fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Kuśmierek przypomniany

W wydanych w Bibliotece Więzi (t. 253) wspólnie z Instytutem Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską „Dziennikach 1954 – 1957” Jana Józefa Lipskiego zadziwiający wydał mi się zapis z 20 grudnia 1956 r. Lipskiego odwiedził tego dnia Janusz Szpotański, młodszy o trzy lata od gospodarza.
Przyjaźnili się od dawna. W latach studiów łączyły ich zainteresowania literackie. Tyle że Lipski mimo wręcz deklarowanego dystansu wobec marksizmu zdołał szczęśliwie w roku 1952 ukończyć polonistykę, a Szpotańskiego w 1951 r. wyrzucono z rusycystyki za wierszyk o terroryzującej studentów marksistce, którą w wierszyku, nie w życiu, uśmiercił:

Pogrzeb miała jak się patrzy,
sierp i młot na grobie na krzyż.
A nad grobem Widerszpili
cicho kwili Dżugaszwili.
W roku 1956 znowu przyjęto Szpotańskiego na studia – na drugi rok polonistyki. Opowiada podczas wizyty, że na szachowych mistrzostwach Polski zajął zaledwie szóste miejsce. To VIII październikowe plenum KC tak go rozproszyło, że przegrał dwie już właściwie wygrane partie.
Szpotański, sceptyk i szyderca, pisał:
Na przedzie widzisz żeńską parę:
Luxemburg Różę, Zetkin Klarę.
Rewolucyjne dwie jamnice,
obie w binoklach, obie z kokiem
dostojnie suną przez ulicę,
za nimi, drobnym człapiąc krokiem,
podąża Liebknecht z małą bródką
do Bebla szepcąc coś cichutko.
Ze wszystkich postaci, które w ciągu całego życia spotkałem, wydawał mi się zawsze najmniej skłonny do naiwnych uniesień. A jednak okazuje się, że i on uległ szaleńczej euforii lata i wczesnej jesieni ’56. Szlachetny Lipski i grupa jego inteligentnych przyjaciół z Klubu Krzywego Koła, wśród nich specjaliści od nauk społecznych, wyobrazili sobie, że uda się wprowadzić do Sejmu sporą grupę prawdziwie niezależnych posłów. Poświęcali na to czas – zawieszając swe właściwe zajęcia – w poszukiwaniu kontaktów z załogami dużych zakładów pracy, licząc zarazem na sojusze z niektórymi aparatczykami.
Jednak właśnie 20 grudnia następuje moment otrzeźwienia: „Jeśli informacje o przemówieniu Gomułki na plenum KW odpowiadają prawdzie – jest to już koniec krótkiej wiosny w naszym kraju. Październik byłby nie jej początkiem, lecz kulminantą zaczynającą jednak koniec”.
Szczególnie zajmujące są obszerne notatki z 10 stycznia 1957 roku. Tamtego czwartku prelegentem w Krzywym Kole był Józef Kuśmierek, nieco dziś zapomniany pisarz i reporter. Postać o barwnym życiorysie. Mając lat 16, związał się z konspiracją komunistyczną. W czasie powstania warszawskiego, straciwszy kontakt ze swoimi, walczył w szeregach AK. Jesienią 1944 r. – przed ukończeniem 18 lat – został oficerem MO w Mińsku, potem dziennikarzem prasy wrocławskiej. Członek partii od 1943 r., usunięty z niej w roku 1949. Od 1949 r. właściciel dużej hodowli drobiu pod Warszawą. Kur doglądała jednak na co dzień żona, a Józio – był z setkami osób na „ty”, zarówno z Lipskim jak ze mną, młodszym kilkanaście lat – jeździł po Polsce, ogłaszając w tygodnikach literackich pewną część swych reportaży, wydawanych potem w Czytelniku i PIW. Jego twórczość recenzowali z uwagą Andrzej Kijowski, Adam Mauersberger, Henryk Bereza, Tadeusz Drewnowski.
Kuśmierek, brat łata, był najlepszym znawcą Polski prowincjonalnej. Gawędziarz, niewysoki, niedbały w ubiorze, z niebywałym słuchem na współczesną polszczyznę, natychmiast potrafił znaleźć wspólny język z wicedyrektorem planowania w Centralnym Zarządzie Metali Nieżelaznych i gminnym referentem skupu, bufetową w podmiejskim szynku, sekretarzem propagandy komitetu powiatowego i wykształconymi na Zachodzie wytwornymi damami zatrudnionymi jako redaktorki w głównych warszawskich wydawnictwach. „Gdy przyjeżdżał do fabryki pracującej na trzy zmiany, starał się trafić na nocną zmianę. Nie ma wtedy dyrekcji ani egzekutywy partyjnej, jest za to dobra obstawa techniczna”.
Zebranie z występem Kuśmierka – uczestniczyłem w takim – przeciągało się grubo ponad zwyczajowe trzy godziny. Nie doszło do części: pytania i dyskusja. Potem był jeszcze dalszy ciąg we wciąż licznym, lecz już nieco ograniczonym gronie w kawiarni Krokodyl.
„W Opolu, w wielkiej cementowni – opowiadał K. – wydmuchuje się 80 ton cementu dziennie przez komin, bo Czesi, którzy to budowali, pomylili się i wdmuch ustawili tam, gdzie miał być wydmuch... Minister kazał to przyjąć. Reportaż o tym zdjęła cenzura z „Życia Warszawy” na życzenie... czeskiego attaché handlowego. Musimy bronić suwerenności nie tylko przed Związkiem Radzieckim – mówi Józio.
Twierdzi, że przez 12 lat nie skonfiskowano mu tyle, co przez ostatnie trzy miesiące.
W odpowiedzi na zamówienie większej ilości prezerwatyw przez Chiny Ludowe Centrala Przemysłu Gumowego odpowiedziała: »Prezerwatyw w żądanej ilości dostarczyć nie możemy. Zaproponujcie kalosze«.
Największą w Polsce roszarnię lnu wybudowano 37 kilometrów od stacji kolejowej, i to na Mazurach, gdzie jest niezła sieć szyn”.
Mogąc drukować jedynie małą część jego tekstów, redaktorzy chętnie wystawiali mu delegacje służbowe, chcąc sami wiedzieć, co w kraju dzieje się naprawdę. Przerywam cytaty, przekonany głęboko, że przynajmniej te siedem stron opowieści Kuśmierka ocalonych w zapisie Lipskiego powinno się znaleźć – no, może z wyjątkiem fragmentu o kaloszach – w wypisach z historii najnowszej na użytek szkół średnich.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA