fbTrack

Katastrofa smoleńska

Spory o krzyż, pomnik i pielgrzymkę

Obrońcy krzyża nie pozwalali go usunąć z Krakowskiego Przedmieścia
Fotorzepa, Danuta Matloch Danuta Matloch
Rok, który upłynął od katastrofy, był pełen konfliktów o to, jak upamiętniać jej ofiary. W tle pojawiała się walka polityczna i spory o miejsce religii w życiu publicznym
Najwięcej emocji wywołał konflikt o krzyż przed Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu. 15 kwietnia 2010 r. ustawili go tam harcerze. Został w tym miejscu po zakończeniu żałoby, a ludzie nadal przychodzili się pod niego modlić i zapalać znicze. Pojawiła się też na nim tabliczka głosząca, że ten krzyż to apel harcerzy i harcerek do władz i społeczeństwa o zbudowanie w tym miejscu pomnika.
Z czasem zaczęły pojawiać się pierwsze głosy, że krzyż musi zostać przeniesiony. W ten sposób wypowiadała się m.in. stołeczna konserwator zabytków Ewa Nekanda-Trepka. Jednak konflikt z całą mocą wybuchł po udzieleniu przez prezydenta elekta Bronisława Komorowskiego 10 lipca wywiadu dla „Gazety Wyborczej", w którym stwierdził, że „krzyż przed Pałacem Prezydenckim to symbol religijny, więc zostanie we współdziałaniu z władzami kościelnymi przeniesiony w inne, bardziej odpowiednie miejsce". W odpowiedzi politycy PiS stwierdzili, że to atak ze strony prezydenta na symbol religijny. Sprawa stała się przedmiotem politycznego sporu, a przed krzyżem zaczęli pojawiać się jego pierwsi obrońcy. 20 lipca wydawało się, że spór został rozwiązany. Zawarte zostało porozumienie między Kancelarią Prezydenta, Kurią Warszawską, Duszpasterstwem Akademickim, harcerzami z ZHR i ZHP. Zakładało ono, że krzyż zostanie przeniesiony w procesji z oprawa liturgiczną do pobliskiego kościoła św. Anny. Trafić miał do kaplicy loretańskiej, gdzie znajduje się pomnik katyński. Krzyż miał też być niesiony podczas jubileuszowej 30. Warszawskiej Akademickiej Pielgrzymki Metropolitalnej na Jasną Górę, której przesłanie brzmiało: „Przez Krzyż". W porozumieniu znalazł się też zapis, że ofiary katastrofy zostaną w tym miejscu godnie upamiętnione.
Jednak kiedy 3 sierpnia przed pałac udała się uroczysta procesja złożona z księży i harcerzy, by przenieść krzyż, napotkała na opór jego obrońców. Doszło do przepychanek i szarpaniny ze strażą miejską. Posypały się wyzwiska i obraźliwe okrzyki. Aby nie dopuścić do gorszących scen, księża zdecydowali o rezygnacji z przeniesienia krzyża. Od tej chwili przed krzyżem jego obrońcy czuwali dniem i nocą. Sytuacja wywołała ogólnopolską dyskusję na temat miejsca krzyża w polskim życiu publicznym. Pojawiły się ataki na Kościół i zarzuty, że zagrożona jest świeckość państwa. Na portalu Facebook rozpropagowano „Akcję krzyż" – 9 sierpnia przed Pałacem Prezydenckim zebrało się kilka tysięcy osób domagających się przeniesienia krzyża z tego miejsca. Następnego dnia na Krakowskim Przedmieściu odbył się pierwszy marsz pamięci o ofiarach katastrofy. Organizowały go środowiska związane z „Gazetą Polską". Po mszy św. w archikatedrze św. Jana tysiące ludzi przeszło z pochodniami pod krzyż. Na miejscu rozlegały się śpiewy, głośne modlitwy i okrzyki „chcemy prawdy!". W sporze o krzyż głos zabierali przedstawiciele wszystkich partii politycznych. Politycy PO i PiS oskarżali się wzajemnie o wywołanie konfliktu. Parlamentarzyści PiS zaapelowali 12 sierpnia do prezydenta Bronisława Komorowskiego, by przeciął „gorszący spór" ws. krzyża przed Pałacem Prezydenckim. Postulowali rozpisanie międzynarodowego konkursu na projekt pomnika upamiętniającego ofiary.

Kontrowersyjna tablica

Tego samego dnia na ścianie południowego skrzydła pałacu odsłonięto i poświęcono pamiątkową tablicę. Na prostokątnym szarym granicie znajduje się krzyż, a poniżej napis: „W tym miejscu w dniach żałoby po katastrofie smoleńskiej, w której 10 kwietnia 2010 roku zginęło 96 osób – wśród nich prezydent RP Lech Kaczyński z małżonką i były prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, obok krzyża postawionego przez harcerzy gromadzili się licznie Polacy zjednoczeni bólem i troską o losy państwa". Obrońcy krzyża przyjęli odsłonięcie tablicy z niezadowoleniem. Zapowiedzieli, że pozwolą przenieść krzyż, jeśli zapadnie decyzja o budowie pomnika przed pałacem. Kancelaria Prezydenta poinformowała, że w kaplicy Pałacu Prezydenckiego w niedługim czasie zostanie odsłonięta druga tablica – upamiętniająca parę prezydencką Marię i Lecha Kaczyńskich, tragicznie zmarłych pracowników Kancelarii Prezydenta oraz Biura Bezpieczeństwa Narodowego. W tym czasie dochodziło do częstych konfrontacji pomiędzy obrońcami krzyża a przychodzącą na Krakowskie Przedmieście młodzieżą. Głos w sprawie zabrał Kościół. Prezydium episkopatu zaapelowało o umożliwienie przeniesienia krzyża ustawionego przed Pałacem Prezydenckim do kościoła św. Anny. Sekretarz Konferencji Episkopatu Polski bp Stanisław Budzik przestrzegał, by kwestia krzyża nie była wykorzystywana jako „temat zastępczy" i „narzędzie do jakichkolwiek celów". Z kolei metropolita warszawski abp Kazimierz Nycz powiedział dziennikarzom, że krzyż nie może być „zakładnikiem". W oświadczeniu Prezydium KEP i metropolity warszawskiego napisano m.in., że „w wyniku nieprzemyślanych wypowiedzi i politycznie motywowanych działań miejsce zadumy i jedności Polaków stało się terenem gorszących manifestacji, wywołujących niepokój w całym kraju i zdumienie międzynarodowej opinii publicznej". Modlącym się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu zwrócono uwagę, że „w zaistniałej sytuacji stają się, mimo swej najlepszej woli, politycznym punktem przetargowym stron konfliktu". Nad ranem 14 sierpnia policja usunęła siłą sprzed krzyża nocujące i czuwające tam osoby. Zrobiła to na prośbę BOR z uwagi na zabezpieczenie pirotechniczne związane z obchodami święta Wojska Polskiego. Krzyż pozostał na miejscu, ale został ogrodzony barierkami. Od tej pory obrońcy krzyża nie zostali już pod niego dopuszczeni. W kolejnych dniach na Krakowskim Przedmieściu wielokrotnie dochodziło jeszcze do różnych incydentów. W końcu 16 września ok. godz. 8 rano krzyż zniknął sprzed Pałacu Prezydenckiego. Jak poinformował dziennikarzy szef Kancelarii Prezydenta Jacek Michałowski, został on przeniesiony do prezydenckiej kaplicy. Michałowski dodał, że docelowym miejscem dla krzyża jest kościół św. Anny – tak jak wynika to z umowy między prezydencką kancelarią, harcerzami i stroną kościelną. Mimo protestów obrońców krzyża nigdy już nie powrócił on na Krakowskie Przedmieście.

Gdzie postawić pomnik?

Równolegle do konfliktu o krzyż toczył się spór o to, czy i gdzie należy w Warszawie postawić pomnik upamiętniający ofiary katastrofy smoleńskiej. Obrońcy krzyża i politycy  PiS domagali się, by monument stanął w pobliżu pałacu. Budowę pomnika poparli także biskupi. 25 sierpnia zgromadzona na Jasnej Górze Rada Biskupów Diecezjalnych zaapelowała do władz, m.in. premiera, prezydenta, prezydent Warszawy i liderów partii, o powołanie komitetu, który zdecydowałby o sposobie i formie upamiętnienia w Warszawie ofiar katastrofy smoleńskiej. W przyjętym wspólnym komunikacie hierarchowie zaapelowali, by w „sporze politycznym, którego krzyż stał się »zakładnikiem«, oddzielić sprawę samego krzyża od słusznego postulatu upamiętnienia wszystkich ofiar smoleńskiej katastrofy godnym pomnikiem". Pojawiły się nawet konkretne projekty takich pomników. Jeden z nich, popierany przez część rodzin ofiar katastrofy oraz obrońców krzyża, zakładał budowę pomnika w kształcie wielu dłoni. Architekt Czesław Bielecki proponował prosty pęknięty blok czarnego granitu z napisem Smoleńsk 2010. Pojawiały się różne propozycje lokalizacji pomnika – w miejscu krzyża przed pałacem, przed kościołem sióstr Wizytek, a także przed kościołem seminaryjnym. Budowie pomnika na Krakowskim Przedmieściu zdecydowanie sprzeciwili się stołeczna konserwator zabytków oraz władze Warszawy. Politycy PO podkreślali, że nie ma potrzeby budowy kolejnego pomnika w stolicy, gdyż powstaje już jeden – na Powązkach Wojskowych, obok grobów niektórych ofiar katastrofy. Prezydent stolicy Hanna Gronkiewicz-Waltz powiedziała podczas sesji rady miasta, że o ewentualnym wzniesieniu pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej w Warszawie – innego niż ten, który powstaje na cmentarzu powązkowskim – powinni zdecydować sami warszawiacy. Dodała, że jeśli zostanie wybrana na kolejną kadencję, mieszkańcom miasta zostanie zadane takie pytanie w trakcie badania opinii publicznej „Barometr warszawski". Gdyby warszawiacy odpowiedzieli, że chcą takiego upamiętnienia, miasto miałoby wskazać miejsce na taki pomnik, jednak nie na Krakowskim Przedmieściu. Jak pokazał sondaż GfK Polonia dla „Rzeczpospolitej" zrealizowany pod koniec sierpnia, 63 proc. ankietowanych opowiada się za budową w Warszawie pomnika ku czci ofiar katastrofy smoleńskiej. Przeciwnego zdania jest 30 proc. badanych. Odpowiadający na pytania byli jednak podzieleni w kwestii tego, gdzie pomnik powinien stanąć. Zdaniem 34 proc. – przed Pałacem Prezydenckim. 38 proc. za najlepszą lokalizację uważa Powązki, a 24 proc. wybrałoby inne reprezentacyjne miejsce.

Wyjazd do Smoleńska

Emocje i podziały wśród rodzin ofiar tragedii wywołał też pomysł pielgrzymki do Smoleńska pół roku po tragedii. 9 września bliscy 28 ofiar katastrofy pod Smoleńskiem zwrócili się w liście otwartym do prezydentowej Anny Komorowskiej o pomoc w zorganizowaniu pielgrzymki do miejsca tragedii. Chcieli, by w pielgrzymce 10 października uczestniczyły rodziny wszystkich ofiar. Zaproponowali też, że mogliby zabrać ze sobą krzyż z Krakowskiego Przedmieścia, dla którego – jak zaznaczyli – „tak trudno znaleźć właściwe miejsce akceptowane przez wszystkich". To wywołało ostre protesty ze strony części rodzin. Ostatecznie wycofano się z pomysłu zabrania krzyża. W pielgrzymce do Smoleńska uczestniczyła tylko część rodzin ofiar. Towarzyszyła im pierwsza dama Anna Komorowska. W uroczystościach uczestniczyła też żona prezydenta Rosji Swietłana Miedwiediewa. 16 września około godz. 8 krzyż został zabrany sprzed Pałacu Prezydeckiego Inną formą upamiętnienia tragedii smoleńskiej, która wzbudziła kontorwersje, są marsze pamięci organizowane 10. każdego miesiąca w Warszawie przez kluby „Gazety Polskiej" i sympatyków PiS. Ich uczestnicy najpierw gromadzą się w archikatedrze św. Jana na mszy św. poświęconej wszystkim 96 ofiarom katastrofy, a później z zapalonymi pochodniami, flagami narodowymi i transparentami przechodzą pod Pałac Prezydencki. Pierwszy marsz pamięci odbył się 10 sierpnia. Najliczniejszy odbył się w październiku. Wówczas wzięło w nim udział kilka tysięcy osób. Uczestnicy idący na czele tamtego pochodu trzymali transparent: „To nie był zwykły wypadek". Zgromadzeni skandowali m.in.: „Zwyciężymy, zwyciężymy". Odśpiewano także hymn narodowy. Do zgromadzonych przemówił lider PiS Jarosław Kaczyński.  – Chcemy, by ten kraj był rzeczywiście nasz, by nikt nam nie narzucał obyczajów, by nikt nie ośmielał się uczynić tego, co czyniono w tym miejscu tak niedawno temu, by nikt nie ośmielił się znieważać krzyża, który jest znakiem naszej wiary i jest także związany z historią naszego narodu – mówił prezes PiS. Marsze mające podobny przebieg odbywają się co miesiąc i spotykają się z atakami ze strony polityków PO i części publicystów. Ich zdaniem PiS chce nimi „podpalić Polskę". – Jak widziałem tu, przed Pałacem, pochód z krzyżem, to myślałem: „Boże, zaczyna się rewolucja". Ta mobilizacja tłumów – to było groźne – mówił w wywiadzie dla „Wprost" znany historyk prof. Norman Davies. Jego zdaniem trafne jest porównywanie marszów z pochodniami idących Krakowskim Przedmieściem do nazistowskich marszów z lat 30.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL