien krytyk muzyczny z Warszawy zażartował kiedyś, że jaki to Osadczuk, to jest Mossadczuk. Gdzieś na początku lat 80. w banderowskim piśmie »Szlach Peremohy« jakiś anonimowy autor napisał, że jestem na służbie wywiadu sowieckiego albo polskiego. Wkrótce potem ukazał się pamflet kagiebistowski (...) że ja (...) jestem od dawna rezydentem CIA w Berlinie”. Osadczuk ostro pisał w „Plusie Minusie”: „Banderowcy ukradli (...) nazwę UPA i po wyniszczeniu swych ukraińskich przeciwników zabrali się do rozwiązywania »polskiego problemu«. Jednym z autorów projektu czystki etnicznej był Mykoła Łebed’, który wiedział, jak robią to chorwaccy ustasze z Serbami. Podczas kilku rozmów w Nowym Jorku Łebed’ wyjaśniał mi, że nie miał najmniejszego pojęcia o sytuacji na Wołyniu. Twierdził, że nie dawał rozkazów dokonywania masowych mordów. Jego słowa nie były jednak przekonujące”. Podobne słowa powtarzał kilkakrotnie, wskazując, że Ukraińcy muszą zrozumieć winy UPA. Na pozór może się wydawać, że jego rodacy wcale go nie posłuchali, tym bardziej że na zachodniej Ukrainie stawiane są coraz to nowe pomniki Stepana Bandery (na przyszły rok już zaplanowano dwa kolejne). Intelektualiści ukraińscy są jednak innego zdania. – Trzeźwa ocena Osadczuka dotycząca różnych spraw pomagała nam znaleźć wyważony środek – mówi Myrosław Popowycz, profesor Akademii Kijowsko-Mohylańskiej i dyrektor Instytutu Filozofii w Kijowie. – Gdy na jaw wyszła tragiczna sprawa Wołynia, nie wiedzieliśmy, jak się zachować. Nie potrafiliśmy się zorientować w tych wydarzeniach. W dialogu z Polską pomogło stanowisko Osadczuka. I to na pewno jest prawda: Ukraińcy, pilnie poszukując bohaterów w swej najnowszej historii, z pewnością niechętnie słuchają polskiej krytyki swoich kandydatów na bohaterów. Łatwiej – co nie znaczy, że łatwo – przyjmują krytyczne i stanowcze słowa rodaka „od zawsze” związanego z ukraińskim ruchem niepodległościowym. Ale Osadczuk potrafił też powiedzieć bardzo niemiłe słowa i naszym rodakom. „Polacy muszą załatwić zgodnie ze swoim sumieniem sprawę »oczyszczenia« Chełmszczyzny z Ukraińców oraz przeprowadzonej po hitlerowsku i stalinowsku akcji »Wisła«” – pisał w 1994 r. w „Rzeczpospolitej”. Czy zdołaliśmy tego wysłuchać i to przyjąć – musimy zdecydować sami. Ukraińcy uważają, że efekt był pozytywny. – Osadczuk potrafił otworzyć oczy wielu Polakom na drażliwe sprawy dzielące oba narody. Miał odwagę przedstawić twarde stanowisko w sprawie cmentarzy ukraińskich na wschodzie Polski, cerkwi greckokatolickich przerabianych na kościoły czy akcji „Wisła” – mówi znany analityk Instytutu Polityki Otwartej w Kijowie Bohdan Ołeksiuk. Pisano o nim: „Ataman polsko-ukraińskiego pojednania”. Faktycznie, do porozumienia między naszymi narodami nawołuje stale. Co więcej, Bohdan Osadczuk był orędownikiem takiego porozumienia wówczas, kiedy rzecz wydawała się zupełnie nierealna, za czasów gdy Polska była „ludowa”, a Ukraina sowiecka. Ale i teraz widzi, że – choć pozornie łatwiejsze – nie jest to zadanie proste, „zwłaszcza jeśli się uwzględni nasze wspólne cechy narodowe: zapał do wielkich słów z jednej strony i brak dyscypliny realizacyjnej z drugiej. Te wzajemne przywary często paraliżują najlepsze plany i pomysły, prowadzą do wczesnego uwiądu rozmaitych instytucji powołanych do krzewienia współpracy naszych społeczeństw”. Nawołuje więc do tego, by nie poprzestawać na symbolach i uściskach dłoni prezydentów, ale by przejść do konkretnego działania. Pisał w „Rzeczpospolitej”: „Właśnie ekonomia pchnęła naprzód porozumienie francusko-niemieckie i stała się główną bazą normalizacji i kooperacji polsko-niemieckiej. Ten aspekt stosunków polsko-ukraińskich wciąż leży odłogiem. A przecież nic tak nie łączy państw i społeczeństw na co dzień jak handel i turystyka”. Zdaje się, że polscy i ukraińscy biznesmeni zrozumieli to szybciej niż rządy naszych państw. W Polsce Bohdan Osadczuk chyba został już doceniony. Otrzymał najwyższe polskie odznaczenie – Order Orła Białego. To właśnie podczas uroczystości odznaczenia w 2001 r. powiedział: „Obecne stosunki polsko-ukraińskie oceniam jako dobre na górze, słabsze na średnim szczeblu, a zupełnie niedobre na dole”. Być może teraz uznałby, że sytuacja nieco się zmieniła, że gorzej jest „na górze”, a lepiej „na dole”, co wymaga jego dalszej, uporczywej pracy. Chyba nieco mniej znany i ceniony jest na Ukrainie. – Szkoda, że przeciętni Ukraińcy wiedzą o nim tak mało. Myślę, że na Ukrainie powinien powstać film dokumentalny o losach tego naszego wybitnego rodaka. Osadczuk z pewnością na to zasługuje – podkreśla Ołeksiuk. Ale bywa cytowany w największych stacjach telewizyjnych i portalach internetowych. Jest też honorowym obywatelem swojej rodzinnej Kołomyi. Dostąpił tego zaszczytu w 2001 roku za „ważny wkład w prace badawcze historii współczesnej Ukrainy, w tym rodzinnego miasta”.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL