fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Maniacy rakiet

First Class
We wtorek szalejesz z rakietą tenisową, w środę umawiasz się na badmintona, piątek rezerwujesz na ping-ponga, a sobotę na squasha. Wytrenowany w każdej dyscyplinie? To dobrze. Teraz możesz rozegrać mecz racketlona.
Siłownia? Zbyt nuda i monotonna. Aerobik? Daje wycisk, ale nie taki, jakiego średnio wysportowany człowiek by oczekiwał. To może tenis ziemny, squash, ping-pong lub badminton? Trudno zdecydować? Zatem wszystko naraz. Takie możliwości daje racketlon. Łączy tenis stołowy, badminton, squash i tenis ziemny. Zasady są proste. Zawodnicy rozgrywają mecz w czterech setach: pierwszy to ping-pong, drugi – badminton, trzeci – squash, a na koniec tenis (kolejność zawsze jest taka sama). Każda rozegrana piłka (lotka) liczy się jako punkt. Nie ma dyscypliny ważniejszej lub mniej ważnej – każdy zdobyty punkt ma taką samą wartość. Wygrywa ten, kto zyskał ich najwięcej.
– Nie można odpuścić nawet na chwilę, wygrać dwóch setów i – jak w innych sportach – mieć zwycięstwo w kieszeni – mówi Dariusz Dąbrowski, organizator zawodów racketlonowych.
Jak to możliwe? Przy założeniu, że w pierwszym secie zawodnik wygrał z przeciwnikiem do zera, a w kolejnych przegrał o włos (np. 19 do 21), w sumie uzyskuje przewagę punktową.
– W grze, w której każda zagrywka może być decydująca, nie można przystopować nawet na chwilę. I to jest niesamowite w tej dyscyplinie – dodaje Dąbrowski.
Zasady są proste, nieskomplikowane, ale sama gra wymaga nie lada kondycji fizycznej i umiejętności radzenia sobie aż z czterema rodzajami rakiet.
Czwórbój rakietowy wymyślili Finowie w latach 80. ubiegłego stulecia, ale to dopiero Szwedzi wprowadzili zasady, które po niewielkich zmianach obowiązują do dziś. Na razie są w tej dziedzinie niekwestionowanymi liderami, choć zawodnicy z innych krajów depczą im po piętach. Bo racketlon dosyć szybko zawojował serca miłośników sportów rakietowych na całym świecie. Dziś oprócz Skandynawów grają w niego m.in. Anglicy, Szkoci, Niemcy, Amerykanie, Kanadyjczycy, ostatnio zaczęli nawet Chińczycy. I, oczywiście, Polacy, którzy odnoszą na tym polu spore sukcesy. Tymczasem pierwsze rozgrywki racketlonowe odbyły się u nas całkiem niedawno, bo dopiero w 2004 r. Od tego czasu nasi zawodnicy rok w rok kładą na łopatki zagraniczną konkurencję i przywożą z mistrzostw medale.
Dla większości Polaków hasło racketlon to wciąż jednak czarna magia.  Dyscyplina jest mało popularna, choć z roku na rok zyskuje zagorzałych zwolenników. Są wśród nich ludzie, którzy szukają nowych rodzajów aktywności, znudzeni uprawianiem tego samego sportu od lat, albo lubią pograć nie tylko w tenisa i squasha, ale też w badmintona i ping-ponga. Racketlon spełnia ich oczekiwania: jest różnorodny, daje wycisk i przynależność do elitarnego środowiska maniaków rakiet różnej wielkości i wagi. Minusem jest konieczność poświęcenia dużo czasu na treningi. Dlatego w środowisku racketlonistów przeważają menadżerowie wyższego szczebla, prezesi spółek, firm i studenci.
– Jeśli chcesz odnosić sukcesy na tym polu, to systematyczny trening jest konieczny – mówi Radosław Łopata, główny księgowy z Kętrzyna i pasjonat racketlonu.
W zawodach racketlonowych uczestniczy od czterech lat. Dziś zajmuje dziewiąte miejsce wśród najlepszych polskich racketlonistów.
– Muszę jednak przyznać, że nie zawsze znajduję czas na porządny trening. Powinienem robić cztery treningi w tygodniu, a nie zawsze obowiązki zawodowe na to pozwalają – dodaje.
Kto ma szansę na zostanie niezłym racketlonistą? Każdy, kto potrafi trzymać w ręce cztery rodzaje rakiet i potrafi nimi zagrać. Nie trzeba być mistrzem w każdej z dyscyplin. Zdania są jednak podzielone w sprawie oceny, kto ma większe szanse na uzyskanie w tym sporcie lepszych wyników. Jedni twierdzą, że lepiej być mistrzem w jednej dziedzinie (a najlepiej w dwóch) i szkolić się w pozostałych. Zdaniem innych największe sukcesy w racketlonie odnoszą ci, którzy dobrze sprawdzają się (choć nie na najwyższym, zawodowym poziomie) we wszystkich dyscyplinach.
– Mistrzowie jednej dyscypliny nie zawsze odnoszą na tym polu największe sukcesy – mówi Dariusz Dąbrowski.
I podaje przykład świetnej tenisistki Magdaleny Grzybowskiej, która w racketlonie nie dała rady utrzymać mistrzowskiego poziomu.
– Za to przez lata najlepszym zawodnikiem był zawodowy... hokeista – dodaje Dąbrowski.
Gdzie można grać? Największe pole do popisu mają mieszkańcy dużych miast.
– Niestety, w Polsce nie mamy obiektów sportowych, które z założenia byłyby dostosowane do rozgrywania meczy racketlonowych – mówi Dariusz Dąbrowski. – Jest jednak kilka ośrodków, w których znajdziemy kort do tenisa, boisko do badmintona, klatkę do squasha i stół pingpongowy. Jest ich niewiele, choć coraz większa popularność tej dyscypliny powoduje, że inwestorzy budujący obiekty sportowe uwzględniają w planach budowlanych także racketlon.
Na razie pod jednym dachem możemy grać w Centrum Tenisowym Arena w Poznaniu, Cascadzie w Krakowie, klubie Sportwerk we Wrocławiu, Stacji Nowa Gdynia w Zgierzu koło Łodzi, w klubach: Taun Club w Piasecznie i Matchpoint w Ślęzy. Musimy się jednak liczyć z tym, że przerwę między setami poświęcimy na zmianę kortu lub boiska, które nie zawsze są umieszczone w bliskim sąsiedztwie. Nie ma wątpliwości, że brak infrastruktury wpływa na niewielką popularność dyscypliny. Wśród racketlonistów trudno znaleźć osoby, które nie łączą hobby z udziałem w zawodach. Wielu tylko tam ma możliwość zmierzenia się z przeciwnikiem i sprawdzenia umiejętności.
Na szczęście przynajmniej z treningami nie ma problemów. Stoły do tenisa stołowego znajdziemy prawie w każdym ośrodku sportowym i klubie, z kortami tenisowymi czy boiskami do badmintona też nie ma większych problemów. Klatek do squasha jest może niewiele, ale ze względu na rosnącą popularność tej dyscypliny nie są poza zasięgiem mieszkańców większych miast. Godzina gry, w zależności od tego, w co chcemy grać, kosztuje od 10 do 70 zł. Do tego musimy zainwestować w cztery rakiety. Koszt nabycia paletki do tenisa stołowego waha się w granicach od kilkunastu do około 200 zł. Rakietę do badmintona kupimy w cenie od 50 zł nawet do 600 zł, a do squasha – od 150 do 700 zł (przydadzą się też okulary ochronne – około 100 zł/szt.). Rakiety do tenisa to wydatek nawet do 1000 zł. Do tego lotki i trzy rodzaje piłek. Warto też nabyć dobre buty. Wystarczą te do sportów halowych – koszt, w zależności od marki i technologii, w jakiej zostały wykonane, od 100 do kilkuset złotych. Jeszcze tylko musimy znaleźć innego entuzjastę rakiet.  Albo trzech, bo w tym sporcie możliwa jest również gra w debla.
Co daje racketlon? Przede wszystkim nie pozwala popaść w monotonię, co w przypadku osób ceniących dynamiczne sporty jest nie do przecenienia. Gwarantuje niezłą zabawę, stwarza pole do rywalizacji, poprawia kondycję, daje „wycisk", pomaga spalić zbędne kalorie.
– W każdym secie pracują inne partie mięśni, intensywnie działa też umysł, bo podczas każdej z dyscyplin stosuje się różną taktykę gry – mówi Dariusz Dąbrowski. – Ten sport wymaga elastyczności i niezłej kondycji fizycznej – dodaje.
Uprawiając jeden sport, czerpiemy korzyści aż z czterech dyscyplin. Regularna gra w tenisa stołowego nie tylko zwiększa wydajność organizmu, dotlenia i wyrabia koordynację ruchów. Zdaniem amerykańskiego psychiatry Daniela Amena wodzenie oczami za piłką do ping-ponga, kombinowanie, jak ją podkręcić, planowanie kolejnych ruchów mających zaskoczyć przeciwnika, angażuje różne obszary mózgu w tym samym czasie. Do tego podczas godzinnej gry spalamy średnio 280 kcal. Badminton z kolei wyrabia zwinność. Według badań naukowców podczas meczu lotka może śmigać z prędkością nawet do 320 km/h, a najlepsi zawodnicy wykonują odbicie rakietką co sekundę. Co sekundę muszą więc podejmować strategiczne decyzje. W godzinę spalają około 400 kcal.
Do tenisa z kolei potrzeba najwięcej siły. Na bez kozery się mówi, że to właśnie tenisiści osiągają najwyższe parametry zdrowotne. Gra w tenisa bywa elementem rehabilitacji dla osób cierpiących na chorobę niedokrwienną serca, reguluje ciśnienie krwi, zmniejsza ryzyko zapadnięcia na cukrzycę, zwiększa pojemność płuc, przeciwdziała chorobom krążenia. Squash z kolei ma tę zaletę, że możemy go trenować w pojedynkę (choć w towarzystwie na pewno jest przyjemniej). Jest wymarzoną dyscypliną dla kobiet – nie wymaga tyle siły co tenis, idealnie modeluje sylwetkę. Tu, w przeciwieństwie do tenisa, bardziej niż siła liczy się szybkość i zwinność. Wyrabiamy pośladki, uda, łydki, mięśnie ramion, pleców i brzucha. Godzinny trening zastąpi zajęcia z areobiku, fitnessu i ćwiczenia na siłowni. Intensywna pogoń za piłką pozwala spalić nawet 600 kcal.
– Racketlon to wyzwanie dla osób wszechstronnych, które szukają różnorodności i potrafią przełamywać schematy – podkreśla Dariusz Dąbrowski.
Niektórzy traktują ten sport jak dobrą zabawę, w której można pokonać dobrego zawodnika, nierzadko nawet mistrza. Tym bardziej że w tym środowisku nie brakuje zawodowych sportowców.
– Muszę uczciwie przyznać, że wygranie meczu z zawodowym tenisistą to naprawdę fajna sprawa – śmieje się Radosław Łopata.
Bez względu jednak na to, jakimi motywami kierują się gracze, warto spróbować własnych sił w czwórboju rakietowym.
Źródło: First Class
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA