fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Plus Minus poleca. Tygodnik Plus Minus 12-13 marca 2011

Plus Minus
Janke o tym, że Jaruzelski zawsze się przyda; Haszczyński po powrocie z Libii pisze o "pieśni wolnych Libijczyków"; Rosiak o wspomnieniach wielkich tego świata; Graczyk odpowiada Woźniakowskiemu... To wszystko i więcej w najnowszym numerze tygodnika Plus Minus
"Choć nie pełni żadnych funkcji, nie pastuje urzędów, nie działa w żadnym ugrupowaniu, od upadku komunizmu Wojciech Jaruzelski jest nieustannie w centrum polskiej debaty" - pisze Igor Janke w otwierającym najnowszy numer Plusa Minusa artykule Generał zawsze się przyda. "W ostatnich dniach publiczność rozpalała dyskusja o tym, czy generał powinien polecieć z prezydentem Bronisławem Komorowskim do Rzymu na beatyfikację Jana Pawła II. Ale rok temu na pokład samolotu do Moskwy na uroczystości rocznicy zakończenia II wojny światowej generała zapraszał śp. prezydent Lech Kaczyński. Dwa lata wcześniej posłowie chcieli mu obniżyć emeryturę, Jarosław Kaczyński domagał się dlań kary dożywocia za stan wojenny, a Grzegorz Napieralski przekonywał w specjalnym liście, że „miejsce każdego młodego lewicowca jest u boku generała Jaruzelskiego”. Liga Republikańska przez lata organizowała nocne demonstracje przeciwników pod domem generała, a Adam Michnik w wystąpieniach wygłaszanych w całej Europie brał go w obronę. Kościół nigdy Jaruzelskiego nie potępił.
Nastawienie różnych środowisk do Wojciecha Jaruzelskiego było niejednoznaczne i często zaskakujące. Paweł Kowal mówi ze śmiechem: Wygląda na to, że jedyną partią, która jest trwale antyjaruzelska, jest (poza Komorowskim) Platforma Obywatelska. Oraz Mariusz Kamiński.
I dodaje na poważnie: – Bo radykalnymi przeciwnikami Jaruzelskiego są cały czas przede wszystkim dawni działacze tzw. drugiego NZS. To grupa, która aktywnie walczyła z generałem w 1988 roku. Elity solidarnościowe była już w nim w relacji negocjacyjnej. Pamiętam, że Donald Tusk w dramatycznym tonie opisywał koniec strajków w 1988 roku. Ludzie z NZS, jak Mariusz Kamiński, śp. Przemysław Gosiewski, Grzegorz Schetyna czy Andrzej Halicki wzmacniali strajki robotników. Tym, którzy wówczas negocjowali z ekipą generała, w przyszłości łatwiej było z nim grać. NZS-owcy byli wtedy poza negocjacjami i pozostali jego wrogami do dziś – tłumaczy Kowal.
Ale jak dziś widać, pokolenie studenckich działaczy antykomunistycznych, którzy na strajkach i zadymach krzyczeli, że znajdzie się pała na wiadomą część ciała generała, dla których "Jaruzel" zawsze zostanie zdrajcą narodu i synonimem zła, nie przekonało całego społeczeństwa do swej wizji historii.Propagandowa praca Urbana i Górnickiego – utrwalona bruderszaftem Adama Michnika, konsekwentnym odczarowywaniem generała przez „Gazetę Wyborczą”, twardą obroną go przez postkomunistów i brakiem potępienia jego postaci przez Kościół – okazała się skuteczna".
? ? ?
Jerzy Haszczyński, który właśnie powrócił z Libii, napisał na gorąco reportaż Pieśń wolnych Libijczyków.
"Libia Kaddafiego to bogaty kraj biednych ludzi. Teoretycznie rocznie na mieszkańca przypada 14 tysięcy dolarów, więcej niż w kilku krajach Unii Europejskiej, więcej niż w najbardziej rozwiniętym kraju Afryki, RPA. Ale z zysków z ropy korzystała rodzina dyktatora i najbardziej oddani współpracownicy, a setki tysięcy młodych mężczyzn nie mogły założyć rodziny, nie były w stanie zarobić nawet na swoje utrzymanie. Kaddafi kupował francuskie mirage i rosyjskie su. Finansował terroryzm, a potem płacił odszkodowania rodzinom ofiar niektórych zamachów. Rozdawał pieniądze przywódcom Czarnej Afryki, dyktatorom Zimbabwe i Erytrei, rebeliantom w Sierra Leone i Liberii. Przez dekady wydawał miliony na szerzenie islamu, pobierając przy okazji podatek na dżihad od zatrudnionych w Libii obcokrajowców. Ostatnio wczuwał się w rolę afrykańskiego króla królów, przywódcy Unii Afrykańskiej, przymierzał już koronę. A z Hugo Chavezem snuł plany utworzenia anty-NATO grupującego państwa Ameryki Łacińskiej i Afryki.
Przez długie lata w Bengazi nie było prawie żadnych inwestycji. Ulice niszczały, nikt nie odnawiał w centrum budynków pamiętających czasy włoskiej kolonii, w szpitalach stały stare łóżka i najprostszy sprzęt. – A gdy trafiały do nich leki, to personel część zabierał do domu – opowiadał libijski lekarz, który wiele lat spędził w USA. Martwił się, że korupcję i bylejakość, socjalistyczną zgodnie z nazwą państwa Kaddafiego (Wielka Arabska Libijska Dżamahirija Ludowo-Socjalistyczna), trudno będzie wytrzebić nawet długie lata po upadku dyktatora.
– A to mogłaby być Floryda dla Europy, ze śródziemnomorskim klimatem, świetnie zainwestowanymi zyskami z ropy, z setkami kilometrów piaszczystych plaż – mówił Mustafa Geriani, patrząc z okna w gmachu władz rewolucji na nadmorski bulwar w Bengazi. To mógłby być bogaty i otwarty kraj bogatych ludzi. Z tego okna Geriani 18 lutego po raz pierwszy usłyszał pieśń „Zostaniemy tutaj”, odtwarzaną przez kogoś z płyty CD. – To nie będzie nowy hymn Libii. Ale niewątpliwie będzie to najważniejsza pieśń dla Libijczyków na najbliższe pokolenie – dodał z przekonaniem'.
? ? ?
"Zło jest ciekawsze od dobra, prawda? Nawet w literaturze, zwłaszcza w literaturze, bo jak inaczej tłumaczyć popularność takich dzieł jak dzienniki polityków. Zwłaszcza złych polityków, czyli zdecydowanej większości. Są oczywiście różnice między, powiedzmy, Tonym Blairem, Wojciechem Jaruzelskim i Benito Mussolinim, ale ich wspomnienia w chwili publikacji stają się równie łakomym kąskiem dla czytelników, którzy wierzą, że w słowach głównych aktorów najważniejszych wydarzeń współczesności odnajdą odpowiedzi na nurtujące ich pytania" - pisze Dariusz Rosiak w szkicu Pawim piórem pisane o dziennikach i wspomnieniach wielkich tego świata, zarówno tych prawdziwych, jak i falsyfikatach. A także o tych, których istnienia się domyślamy, ale z różnych powodów nie mamy do nich dostępu.
"Dzienniki Mussoliniego wydane ostatnio przez włoską gazetę "Libero" mogą być autentyczne albo nie, ale postać ich (domniemanego?) autora wywołuje tak ogromne emocje, że publikacja zapewne przyniesie wydawnictwu sukces finansowy, chyba że – czego nie wypada życzyć nikomu – skończy się wpadką jak w historii „Sterna”. – Fałszerstwo pamiętników Hitlera powinno wszystkich nas nauczyć szczególnej ostrożności w obcowaniu z takimi źródłami – przestrzega Antoni Dudek. Ale to chyba płonna nadzieja. Zwłaszcza w przypadku tak kontrowersyjnych i znaczących dla swoich narodów postaci jak Mussolini czy Hitler perspektywa dotarcia do wnętrza osoby, zrozumienia jej motywacji czy choćby poznanie nieznanych wcześniej faktów z życia jest na tyle kusząca, że mało kto zrezygnuje z publikacji ich dzienników. Nawet jeśli nigdy do końca nie wiadomo, kto je napisał".
? ? ?
Nie słuchać łotra to tytuł  repliki Romana Graczyka na zarzuty, jakie postawił mu Henryk Woźniakowski w opublikowanej tydzień temu recenzji jego książki o dziejach Tygodnika Powszechnego oraz na twierdzenia jednego z  bohaterów tej książki, Stefana Wilkanowicza, wypowiedziane w wywiadzie, który również ukazał się w poprzednim numerze Plusa-Minusa. Swój szczegółowy wywód Graczyk  zamyka taką oto konkluzją:
"Moja pozycja w sporze z krytykami „Ceny przetrwania?” jest podwójnie trudna. Muszę bowiem stawić czoła nie tylko temu, co jest realną różnicą zdań, ale i temu co jest fałszywym obrazem mojej pracy. Henryk Woźniakowski i tak na tle niektórych jego przyjaciół (Marcina Króla, Józefy Hennelowej czy Krzysztofa Kozłowskiego) zachowuje pewną elegancję, bywają bowiem tacy krytycy, którzy zajmują się głównie miotaniem obelg pod moim adresem. Powiedziałbym jednak, że jest to elegancja nieco wybiórcza.
W każdym razie w tej sytuacji nie zawsze starcza czasu (albo miejsca w gazecie), żeby poważnie ustosunkować się do realnego sporu – bo i taki przecież istnieje. Dlatego do sporu merytorycznego z Woźniakowskim i Wilkanowiczem trzeba mi będzie przystąpić innym razem.Tego rodzaju sytuacja (będąca, zresztą, przejawem szerszego zjawiska w polskiej debacie publicznej) sprawia, że autor pozycji uznanej przez mainstream za dysydencką musi się zmagać najpierw ze swoim fałszywym wizerunkiem. Jest w tej debacie ustawiony jak przysłowiowy „chłopiec do bicia”, bo przypisuje mu się działania, których nie popełnił oraz zaniechania, których w istocie się nie dopuścił. Dobrze jeszcze, jeśli poważne medium dopuszcza do głosu obie strony sporu (tak czyni np. „Rzeczpospolita”), ale bywa przecież i tak, że jakiś tytuł prasowy dopuszcza na swoje łamy opinie wyłącznie krytyczne, często po prostu załgane (jak w mojej sprawie „Gazeta Wyborcza” i „Polityka”). W oczach czytelników takich gazet (a oni przeważnie nie sięgają po konkurencyjne tytuły) autor pracy uznanej za dysydencką jest po prostu skończonym łotrem, a problemy przez niego podnoszone nie zasługują na namysł.
Tę ostatnią uwagę dedykuję wszystkim, którzy, podejmując refleksję nad stanem naszego państwa 20 z górą lat po odzyskaniu niepodległości, kwitują problem ograniczeń wolności słowa prostym stwierdzeniem, że przecież w Polsce nie ma cenzury. No dobrze, nie ma cenzury. Ale kto potrafi uczciwie powiedzieć, że nie ma problemu równego dostępu do publicznej agory?"
? ? ?
"Jerzy Nowosielski stanowi kłopot dla katolików. Kłopot i wyzwanie, gdyż dzięki Nowosielskiemu możemy na nowo dostrzec swą (wstydliwą niekiedy) specyfikę. Malarstwo religijne, którym często obdarzał katolickie świątynie, spotykało się z oporem wiernych, niezadowolonych z robienia im z kościołów cerkwi czy muzeów. Światli proboszczowie starali się tłumaczyć, że Jerzy Nowosielski wielkim artystą jest, krytycy zaś,  sarkając na ciemny ludek Boży, bronili tak pojmowanego mecenatu Kościoła.
Obrazy były znakomite, wnętrza świątyń zyskiwały oryginalność, ale przecież ikona jest czymś radykalnie odmiennym od katolickiej sztuki religijnej. Odwołuje się do zupełnie innej duchowości, niesie ze sobą inną wizję przeżywania religii. Jej instalowanie w kościołach w formie dominującej sztuki użytkowej, mającej służyć celebrze i modlitwie, było nieporozumieniem. Lud Boży, obdarowywany obrazami Nowosielskiego, mógł się czuć zdezorientowany.
Cóż więc z Nowosielskiego zostanie? Jego malarstwo religijne nawet oczyszczone z dysonansu komunikacyjnego, jaki mu towarzyszył, może się okazać jedynie estetyczną wariacją na temat ikony… Lekceważenie wielu kanonów obowiązujących w prawosławiu może wygnać Nowosielskiego nie tylko z tradycji zachodniej, ale też z coraz bardziej świadomego swych duchowych skarbów Wschodu. Malarstwo, które wychodząc z doświadczeń sztuki współczesnej, prezentowało jeden z wymiarów prawosławnej duchowości, może się okazać nazbyt swobodne, by funkcjonować w liturgii.
Za szczytowe osiągnięcie artystyczne Nowosielskiego uznane więc chyba będzie zaszczepienie światoodczuwania z ikon do sfery profanum. Akty we wnętrzach, w których dochodzi do niesamowitej sakralizacji kobiecego ciała, banalne sytuacje podniesione do rangi misterium, obrazy, które zdegradowaną codzienność odnoszą do wieczności i pokazują jako coś koniecznego, jedynego. Komunikat przywracający godność i wagę ziemskiej rzeczywistości" - to tylko najważniejsze tezy krytycznego eseju Andrzeja Horubały Kłopot z Nowosielskim
? ? ?
"Przez 15 lat patrzyliśmy, jak przeskakuje siebie. Jak z zahukanego chłopaka z Beskidów wyrastała gwiazda".  - podsumowuje jedną z najważniejszych karier w dziejach polskiego sportu Paweł Wilkowicz, autor sylwetki Adama Małysza Wąs, który łączył.
"Dachówki u Apoloniusza Tajnera Małysz, wbrew wiślańskiej legendzie, nie układał, lecz do kilku innych dachów rękę przyłożył. Nie tylko w Wiśle, ale i w Szczyrku, Istebnej. To się przecież tak właśnie mogło skończyć. Że dziś zamiast skoczni imienia Małysza, zamiast galerii trofeów, zamiast stojącego w holu Domu Zdrojowego Małysza z białej czekolady, któremu ktoś kiedyś urwał ucho i trzeba było figurę postawić za szybą, byłby w Wiśle jakiś warsztat dekarski, z właścicielem opowiadającym klientom, że miał talent do skoków, i nawet pierwsze sukcesy, ale widać nic więcej nie było mu pisane.
Miło było patrzeć, jak dojrzewał. Z medialnego niemowy wyrósł sportowiec, który opowiada długo i ciekawie, również po niemiecku. Jest pierwszy nie tylko do zgrywy, ale i do poważnej rozmowy. To cztery lata temu w Sapporo, gdy po złotym medalu i długiej kontroli antydopingowej wracał w nocy do hotelu, niesiony na plecach przez fotoreportera Jerzego Kleszcza jak na paradzie zwycięstwa, zobaczyliśmy pierwszy raz, że naprawdę to wszystko polubił. Że o skokach, życiu, pracy w ogrodzie i gapiach wystających z krzaków przed domem opowiada nam nie tylko dlatego, że musi.
Był przez te kilkanaście lat jedną z najważniejszych twarzy Polski, która się bogaciła, nabierała pewności siebie. I jedną z niewielu, które tylko łączyły. Awantur wokół niego nie brakowało. Porywczy Federer, dziś złożony straszną chorobą, która unieruchomiła człowieka kochającego życie jak mało kto, kłócił się ze związkiem. Kuttin ze współpracownikami, źle się rozstawano z Tajnerem, Żołądziem i Blecharzem, skakanie na pocztę okazało się początkiem awantury o pieniądze między związkiem narciarskim a pośrednikiem. Ale on był ponad to".
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA