fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Taniec

Opera Narodowa: Trzy razy Święto wiosny jednego wieczoru

ROL
Genialnym „Świętem wiosny” zrekonstruowanym w Operze Narodowej spłacamy nasz dług wobec legendarnego tancerza
Ta premiera jest symbolicznym powrotem artysty, którego zawłaszczyli sobie Rosjanie za aprobatą świata. To prawda, że Wacław Niżyński urodził się w Kijowie, uczył się w Petersburgu, tam debiutował w carskim teatrze, a największe sukcesy odnosił w Baletach Rosyjskich Diagilewa. Jednak czuł się Polakiem.
Nam brakowało zaś chęci, by się starać o odzyskanie kogoś, po kim została jedynie legenda i trochę fotografii. Nawet gdy ćwierć wieku temu brytyjsko-amerykański duet Millicent Hodson i Kenneth Archer zrekonstruował jego słynne „Święto wiosny", baletu nie wystawiono w Polsce.
Doprowadził do tego Krzysztof Pastor i oto choreografia Niżyńskiego, która w 1913 r. zbulwersowała Paryż, doczekała się premiery w Warszawie. Sto lat to w sztuce kilka epok i rewolucji, ale  dziś jesteśmy w stanie w pełni ocenić geniusz Niżyńskiego.
Niżyński przewidział drogę, którą podąży balet w XX wieku
Igor Strawiński dał mu w „Święcie wiosny" muzykę pełną dysonansów i gwałtownych rytmów, odpychającą i zmysłową zarazem. A on wykreował pierwotny obrzęd, całkowicie zrywając z ówczesnymi kanonami tańca. W intuicyjny sposób przewidział drogę, którą podąży balet w XX wieku. Wymyślił krok z pięty, zastosował charakterystyczne skrzywienie sylwetek, a każdemu na scenie przypisał oddzielne zadania.
Kiedy dziś oglądamy to „Święto wiosny", odnajdujemy w nim pomysły wielu późniejszych choreograficznych sław. Utwierdza nas w tym przekonaniu inne „Święto wiosny" złączone z choreografią Niżyńskiego w jednym wieczorze. Zrealizował je w 1959 r. Maurice Béjart.
Jego balet także wywołał burzę. Ta choreografia będąca apoteozą nieskrępowanej, zmysłowej miłości zapowiadała rewolucję obyczajową lat 60. Ale Béjart oddał w niej hołd wielkiemu poprzednikowi, wprowadzając wręcz cytat z „Popołudnia fauna" Niżyńskiego.
Balet Béjarta zachwyca nadal karkołomnie trudną, a plastycznie piękną choreografią scen zbiorowych, witalnością mężczyzn, delikatnością tancerek. W warszawskiej premierze ta choreografia jest kulminacją wieczoru, gdyż Polski Balet Narodowy przygotował ją perfekcyjnie, a ozdobą są solowe role Anny Lorenc i Maksima Wojtiula. U Niżyńskiego razi niedopracowanie scen zespołowych, w pamięci pozostaje Magdalena Ciechowicz (Wybrana).
W programie do spektaklu wyliczono wszystkie sceniczne realizacje „Święta wiosny" od 1913 r., im bliżej naszych czasów, tym ich więcej. Pół wieku po Béjarcie przyszłaby więc pora na kolejne rewolucyjne dzieło. Nie da się tego jednak powiedzieć o choreografii Emanuela Gata uzupełniającej wieczór Polskiego Baletu Narodowego.
Izraelsko-francuski artysta zrealizował w 2004 r. spektakl dla piątki tancerzy, a chropawe brzmienia Strawińskiego zderzył z miękkim tańcem salsy. Dyrygujący czujnie  Łukasz Borowicz starał się więc znaleźć równowagę między tymi muzycznymi światami.
Pomysł Gata zaciekawia przez chwilę, na resztę zabrakło konceptu, bo też większość choreografów nowej generacji to twórcy jedynie krótkich form.
 
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA