fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Plus Minus poleca, 18-19 czerwca 2011

ROL
Agnieszka Rybak o betankach z Płonki Kościelnej, Piotr Gursztyn i Kamila Baranowska o Stefanie Bratkowskim, Robert Mazurek rozmawia z prof. Antonim Dudkiem, Maja Narbutt o masowej zbrodni na Żydach i Polakach
Betanki ciągle w drodze - to tytuł reportażu Agnieszki Rybak otwierającego najnowszy numer Plusa Minusa. "W piątek, 3 czerwca 2011 r., autobus zabrał z Płonki Kościelnej cztery ostatnie byłe betanki. W udostępnionym przez miejscowego proboszcza domu pielgrzyma mieszkały od 2008 r. Miejscowi mówią, że odjechały do Częstochowy.
Po sześciu latach życie dopisuje puentę do ich historii. W Polsce nie było wcześniej przypadku, by niemal połowa zgromadzenia zakonnego wypowiedziała posłuszeństwo władzom kościelnym.
Ich była przełożona Jadwiga Ligocka – która bunt zorganizowała – nie żyje od ponad trzech lat. Ksiądz Roman, który w buncie ją wspierał, od kilku lat jest wikarym w diecezji łomżyńskiej. Przez jakiś czas uczył religii w szkole. Został jednak zwolniony po interwencji kuratorium oświaty.
Betanki, które nie przyłączyły się do buntu, od lat walczą o odzyskanie dobrego imienia i zaufania. Organizują dni otwarte i kiermasze.
Teatr Kreatury z Gorzowa Wielkopolskiego już w 2007 r. wystawił sztukę o zakonnicach z Kazimierza Dolnego. Dwa miesiące temu w lubelskim Teatrze im. Osterwy miał premierę kolejny spektakl inspirowany ich historią. Na podstawie sztuki Pawła Huelle „Zamknęły się oczy ziemi” wyreżyserował go Krzysztof Babicki.
We wrześniu ma wejść do kin film Barbary Sass o byłych betankach „W imieniu diabła”.
Matka jednej z byłych sióstr mówi: – Od czterech lat nie mam kontaktu z córką. Codziennie się za nią modlę. Ani Kościół mi nie pomógł, ani państwo.
Nikt też nie odpowiedział na pytanie, co się właściwie stało w Kazimierzu Dolnym. Co spowodowało, że betanki – z zakonu otwartego na świat, który powstał w okresie międzywojennym w celu niesienia pomocy rodzinom i parafiom – zaczęły tworzyć sektę?"

? ? ?

"Wystarczyło wszcząć alarm, że Polsce grozi faszyzm, a Stefan Bratkowski znów wrócił na pierwszą linię polskiej publicystyki" - piszą Piotr Gursztyn i Kamila Baranowska w sylwetce prezesa SDP Z notatnika antyfaszysty. "Traktowany z estymą jako honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Ale i z lekceważącą pobłażliwością jako „nestor polskiego dziennikarstwa". Stosunek do niego przypomina podejście polityków do drugiej izby parlamentu. O Senacie mówi się z niezbyt szczerym szacunkiem „izba refleksji i pamięci" i też mało kto traktuje ją poważnie. Tak też bywa ze stosunkiem do Bratkowskiego.
Mimo lat pracy, dziesiątek wyróżnień i nagród, wydania kilkunastu książek w ostatnim czasie 77-letni Stefan Bratkowski był poza głównym obiegiem. Z rzadka zapraszany do telewizji i z rzadka też proszony o opinie. Czasem wypowiadał się w sprawach standardów dziennikarskich, czasem w jakimś szacownym gronie podpisał kolejny list otwarty. Oprócz tego wiadomo było, że pracuje w jakiejś prywatnej szkole dziennikarskiej. A od czasu, gdy zerwał z „Rzeczpospolitą”, swoje teksty mógł publikować tylko w Internecie. Gazety (lub czasopisma) nie biły się o niego.
Przełom nastąpił w połowie kwietnia. Wywiesił w Internecie swój apel o walkę przeciw faszyzmowi. Właściwie miał go wygłosić na zjeździe SDP, ale większość mówców była tak gadatliwa, że zabrakło dla niego czasu.
Zagrożenie faszystowskie – tak jak je wskazał Bratkowski – nie płynie wcale ze strony skinów czy skrajnych radykałów z kręgu Tejkowskiego i Bryczkowskiego. To PiS, druga partia w kraju, jest ugrupowaniem faszyzującym. A jej prezes, czyli wódz, jak go nazywa Bratkowski, to po prostu Benito Mussolini. Wymienił ileś dowodów na to, że PiS jest partią faszyzującą. Koronnym było rzekome inspirowanie się Jarosława Kaczyńskiego ideami Carla Schmitta, niemieckiego politologa i filozofa. Schmitt do połowy lat 30. współpracował z NSDAP (potem został odsunięty na boczny tor), w Polsce za to jego najważniejszą książkę wydała Fundacja Batorego (w serii, której patronowali Marcin Król i Aleksander Smolar)."

? ? ?

Czuje się pan kingmakerem? - pyta Robert Mazurek prof. Antoniego Dudka, w związku z wyborem nowego prezesa IPN.
Co najwyżej jednym z kilku ludzi, którzy pomogli Łukaszowi Kamińskiemu zostać prezesem. Być może najbardziej widocznym, ale tylko jednym z kilku. To był prawdziwy konkurs - odpowiada Dudek.
Ogłosił pan, że jego nadejście to początek rewolucji pokoleniowej.
To mówię już nie jako członek Rady IPN, ale jako obywatel bardzo na taką zmianę pokoleniową czekający. Uważam, że polskie życie publiczne, nie tylko IPN, wymaga odmłodzenia, a najwyższe stanowiska w kraju powinny objąć trzydziesto – czterdziestolatki.
Lustracja będzie jeszcze miała jakieś znaczenie?
Lokalnie tak, bo na prowincji widać, że niektórzy burmistrzowie czy radni mają z tym kłopoty, ale w skali ogólnopolskiej problem powoli zanika i ja się z tego cieszę, bo sprowadzenie całego sporu o PRL do sporu o agentów było przejawem pewnej patologii. Tajni współpracownicy bezpieki nie mogą być na szczycie drabiny winowajców, bo często sami byli ofiarami tego systemu. Prawdziwi winowajcy doskonale się pochowali.
To stary postulat, by lustracji towarzyszyła dekomunizacja.
Zgoda, postulat już dziś nierealizowalny. Znacznie istotniejsza jest edukacja młodego pokolenia Polaków, bo pamięć społeczna szybko się zaciera, a dorosło już pokolenie urodzone w wolnej Polsce i ono nie wie, czym jest dyktatura. Dla tych młodych więc dyktaturą mogą być rządy Kaczyńskiego, ale wtedy mamy do czynienia z jakimś kabaretem. Dyktatura jest wtedy, kiedy nasz wywiad może być w każdej chwili przerwany przez dwóch smutnych panów, którzy mogą wejść i mnie zgarnąć, a my się już szybko nie zobaczymy.
Kiedy słyszę, że zabranie przez straż miejską namiotu Solidarnych 2010 było zamachem na „ostatnie kilka metrów wolnej Polski”, to chce się powiedzieć „Znaj proporcje, mocium panie”.
No właśnie! Używanie porównań do PRL jest przez obie strony tego sporu nieuczciwe i wynika już często z niewiedzy. Także o tym, że PRL niejedno miał imię: zabranie mnie z tej rozmowy przez dwóch smutnych panów w 1983 roku skończyłoby się dla mnie zapewne uwolnieniem po 48 godzinach, góra – po kilku miesiącach, a w 1953 trafiłbym do celi na wiele dłużej, jeśli nie na zawsze.

? ? ?

"Pamięć o masowej zbrodni na Żydach i Polakach w podwileńskim lesie jest dużym kłopotem dla Litwinów" - pisze Maja Narbutt w szkicu historycznym Ponary - przerwane milczenie.
„«Tu, w ponarskim lesie, od lipca 1941 do lipca 1944 niemieccy okupanci i ich miejscowi poplecznicy wymordowali 100 tysięcy osób. Ukrywając ślady zbrodni od grudnia 1943 roku palili zwłoki ofiar».
Napis na pomniku, który znajduje się w lesie na przedmieściach Wilna, jest długi, a jednak nie wyjaśnia wszystkiego. Kim byli ludzie, których ciała zapełniły zbiorowe groby? I kim są ich mordercy nazwani enigmatycznie miejscowymi poplecznikami?
Zagłębiając się w sosnowy las, w którym trwa martwa cisza, natrafia się na inne pomniki. Na jednym jest gwiazda Dawida i hebrajskie napisy, na drugim wielki metalowy krzyż i wyryte polskie nazwiska. Jest też pomnik jeńców radzieckich, a nawet litewski. Pamięć cząstkowa nie zostaje scalona w pamięć historyczną, w czytelny i bezkompromisowy przekaz, co wydarzyło się w Ponarach.
– To prawda, z którą Litwini ciągle nie potrafią się zmierzyć. Skala kolaboracji z niemieckim okupantem była olbrzymia. Brak jest nie tylko potępienia tego zjawiska, ale nawet głębszej refleksji – mówi mieszkający na Litwie prof. Jarosław Wołkonowski, historyk specjalizujący się w dziejach Armii Krajowej na Wileńszczyźnie.
Rząd Litwy chce, by nauczać o mordzie Ponarach. Zapowiedział to sam premier Audrius Kubilius. Ta mocno brzmiąca informacja pojawiła się niedawno w polskiej prasie i natychmiast zaczęto mówić o przełomie.
Jednak sporo wskazuje na to, że nie należy oczekiwać zbyt wiele, a przełom jest raczej faktem prasowym wykreowanym w Polsce. Rzeczywistość jest bardziej banalna. Kiedy z okazji obchodzonego na Litwie Roku Holokaustu premier spotkał się z grupą przedstawicieli muzeów – od instytutu Yad Vashem po Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau – usłyszał od nich, że należy nie tylko zmienić koncepcję Miejsca Pamięci w Ponarach, ale i przygotować litewskich nauczycieli do lekcji na temat Holokaustu. Jak należało się spodziewać, zgodził się z tą tezą, choć nie była to deklaracja na tyle istotna czy wiążąca, by odbiła się jakimkolwiek echem na Litwie.
Kiedy przegląda się litewskie podręczniki, trudno się oprzeć wrażeniu, że zadano sobie wiele trudu, by nie zauważyć rzeczy oczywistych lub zręcznie prześlizgnąć się po drażliwych kwestiach. W popularnym podręczniku Broniusa Makauskasa informacji na temat Holokaustu jest niewiele. Autor – mieszkający w Polsce Litwin –  podaje, że Niemcy, planując wymordowanie Żydów, postanowili wciągnąć w to miejscową ludność. Wykorzystywali ludzi z marginesu społecznego, a także stosowali przemoc, by utworzyć oddziały Ipatyngas Burys, które mordowały w Ponarach. Nie ma ani słowa o tym, że w Ponarach oprócz Żydów ginęli też Polacy.
W tym przemilczeniu trudno nie widzieć intencji. Nie jest też przypadkiem, że na pomniku wystawionym w Ponarach przez państwo litewskie jest napis po litewsku, hebrajsku i rosyjski, lecz ani słowa po polsku.
Litwini zabijający Polaków – ten przekaz byłby daleki od obowiązującej wersji, w której Litwinom zawsze przypada szlachetna rola ofiar trwających wieki prześladowań doznanych od Polaków".

? ? ?

Wilk przestaje się bać - to tytuł drugiego z serii reportaży pisanych przez Dariusza Rosiaka podczas tegorocznej wyprawy do Afryki, tym razem z Kigali.
"Słucham opowieści, które rozbijają ogólnie przyjętą wersję wydarzeń w Rwandzie. Łamie się prosta opowieść,  w której  po jednej stronie  stoją ofiary Tutsi, po drugiej ludobójcy Hutu. Po jednej wyzwoleńcza armia pod wodzą bohatera Paula Kagamego, pod drugiej tysiące bandytów, którzy do dziś nie chcą przyznać się do winy. Łamie się historia Rwandy jako afrykańskiej powtórki z Holokaustu, metafizycznego upadku rodzaju ludzkiego albo starcia dzikich, u których plemienne instynkty wzięły górę.
Czy mam wierzyć tym ludziom? Może łzy w ich oczach, trzęsące się dłonie, gdy mówią, chwile milczenia na zebranie z trudem myśli, to tylko taka gra na potrzeby białego dziennikarza, który i tak nie rozumie, o co chodzi?
Nie wiem. Reporter staje zwykle po jednej ze stron już na początku opowieści i  to z różnych, czasem najbardziej banalnych  powodów: jedni wzbudzają sympatię inni nie, jednych lubię, od  innych mnie odrzuca.
Wizyta w Centrum Pamięci o Ludobójstwie w Kigali, konfrontacja z obrazami tysięcy ludzi okrutnie mordowanych przez Hutu sprawia, że pytania o zbrodnie dokonane przez Tutsi wydają się przejawem skrajnego braku wrażliwości.
A jednak te drugie zbrodnie też miały miejsce. Jedna rzeź nie usprawiedliwia drugiej, jedna śmierć nie unieważnia innej. Lojalność wobec jednej ofiary nie może oznaczać lekceważenia innej. Trzeba jednak zburzyć bardzo spójną, satysfakcjonującą moralnie i w gruncie rzeczy banalną historię o tym, jak źli ludzie zindoktrynowali 80 procent narodu, a potem diabeł wstąpił w Hutusów i kazał im wybić milion Tutsich.  Zachodni filmowcy i pisarze ubrali tę historię w barwne obrazy – proste i czytelne bez zbytnich komplikacji. Liczy się ukazanie horroru, pytania dlaczego do niego doszło i jakie były jego różne oblicza, są zbyt skomplikowane. Zło ma być czyste i banalne – dokładnie jak u Eichmanna. Inaczej nic z niego nie zrozumiemy" .
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA