fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Białoruś na krawędzi

PAP/EPA
Iwona Trusewicz
Dwa lata temu białoruski prezydent się chwalił, że w świecie ogarniętym kryzysem jego kraj kwitnie. Dziś świat o kryzysie powoli zapomina, a Białoruś się w nim pogrąża
Korespondencja z Mińska
Masz walutę? – takie pierwsze pytanie stawiają na Białorusi przyjezdnym z zagranicy. Nie pytają o pracę czy życie prywatne, tylko o pieniądze. Dziś wszystko w Mińsku kręci się wokół walut.
Przed kantorem koło hipermarketu Bigzz na przedmieściach ludzie zaczynają się zbierać już w nocy. Ok. 5 rano już stoją ze składanymi krzesełkami i wodą. Ich dzieci śpią w samochodach. Ale nie dlatego, że nie ma z kim ich zostawić. Po prostu kantor sprzedaje jednej osobie ograniczoną ilość walut – ok. 300 euro. Więc w tym przypadku przyda się nawet najmłodszy członek rodziny.
Oczywiście ten plan się powiedzie, jeżeli w kantorze będzie waluta. Ale często się okazuje, że znów dewiz nie ma i trzeba czekać, aż ktoś będzie chciał się ich pozbyć. A dziś ludzie niechętnie się rozstają ze swoimi skarbami...

***

Jeśli Białorusini oszczędzają pieniądze, to właśnie w dolarach. Wolą kupować światowy pieniądz, bo nie ufają swojemu. Miejscowy rubel zwany zajączkiem został już w 2009 r. zdewaluowany o ponad 20 proc., pod naciskiem MFW. W maju bank centralny zdewaluował zajączka o 56 proc.. To i tak nie odpowiada sytuacji na rynku, gdzie rubel stracił do dolara już ponad 100 proc.
Zapobiegliwi i zaprawieni w kryzysowych sytuacjach Białorusini od początku roku wykupili więc z rynku waluty na ponad 768 mln dol. (połowa tego co w całym 2010 r.). Kiedy zabrakło walut, rzucili się na złoto oferowane przez bank centralny. Zanim ten zastopował sprzedaż, zdążyli skupić 680,4 kg. Potem przyszła kolej na srebro (1045,5 kg) i brylanty.
Teraz jeżeli ktoś sprzedaje komuś auto czy laptop, żąda płatności tylko w dolarach lub euro. Te waluty przydają się też, gdy ktoś zamierza spędzić wakacje za granicą. Także w Polsce.
Dlatego wróciła znana w czasach komunizmu profesja – stacz kolejkowy. Studenci, bezrobotni, młode matki spędzają całe dnie przed kantorami. 24 maja w kolejce do kantoru koło hipermarketu Prostore stało 200 osób. Codziennie sprawdzana jest lista kolejkowa i odczytywane nazwiska. Kto się nie zgłosi, traci miejsce.

***

– Nie mogę tu mieszkać! – pisze przez Skype'a 30-letnia dziewczyna, zastępca dyrektora jednej z prywatnych firm.
– Boję się jutra. Wczoraj kupiłam paczkę kawy za 80 tys. rubli. Wcześniej kosztowała 10 tys. Środki higieniczne, szampon i papier toaletowy kosztują pięć razy więcej niż miesiąc temu, a wszyscy się boją, że jutro po prostu nie będzie ich w sklepach! Ludzie wykupują nawet sól.
Pod koniec maja kapusta w sklepie kosztowała do 16 tys. rubli (9 zł), białoruskie jabłka do 13 tys. rubli (8 zł za kg), ryż 9 tys. rubli (6 zł) za opakowanie 800 g, proszek do prania (3 kg) – 80 tys. rubli (50 zł). A i tak są to już ceny po dewaluacji.
Jeszcze niedawno maksymalny wzrost cen regulował rząd. Od stycznia większość uwolniono. Nie zmienione pozostały tylko na żywność z rządowej listy. W dzień dewaluacji benzyna zdrożała więc o 30 proc., a wódka została w tej samej cenie (równowartości ok. 2,5 l benzyny).
Dlatego w ostatni dzień maja rząd zamroził ceny podstawowych produktów. Kazał też cudzoziemcom płacić za paliwo na stacjach w walucie.
W maju średnia płaca oficjalnie podniosła się w Mińsku o 19 proc. (sięga 2 mln rubli – czyli ok. 1100 zł). Ale w rejonie Brześcia ludzie dostają przeciętnie równowartość 750 zł. Wystarczy to na 30 kg kiełbasy lub na jedną parę butów i sukienkę.
Białoruskie władze zawsze chwaliły się wysokością emerytur. Były pułkownik na emeryturze dostawał ok. 1200 zł miesięcznie. Emeryci mogli kupić ze zniżką owoce i leki. Jednak kolejna dewaluacja mocno uderzyła po portfelach.

***

Władze obiecują więc indeksację płac dla wszystkich pracowników strefy budżetowej. Andrzej Tur, zastępca ministra gospodarki, powiedział w rozmowie z dziennikarzem agencji Belta, że na pomoc socjalną planuje się skierować ok. 400 mln dol. Jednak żadne konkretne decyzje za tym nie poszły.
Strach padł nie tylko na emerytów, ale i młode matki. Na Białorusi urlop macierzyński trwa trzy lata. Co miesiąc młode mamy dostają pieniądze na dzieci (do trzeciego roku życia). Jednak dziś wystarczy ich zaledwie na dwa opakowania pampersów...
Zatrudniająca je firma nie może wprawdzie zwolnić urlopowanej matki, no chyba, że w tym czasie sama zbankrutuje. A wiele zakładów stoi, bo nie ma waluty na import surowców do produkcji. Ok. 600 tys. Białorusinów zawiesiło lub zlikwidowało swoje firmy.
Wszechobecna jest kontrola przepływu informacji. „Proszę paszport"
– zamiast „dzień dobry" – usłyszą ci, którzy zajrzą do jakiejkolwiek kawiarenki internetowej na Białorusi. Zgodnie z prawem internauci, zanim zaczną korzystać z sieci, muszą okazać dokument i wpisać na listę swoje dane.
Poza tym we wszystkich firmach państwowych (a stanowią na Białorusi większość) strony internetowe, które są traktowane jako opozycyjne, zostały zakazane. Oglądać je można tylko w domu. Informacje o tym, z jakich stron, kiedy i w jakiej ilości ściągają internauci, fachowcy od Internetu przesyłają policji.
Rząd nakazał likwidację dwóch opozycyjnych gazet – „Nasza Niwa" i „Narodna Wola", bo za dużo pisały o kryzysie. Bo kryzysu nie ma. Tak przynajmniej uważa obywatel Aleksander Łukaszenko.
– W czerwcu wszystkie problemy naszej gospodarki mają zostać rozwiązane. Na półkach sklepowych powinno być już wszystko co niezbędne – zapewnił na naradzie w końcu maja.
1 czerwca Białoruś oficjalnie poprosiła Międzynarodowy Fundusz Walutowy o kolejny kredyt wartości do 8 mld dol. Bo nie ma już pieniędzy ani na spłatę ogromnego zadłużenia, ani na bieżące wydatki.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA