fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Będzie tu pusto

Adam Małysz skoczył dla kibiców pomimo trudnych warunków, a potem dał im nadzieję, mówiąc: – Jeszcze o mnie usłyszycie
Fotorzepa, Jerzy Gumowski Jerzy Gumowski
Mistrz się pożegnał, skoków nie było, ale pogoda nie popsuła święta
Na pożegnanie mistrza z Wisły (od soboty także honorowego obywatela Zakopanego) przyjechały  tysiące  ludzi, których nie zniechęcił  powrót zimy. Z biletem na trybuny lub bez niego kibice chcieli zobaczyć  ostatni skok Adama Małysza.
Scenariusz imprezy, wywrócony do góry nogami przez opady gęstego śniegu, tworzył się sam. Tylko początek był w miarę przewidywalny. Pani Izabela Małyszowa i jej córka Karolina przeczytały ze sceny rymowany list do mistrza od zakopiańskiej kobiety symbolu, siostry Heleny Warszawskiej, 16 skoczków, którzy przyjęli zaproszenia na benefis, losowało odległości, które mieli uzyskać w dwóch kolejkach konkursu skoków do celu, a zespół Wilki śpiewał: „Lecę, bo chcę!".
Na scenie pojawili się dyrektor Pucharu Świata Walter Hofer, Andreas Goldberger i Sven Hannawald, pokazali nawet nagrody dla najlepszych w konkursie – metalowe tarcze z podobizną Małysza w środku, ale ze skakaniem w sobotni wieczór było trudno.
Organizatorzy ambitnie ruszyli z miotłami na rozbieg, długi czas oczekiwania na efekty ich wysiłków wypełniła zabawa w znanym zakopiańskim stylu: dużo muzyki, dużo trąb, dyrygowanie przez wodzirejów  meksykańską falą, podskoki, flagi w górę, śpiewy pań i panów.
W końcu stało się jasne, że sportu na Krokwi raczej nie będzie, więc główna część uroczystości – oddanie honorów bohaterowi wieczoru – odbyła się przed ostatnim skokiem.
Do kronik zakopiańskich imprez przejdzie tron dla mistrza w postaci narciarskiej belki na zeskoku. Zostanie zapamiętane ostatnie przemówienie Andreasa Goldbergera, który, wyraźnie wzruszony, wręczył w imieniu skoczków pamiątkową kapsułę z postacią mistrza w środku i listą jego sukcesów na podstawce.
Ostatnie słowo miała publiczność: gromkie „Sto lat" zatrzęsło świerkami
Życzenia złożyli prezydent RP Bronisław Komorowski i jego małżonka, w końcu swoje dołożyli artyści ze specjalnym utworem dla Adama. Ostatnie słowo – a raczej ostatni ton – należało jednak do publiczności, której „Sto lat!" zatrzęsło świerkami obok skoczni.
Małysz był jak zawsze wielki swoją skromnością, celnością prostych słów kierowanych do kibiców i umiejętnością szczerego przeżywania wydarzeń. Nie bacząc na zadymkę, obiecał, że skoczy choć raz, i skoczył. Miał ochotę na dwie próby, zresztą miał przygotowane przez sponsorów dwa kombinezony: jeden w stylu góralskim z parzenicami i pasem, drugi srebrny z błękitnymi skrzydłami oraz wypisanymi wszystkimi zwycięstwami w Pucharze Świata.
Sędziowie bali się wypadku, odradzali uczestnikom ryzyko. Austriacy Thomas Morgenstern, Gregor Schlierenzauer, Martin Koch i Niemiec Martin Schmitt posłuchali, pozostali – Szwajcar Simon Ammann, Czech Jakub Janda, Rosjanie i Polacy – skoczyli.  Małysz mówił: – Na własną odpowiedzialność.
Nikt nie mierzył odległości, nikt nie patrzył na styl. Mistrz ruszył ostatni, wylądował w okolicy 120 m (czerwone linie pokrył śnieg), sunął w szpalerze fajerwerków z obu stron skoczni, przemknął pod dachem z nart, odebrał jeszcze pamiątkowe narty od firmy Fischer i dotarł do sceny na ramionach kolegów.
To była chwila, którą trzeba zapamiętać – twarz uśmiechniętego Adama Małysza wśród złotych konfetti, biało-czerwonych wstążek i sztucznych ogni. Twarz sportowca spełnionego, patrzącego z łezką w oku na wiwatujące tłumy.
– Wszystkie wąsy w górę! – krzyczeli konferansjerzy, nie tłumacząc, jak mają to zrobić mężczyźni, którzy dla Małysza zapuścili prawdziwy zarost. Kto mógł, oderwał i machał, a potem, po ostatnich śpiewach i podziękowaniach, mistrz raz jeszcze ściskał dłonie. Jakaś pani z przyklejonymi wąsami w przypływie wzruszenia pocałowała Adama w rękę.
To było długie pożegnanie. Zanim Adam Małysz stanął po raz ostatni na rozbiegu Wielkiej Krokwi, musiał od świtu poświęcić swój czas na udział w telewizyjnym programie śniadaniowym i przyjąć honorowe obywatelstwo Zakopanego. Zadowolić media, organizatorów i sponsorów. Jeszcze raz dał radę wszystkiemu.
Podczas konferencji prasowej odebrał prezent od Hannu Lepistoe. Chory fiński trener przysłał obraz ze skoczniami w Lahti i przesłaniem, które znamy: – Adam był najlepszym ze skoczków, których trenowałem.
Mistrz mówił jeszcze dużo o wdzięczności dla kibiców i nawet dla nas, dziennikarzy, o tym, że nie przestrzega diety, a utył tylko 700 gramów, że w połowie kwietnia powie co dalej. Po konferencji w góralskiej karczmie odebrał od prezydenta Bronisława Komorowskiego zestaw sztućców „na nową drogę życia". Wreszcie spotkał się na kolejnej pożegnalnej kolacji ze swoimi gośćmi, artystami i organizatorami.
Zakopane żyło tym pożegnaniem długo w noc, tradycja nie ginie, ale już w niedzielę nad pustą Wielką Krokwią, ośnieżoną jak „biała panienka", jak kiedyś mówił o niej Małysz, hulał wiatr i krążyła nostalgia.
Będzie tu pusto bez Małysza. Pozostaje nadzieja, jaką zawarł w ostatniej obietnicy: – Jeszcze o mnie usłyszycie.
Masz pytanie, wyślij e-mail do autora k.rawa@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA