Plus Minus

Mrożek cierpi, że nie może pisać

Fotorzepa, Danuta Matloch Danuta Matloch
Sławomir Mrożek mówi, że to co się nazywa teatrem nowoczesnym wcale mu się nie podoba
Rozmowa z archiwum tygodnika "Plus Minus" z 2011 r.
Minęło więcej niż dziesięć lat od ostatniego razu, kiedy miałem okazję rozmawiać z Mrożkiem, w 1998 roku u niego w domu w Krakowie. Hiszpański wydawca Mrożka udostępnia mi jego adres w Nicei. Piszę do niego. Mija parę tygodni, aż otrzymuję odpowiedź od jego żony Susany Osorio: „Sławomir jest zachwycony możliwością Pańskiego przyjazdu, więc czekamy na Pana z otwartymi ramionami...". Na parterze kamienicy w stylu secesyjnym czworo dzieci rodziny aszkenazyjskiej przychodzi mi z pomocą: „Mrożek? Ostatnie piętro!" – krzyczą. Na schodach Mrożek wita mnie jak zawsze z uprzejmym uśmiechem. Zasiadamy w gabinecie – jasnym, skromnym i przytulnym. „Tu będzie nam spokojnie...".

Opuścił pan Polskę w 1963 roku, ponieważ – jak wielokrotnie pan mówił – czuł się „ograniczony". Od tamtej pory żył pan we Włoszech, Francji i w Meksyku, Krakowie. Od dwóch lat mieszka pan w Nicei. Czy uważa się pan za człowieka niezdolnego do zakorzenienia się?

I tak, i nie. Po pierwsze, ja jestem zakorzeniony w Polsce i teraz to widzę: całe dzieciństwo od początku... I teraz też to trwa. Zawsze pisałem po polsku, nawet mieszkając we Francji, gdzie spędziłem 21 lat. Po prostu nie dało rady pisać w innym językiem. Piszę po polsku i to jest nie do wymienienia, bo jest to język mojej matki, no i ojca oczywiście. Jakiekolwiek języki, które znałem czy jeszcze znam, są to narzucone języki. Kundera na przykład pisze po francusku, „przekorzenił się" – że tak powiem.

I znakomicie mu to idzie, bo pisze jak Francuz. Ja tego nie potrafiłem, 21 lat to było za mało. A potem wyjechałem do Meksyku, bo tam było po prostu spokojnie. No i przestało być! I tak przestało być, że z żoną wyjechaliśmy do Polski, bo Polska już nie była wtedy tak „ograniczona" jak przed moim wyjazdem. A teraz odpowiedź na pańskie pytanie: Wydaje mi się, że po prostu nie mogę usiedzieć w jednym miejscu, no i tak będzie już do końca.

Podczas obchodów Festiwalu Mrożka w Krakowie w 1990 roku jego dyrektor Józef Opalski powiedział mi: „Sławomir Mrożek odgrywał w Polsce lat 60. ważną rolę symboliczną: był kimś ważnym nie tylko dla teatru, ale również dla samego społeczeństwa. W trudnym okresie naszej historii nie tylko pomagał żyć, ale też dawał receptę, jak iść do przodu, aby coś zmienić w tym smutnym wtedy kraju". Jest pan świadom odegranej w czasach PRL roli?

Jeśli chodzi o rolę, o której pan mówi, to wszystkie świadectwa, które do mnie wtedy docierały, potwierdzały ją. Odegrałem tę rolę, bardzo dla mnie zaszczytną, ale potem przestałem ją odgrywać, bo po prostu się zestarzałem.

Spędził pan 21 lat we Francji. Jednak cały czas podkreślał pan, że żył w Paryżu nie z powodów politycznych.

W Paryżu właśnie, że z powodów politycznych!... Wyjechałem z Polski dlatego, że nie mogłem wytrzymać tego, co się wówczas w Polsce działo. A dodam jeszcze, że to był taki bardzo przykry okres, okres dokręcania śruby. Nie mogłem już tego znieść i wyjechałem z Polski na zawsze, jak się okazuje. Początkowo w Polsce władza, pomijając, czy to ubecka czy inna, odnosiła się do mnie dość ostrożnie. Jednak kiedy zacząłem być trochę pisarzem, wtedy już inne względy nią kierowały. Nawet przez pięć lat cierpiałem tę władzę, będąc już na Zachodzie. Na przykład taki numer mi urządzono: „Prosimy bardzo przyjechać do Rzymu, jest paszport dla pana. Paszport jest konsularny, wszystko w porządku". Wraz z żoną pojechałem do Rzymu i w konsulacie oświadczono mi – to był taki ubecki numer! (śmieje się): To pomyłka. Jakiś inny Mrożek i inna żona Mrożka złożyli prośbę i ta została uwzględniona, ale pan nie ma nic wspólnego z tym Mrożkiem. To jestem ja! – powiedziałem. Jednak okazało się, że to pomyłka... I wtedy straciłem cierpliwość. Podczas naszej rozmowy w 1998 roku powiedział pan, że wrócił, bo Polska jest krajem obiecującym, dokądś zmierzającym. Od tamtego czasu Polska wstąpiła do NATO, do Unii Europejskiej, zaspokoiła większość swoich aspiracji i dążeń. Po tym wszystkim społeczeństwo polskie zahamowało czy dalej się rozwija?
Polska jest krajem, który trzyma się swoich zasad, może trochę za bardzo. Wydaje mi się, że Polska ukształtowała się na razie – bo wszystko jest „na razie" – w sposób dla Zachodu niesympatyczny. Istnieje część społeczeństwa, która podziela stanowisko poprzedniego prezydenta [Lecha Kaczyńskiego], i część druga, która jest w ogóle inna. Ja nie chcę się w to mieszać, bo jestem w tej sprawie neutralny. Natomiast czuję, że będąc w Polsce nawet przez parę dni, będę zmuszony spotykać się z doświadczeniami takiego czy innego społeczeństwa... Do jakiego stopnia bycie Polakiem uwarunkowało pańską wędrówkę po świecie? Koncept gombrowiczowskiej „polskości" istnieje naprawdę czy to tylko mit? W mojej biografii Gombrowicz był bardzo silną postacią, jak się okazuje w moim „Dzienniku". Drugą taką postacią, która się w nim ukazuje, jest Jerzy Giedroyc, wydawca „Kultury", o którym myślę z całym szacunkiem. Taki kraj jak Polska warunkuje bezapelacyjnie, ale bycie Polakiem przestało mnie warunkować już dawno. Jestem Polakiem i koniec. Kiedy przyjechałem do Włoch, a była to moja pierwsza emigracja, przeżyłem silny wstrząs. Miałem wtedy tylko 33 lata i powiedziałem sobie: Jestem tutaj, a powinienem być tam. To było bardzo silne przeżycie i mój „Dziennik" o tym świadczy, nie mogłem sobie z tym poradzić. Dopiero później, w miarę upływu czasu, nowych miejsc pobytu to tu, to tam, to moje uwarunkowanie Polską przestało być tak silne. W opowiadaniu „Moniza Clavier" przedstawia pan koleje losu pewnego Polaka mylonego z Rosjaninem przez swych włoskich gospodarzy, co parodiuje relacje kulturowe Wschód – Zachód... Dopóki żyłem w Polsce, byłem bardzo przejęty Rosją, tak samo jak Polską. I miałem wtedy wszystkie uprzedzenia właściwe Polakom. Polacy w dalszym ciągu mają bardzo silne uczulenie na  Rosję i ja byłem typowy pod tym względem. Potem wyjechałem i gdy zobaczyłem różne sytuacje na tym świecie, relacja Polska – Rosja przestała mnie aż tak obchodzić. W latach 80. i 90. zmienił pan kierunek swojej twórczości dramatycznej. W pana sztukach fabuła staje się ważniejsza, bardziej złożona. Myślę o takich tekstach, jak „Miłość na Krymie", „Kontrakt", „Wielebni". Do czego pan zmierzał, co pan osiągnął w tych latach, a czego nie? Osiągnąłem wszystko, co było możliwe w tych latach, które pan wymienił. Chciałem być Szekspirem. Ale i to już nie da rady, z wiadomych powodów. Mówię o Szekspirze, bo jest on autorem najczęściej grywanym na świecie, tylko że to się zdarzyło 500 lat temu, więc mogę sobie tylko chcieć, ale nim nie będę... (śmieje się) W pana tekstach dramatycznych opis sceny, rekwizytów, akcji jest bardzo drobiazgowy i dokładny. Czy to chęć podporządkowania reżysera, czy to tylko zwykła propozycja? Nigdy pana nie kusiła reżyseria? To jest tylko propozycja, z której można korzystać albo nie. A w sprawie reżyserowania, owszem, parę razy miałem takie pokusy, i to w różnych krajach, ale przekonałem się, że nie jestem do tego stworzony. Dałem sobie z tym spokój już dawno. Od wielu lat już nie chodzę do teatru i to, co teraz nazywają teatrem nowoczesnym, nie podoba mi się wcale. „Mistrz absurdu" – często tak nazywa pana krytyka literacka. To za sprawą tego Anglika Martina Esslina, który przyczepił mi to określenie i tak już zostało. Jak ktoś nie ma pojęcia o niczym, zaczyna czytać, a potem mówi: „Ach, to absurd!". To był ktoś, kto nie wiedział, o czym pisać, i napisał sam nie wiem ile książek na mój temat... i nie tylko na mój. W pana przypadku literatura była narzędziem przekazującym myśli filozoficzne, refleksje o procesach historycznych, w końcu pański światopogląd? Pisanie jest u mnie sprawą po prostu fizjologiczną. Przekonałem się o tym już dawno. W tej chwili bardzo cierpię, że nie mogę pisać. Przekazywać może coś tam przekazywałem, nawet może niechcący. Ale taki prepomysł, aby coś przekazać? U mnie nigdy tego nie było. Pisarz coś pisze, nie bardzo wie dlaczego i to jest może interesujące dla krytyków literackich. Te popisy psychologizmu... ? ? ? Mrożek z wilczym apetytem je wykwintny obiad, który przygotowała jego żona: zupa rybna, pieczeń barania, mus cytrynowy... „Jest pyszny, Susana, nie wiesz, jaki Ci jestem wdzięczny!" – zachwyca się Mrożek, rozkoszując się kieliszkiem czerwonego wina, i w tym podziękowaniu jest wspaniała nuta czułości. Rozmawiamy o wszystkim po trochu: o emigracji, o wykorzenieniu – to coś, co wydaje się bardzo martwić Mrożka. Warszawa, Paryż, Budapeszt, Kraków, Moskwa – rozmowa przebiega po różańcu miejsc, anegdot i sytuacji... Mrożek słucha bardziej niż uczestniczy, od czasu do czasu uśmiecha się po prostu... Przy kawie Mrożek wydaje się przez chwilę nieobecny, bawi się łyżeczką. Nagle mówi: „Wrzesień 1939...". Przerwa. „Tak: wrzesień 1939... Miałem wtedy dziewięć lat, ale pamiętam, jakby to było wczoraj!". Dzwoni telefon. Susana odbiera: „Sławomir, to minister kultury [Polski]. Odznaczyli cię". „Jak to? Odznaczenie? A, dobrze, dobrze... Bardzo dobrze!". Przerwa. „O czym ja mówiłem?". „Mówił pan: «Wrzesień 1939...»". «Tak, miałem Panu coś ważnego powiedzieć, ale zapomniałem!...". Wtedy Mrożek raczy mnie tym swoim uprzejmym uśmiechem i spojrzeniem już zmęczonym, a jednak figlarnym. Przed pożegnaniem z Niceą odwiedzam księgarnię. „Macie coś Mrożka?" – pytam. „Mrożek? Może Pan przeliterować?... Jasne! Mamy tomik opowiadań Le Mrożek de poche. Ja już czytałam, jest bardzo dobre! Autor... skąd on jest?". „Polak. Mieszka tu, w Nicei". „Naprawdę!... Więc, bierze Pan?". „Jeśli Pani poleca...". Josep Maria de Sagarra Angel – slawista, eseista, publicysta, tłumacz z języka polskiego i rosyjskiego na hiszpański i kataloński. Przełożył między innymi dzieła Mrożka, Szymborskiej, Witkacego, Sienkiewicza, Bułhakowa. Rozmowa przeprowadzona 18.09.2010 r. —Tłumaczyła Dorota Żbikowska de Sagarra
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL