fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Tyrmand o Warszawie

 
Liczący 159 stron tom wydawnictwa MG zawiera 24 felietony i eseje ogłaszane w latach 1947 – 1951 na łamach „Przekroju", „Stolicy" i „Tygodnika Powszechnego" (jedynie ostatni tekst pochodzi z 1956 roku) zebrane teraz po raz pierwszy w postaci książki. Tyrmand pisywał w tamtych latach o jazzie, sporcie i teatrach warszawskich. Tu mamy wyłącznie teksty dotyczące odbudowy Warszawy, jej architektury. Tyrmand pozostający w naszej pamięci jako zdecydowany antykomunista w tym jednym punkcie uczestniczy w powszechnym rozejmie społeczeństwa i władz.
W utworach fabularnych, a potem w „Dzienniku 54" jest z reguły ironiczny. Pisząc o Warszawie, objawia entuzjazm, staje się liryczny. Jego trwające zaledwie rok (1938 – 1939) studia architektoniczne w Paryżu owocują umiejętnością opisu i oceny budynków. Po lekturze szkicu „Atakuję Nowy Świat", gdzie zasadnicza aprobata odtworzenia tej tak ważnej dla warszawiaków ulicy łączy się z wytknięciem paru przykrych omyłek, odczułem potrzebę spaceru z książką w ręku. I rzeczywiście: dom Pod Lwem – na północnym rogu Ordynackiej (Nowy Świat 60) – „różni się od swego otoczenia. Ma taką samą wysokość i niby tak samo wygląda, a wydaje się, że jest to wielki, nowoczesny gmach, spłaszczony na siłę do rozmiaru sąsiednich kamieniczek... Rzecz polega na tym, że ten dom jest stylizacją, podczas gdy sąsiednie są mniej lub więcej wiernymi rekonstrukcjami".
Podobnie „z zakłopotaniem podniosłem głowę na rogu Chmielnej (Nowy Świat 31) i przyznałem, że nr 21 zbyt kontrastuje w swej skromności z sąsiednią i bogatą elewacją dawnego pałacu Kossakowskich".
Tyrmand, w tamtym okresie zajmujący osiem metrów na ostatnim piętrze gmachu YMCA, Konopnickiej 6, z dostępem do przyzwoitej łazienki w korytarzu, niemogący nawet marzyć o samochodzie, odbywa długie spacery po mieście. Zachował pamięć wielu miejsc sprzed wojny, porównuje z tym, co ma przed oczami.
W 1949 roku wyrzucony z „Przekroju" (i Związku Zawodowego Dziennikarzy RP) za felieton o warszawskim meczu bokserskim Polska – ZSRR, którego nie oglądał. Znając wynik z prasy, nieopatrznie dodał w zakończeniu zdanie: „Zachowanie publiczności wzorowe, godne naśladowania", gdy w rzeczywistości publika wygwizdała wynik. W roku 1950 mógł jeszcze pisywać w „Stolicy". Od 1951 pozostał mu już tylko „Tygodnik Powszechny". Współpraca z „Tygodnikiem" zbiega się z zadekretowaniem realizmu socjalistycznego w architekturze. On nigdy nie użyje tego terminu. Jedynie opisuje nowe: „Przy ulicy Chałubińskiego wyrósł smukły i prosty wieżowiec ministerstwa komunikacji. Czternaście pięter rytmicznie pędzi w górę, cieszy oko swą zręcznością, celową nowoczesności. Okazało się jednak, że czegoś mu brak... Postawiono na dachu, wysoko nad Warszawą, rodzaj sztachety z pozłacanej blachy, strojnej w złoto-blaszane kule. Wszystko razem wyglądało jak klomb w małomiasteczkowym ogródku, klomb zdobny w stożki z malowanego drzewa i kule z kolorowego szkła. Albo lepiej – jak ciastko, jak duże czterdziestopiętrowe ciastko. Termin „architektura ciastkowa" jest paradoksalny, ale tylko pozornie. Przy głębszej analizie zawiera w sobie treści niepokojące... co cechuje wyraz plastyczny, formalny ciastka. Przede wszystkim sztuczność, zupełna, doskonała sztuczność". To Tyrmand w roku 1951. Cztery lata później lud warszawski będzie mawiał o najwyższym budynku w mieście: „Koszmarny sen pijanego cukiernika".
W październiku 1951 L. T., podpisujący się jako Jan Andrzej, zachwyci się wystawą sztuki chińskiej: „Tak pojęta sztuka nie służy niczemu innemu jak uszlachetnieniu dusz ludzkich poprzez zupełnie bezosobowe, adydaktyczne piękno". Jakże zręcznie wykorzystał pretekst, by wyrazić stanowczy sprzeciw wobec obowiązującej doktryny.
Chodząc po mieście, autor dostrzegał nie tylko budynki, lecz także przechodniów: „Nie podoba mi się nowa moda. Po ulicach warszawskich snuje się mnóstwo młodych ludzi w tak zwanych dresach. Dres jest to rodzaj kostiumu, używanego w sporcie, do treningu lub dla ochrony przed zimnem w czasie oczekiwania na start... Zrobiony jest najczęściej z grubej bawełny, utrzymany w kolorze danego klubu i opatrzony jego emblematem. Szanujący się sportowiec i zawodnik używa dresu tylko wyłącznie do przejścia z szatni na boisko, do treningu w czasie chłodu lub przypatrując się zawodom przed własnym startem... w grę wchodzi jedna z najistotniejszych konwencji cywilizacji współczesnej". Jakże aktualnie brzmią dziś te uwagi konserwatysty sprzed 60 lat.
W drugiej połowie roku 1952, w ostatnich miesiącach istnienia pierwszego „Tygodnika" przeczytałem z zachwytem – świeżo upieczony maturzysta – wielki esej Tyrmanda poświęcony architekturze MDM z Placem Konstytucji. Autor wyszydzał fałszywy monumentalizm, zauważając szczegół. Na wysokim piętrze tuż pod kapitelem imponującej kolumny ktoś wywiesił za oknem indyka. (Wówczas łatwiej było mieć mieszkanie niż elektryczną lodówkę). Przez dziesięciolecia sądziłem, że rzecz ta powinna znaleźć się w każdej antologii polskiego eseju. Gdy wreszcie przeczytałem ją na nowo, ręce mi opadły. Najwyraźniej po to, by można było to wydrukować, trzeba było obudować istotne spostrzeżenie tyloma pochwałami gigantycznej inwestycji, że całość jest dziś nie do zestawienia z Jerzym Stempowskim. Może jednak w obecnym tomie powinna się znaleźć?
Jednym z warszawskich miejsc szczególnie cenionych przez Tyrmanda był kościół św. Anny. Oczyszczona w rezultacie wojny z mariensztackich slumsów absyda św. Anny wydała mu się obiektem predystynowanym do symbolizowania Warszawy, tak jak
Notre Dame Paryża. Zatem właśnie św. Anna powinna zdobić okładkę „Tyrmanda warszawskiego". Tymczasem figuruje na niej Pałac Kultury, budowla, na temat której w szkicu z 1956 roku nie ma jednego słowa. Czy pani Elżbieta Chojna, autorka okładki, czytała zawartość tomu?
Leopold Tyrmand „Tyrmand warszawski", Wydawnictwo MG, Warszawa 2011
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA