fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Rozmowa z Bobbym McFerrinem o solowych występach

Bobby McFerrin
Fotorzepa, Mateusz Dąbrowski md Mateusz Dąbrowski
- Myślę, że Bóg miał wobec mnie swój plan, ale zajęło mu 27 lat, by przekonać mnie do tego - z Bobbym McFerrinem rozmawia Marek Dusza
Rz: Jak przygotowuje się pan do solowych występów?
Bobby McFerrin: Przed wyjściem na scenę muszę trochę pośpiewać, żeby rozgrzać struny głosowe.
Kiedy spotkał się pan z dziennikarzami rok temu przed koncertem w Warszawie z programem chopinowskim, śpiewał pan nawet na konferencji prasowej.
Wykorzystuję każdy moment. Jadąc na koncert śpiewam kierowcy, potem w garderobie, ale to tylko wprawki.
Czy przygotowuje pan nowe kompozycje na takie występy?
Nie, ponieważ są to koncerty całkowicie improwizowane. Czasem proszę organizatorów o zaproszenie lokalnych zespołów, z którymi mogę występować. Wtedy mam dodatkowe inspiracje, za każdym razem inne.
Jak doszedł pan do tak oryginalnej techniki śpiewania?
Kiedy już zdecydowałem się  mu poświęcić spędzałem wiele godzin dziennie na próbach. Potrafiłem wyobrazić sobie siebie na scenie, ale nie wiedziałem, czy potrafię na półtorej godziny skupić uwagę publiczności. W pokoju włączałem magnetofon i improwizowałem. Potem słuchałem nagrania i stawiałem się w roli surowego słuchacza. Jeśli uznałem jakiś fragment za interesujący, rozbudowywałem go, określałem kierunki, w jakich powinna pójść improwizacja na scenie. W ten sposób odkrywałem możliwości swojego głosu. Dzięki ćwiczeniom, mogłem śpiewać coraz dłużej.
Czy wzorował się pan na innych wokalistach?
Nie, ale byłem pod wpływem instrumentalistów, szczególnie Keitha Jarretta i jego koncertów solowych.
To zaskakujące, co w szczególności pana inspirowało?
Jestem również pianistą, więc fascynuje mnie jego technika gry, a także koncepcja swobodnej improwizacji bez wykorzystywania przygotowanych kompozycji.
Trzeba podkreślić, że solowy „Köln Concert" Jarretta jest jazzowym bestsellerem wszech czasów, a pana występy przyciągają komplety publiczności. To zaprzeczenie tezy, że lubimy słuchać tego, co już znamy.
Koncerty całkowicie improwizowane są wielkim wyzwaniem dla słuchaczy, pozwalają im odkryć coś nowego, wziąć udział w muzycznym eksperymencie, którego są częścią nie mniej ważną niż wykonawca. Obie strony muszą być podatne na fluidy przepływające pomiędzy nimi. Doświadczam tego na każdym koncercie, choć nie zawsze publiczność reaguje od razu. Muszę mieć cierpliwość i przekonać ją do tego co i jak śpiewam śpiewam. A wtedy pójdzie za mną. Improwizacja to ciągłe poszukiwanie: melodii, harmonii i rytmu, a także najlepszej dla nich formy. To zupełnie inna sytuacja, niż występ z zespołem, który ma przygotowany repertuar, a jedynym zadaniem muzyków jest urozmaicenie go improwizacjami.
Oprócz występów solowych ma pan inne plany koncertowe?
Właśnie skończyłem tournée z wokalistami, z którymi nagrałem album „Vocabulary". To było poważne przedsięwzięcie zważywszy rozmiar produkcji, liczbę śpiewaków na scenie, rozbudowane aranżacje i dużą dozę improwizacji.
Jak zaczęła się pana kariera wokalisty?
Przez pierwsze 27 lat życia mieszkałem w domu pełnym śpiewaków, ale wcale nie myślałem o sobie jako o przyszłym wokaliście. Moi rodzice śpiewali, później dołączyła do nich moja siostra. Chciałem być kompozytorem i pianistą. Marzyłem o pisaniu muzyki do filmów w Hollywood. Myślę, że Bóg miał wobec mnie swój plan, ale zajęło mu 27 lat by  przekonać mnie do tego.
Nie od razu śpiewał pan a cappella.
Zacząłem od występów z zespołem. Pierwszy album nagrałem z różnymi muzykami. Na koncertach miałem partie solowe, naśladowałem np. solówki instrumentów. Pierwsza solowa trasa koncertowa odbyła się w Europie w 1983 r. Pamiętam, że miałem występować z akompaniamentem tria fortepianowego, ale tuż przed wyjazdem byłem gotów zaryzykować śpiewanie solo. Zadzwoniłem do managera trasy z informacją, że jednak chcę zmienić warunki. Zaufał mi, choć wymagało to odwagi również od organizatorów. Nikt wcześniej tego nie robił. Nie wszystkim się to spodobało i trzytygodniowe tournée skróciło się do dziesięciu dni. Później ukazał się album „The Voice".
Wszyscy chcieliby wiedzieć, jak powstał pana przebój „Don't Worry Be Happy".
Pracowałem w studio nad albumem „Simple Pleasures". Napisanie muzyki, słów i nagranie tej piosenki zajęło mi półtorej godziny.
Spodziewał się pan takiej popularności?
Absolutnie nie, nie jestem autorem przebojów. To był przypadek.
Kiedy improwizując na koncercie znajdzie pan jakąś melodię, czy zapisuje ją pan później?
Po występie wszystko zapominam.
Rozmawiał Marek Dusza
 
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA