Opinie

Najłatwiej zabić gazetą

Monika Kern i Maciej Malisiewicz
Fotorzepa, Piotr Liszkiewicz Piotr Liszkiewicz
Sprawą Andrzeja Kerna i jego córki Moniki 15 lat temu żyły wszystkie media. Ówczesny wicemarszałek Sejmu został skazany na polityczną śmierć. Późniejsze informacje o ludziach, którzy wtedy go oskarżali, stawiają teraz całą historię w innym świetle
15 lat temu związek nieletniej Moniki Kern, marszałkówny, ze sprzedawcą placków w rodzinnej pizzerii nazwano romansem stulecia. Pisano o mezaliansie, 120 procentach uczucia, dziwnym sprzężeniu władzy i miłości. Jak u Szekspira.
Dziś łódzkie rodziny Capulettich i Montecchich wyglądają zupełnie inaczej. Andrzej Kern, ojciec, kiedyś wicemarszałek Sejmu, to 70-letni adwokat. Prowadzi kancelarię w centrum Łodzi, w kamienicy z kaflowymi piecami i podłogą, która drży za każdym razem, gdy po ulicy przemknie tramwaj. Jego córka Monika w żaden sposób nie pasuje już do roli egzaltowanej Julii, która śle do gazet górnolotne listy o miłości i złym ojcu. Ładna, pewna siebie brunetka skończyła prawo, studiuje PR. W łódzkim urzędzie miasta jest wicedyrektorem Biura Organizacyjnego. I to o swojej pracy woli dziś opowiadać.
Zofia Kern, matka Moniki, zdaniem córki jeszcze bardziej zapadła się w prywatność. Jest osobą ciepłą, domową, wierzącą w rodzinę, w przyjaciół, w fotografie. Niczego nie wyrzuca, wszystko chowa. I, niestety, o wszystkim pamięta. Izabela Malisiewicz-Gąsior, teściowa, nie robi już politycznej kariery. Unika rozgłosu. O tym, gdzie przebywa, nie wiedzą nawet jej dawni znajomi i sąsiedzi. O Macieju Malisiewiczu, zięciu, chodzą słuchy, że się ożenił, zmienił nazwisko, wyprowadził z Łodzi. Nie udało mi się z nimi skontaktować. - To jest tak, jakby w pewnym momencie przyszli, odegrali rolę w spektaklu i zniknęli. Kostiumy zabrane, dekoracja sprzątnięta -mówi Monika Kern. Cios u szczytu formy Gdyby zaufać relacjom gazet sprzed 15 lat, historia wyglądałaby następująco: wicemarszałek Sejmu, wpływowy polityk, po tym, jak jego nastoletnia córka ucieka z domu ze swoim chłopakiem, wykorzystuje wpływy, by sprowadzić dziecko do domu, a rodzinę niechcianego narzeczonego zniszczyć. Jednak już wtedy dla niektórych osób sprawa Kerna była pierwszym wykonanym profesjonalnie, bo za pomocą mediów, politycznym mordem. Prof. Ryszard Legutko - wówczas jeszcze nie polityk, ale publicysta - nazwał to "największą kompromitacją środowiska medialnego w dziejach Trzeciej Rzeczypospolitej". Bo choć Kern fizycznie nie ucierpiał, na trwałe został wyeliminowany zżycia publicznego. Stał się najlepszym przykładem na prawdziwość powiedzenia, że polityka, tak jak muchę, najłatwiej zabić gazetą. Andrzej Kern, z rodziny o korzeniach szwajcarskich, zawsze miał ciągoty polityczne. Zaczynał w 1956 r. współtworząc antykomunistyczny Związek Młodych Demokratów, potem związał się z Ruchem Wolnych Demokratów.W 1980 r. był ekspertem i doradcą "Solidarności", w sta nie wojennym internowany, po wyjściu współpracował z Komitetem Helsińskim. Jako adwokat od końca lat 60. bronił w kilkudziesięciu procesach politycznych. Jego klientami byli m.in. łódzcy studenci po wydarzeniach marca 1968 r. oraz Jerzy Kropiwnicki i Andrzej Słowik, liderzy łódzkiej "Solidarności". Po 1989 r. miał więc wszystko, by robić polityczną karierę: życiowe doświadczenie, solidarnościową przeszłość i prawniczą wiedzę. W 1990 r. współtworzył Porozumienie Centrum. W Sejmie pierwszej kadencji został wicemarszałkiem. Gdy Kern myśli dziś o powodach, dla których został wyeliminowany z polityki, najpierw przychodzi mu do głowy ustawa o pozbawieniu majątku PZPR, nad którą pracował. A szerzej - inna recepta na Polskę niż ta, którą przedstawiała grupa Geremka i Michnika. Wie jedno: córka była tylko pretekstem. Monika na zdjęciach z początku lat 90. ma uśmiech dziecka. Gdy się urodziła, Kern ze szczęścia napisał wiersz: "Pozdrowiona bądź maleńka Moniko/Na swoją drogę/Od nikąd donikąd...". Tkliwy stosunek do córki zachował do dziś. Wychowywana tradycyjnie, z obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej nad drzwiami pokoju, babcią u boku i kodeksem norm niezmiennych od pokoleń, była oczkiem w głowie rodziny. Uczyła się w renomowanym liceum, a wakacje spędzała u rodziny w Szwajcarii. Jej dojrzewa nie przypadło jednak na lata ostrej wymiany politycznych ciosów podczas tzw. wojny na górze. Kiedy po rozpadzie Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego tworzyła się linia żywych do dziś podziałów, Kern, wówczas bliski współpracownik braci Kaczyńskich, był w szczytowej formie. Miłość, której nie wolno przeszkadzać Monika Kern już nie pamięta, kiedy poznała przyszłego męża, o którym teraz mówi: Maciej Malisiewicz. Miał skończoną podstawówkę i 21 lat, zgodnie z prawem był więc dorosły. Prasa pisała, że w zakładzie gastronomicznym swojej matki sprzedawał placki. Sylwestra roku 1992 spędzili już razem. Monika wsiąkała w rodzinę Malisiewiczów jak w gąbkę. Matka Macieja Izabela ujmowała ją bezpośredniością. Kernowie dopiero po czasie zorientowali się, jak skutecznie nastawia przeciw nim własne dziecko. - Prowadziła z Moniką wielogodzinne rozmowy, podczas których wyciągała szczegóły zżycia prywatnego naszej rodziny. Z fragmentów tych zwierzeń tworzyła i sugerowała jej zupełnie inny obraz doznanych w przeszłości przeżyć -mówi Kern. Podejrzewał, że działa nie to mogło być poparte podawaniem psychotropów. - Budziłam się w nocy przerażona tym, jak bardzo nienawidzę własnych rodziców - opowiada Monika. Do kulminacji historii doszło w czerwcu 1992 r. 16-letnia Monika już wcześniej uciekała z Maćkiem do domu jego rodziców. Jednak 10 czerwca z domu na wsi, w którym przebywała pod opieką babci, zabrał ją samochód - jak się później okazało, należący do Malisiewiczów. Poszukiwania nie przynosiły rezultatów, jednak rodzice Maćka nie wykazywali za niepokojenia. Izabela Malisiewicz-Gąsior w publicznych wypowiedziach mówiła o miłości, której nie wolno przeszkadzać. Kernowie, którzy zwrócili się po pomoc do prokuratury, widzieli tę sprawę inaczej. Ich nieletnia córka znalazła się w rękach dorosłych, którzy nią manipulują i uniemożliwiają rodzicom wykonywa nie władzy rodzicielskiej. 29 czerwca wicemarszałek wygłosił w telewizji przemówienie. Mówił o porwaniu i przetrzymywaniu córki i zaapelował o pomoc. Cała sprawa wyrosła na najważniejsze wydarzenie sezonu. A w mediach obowiązującą wersję wydarzeń wyznaczał "Mezalians" -reportaż Jacka Hugo-Badera w "Gazecie Wyborczej". W ówczesnych relacjach gazet dom Malisiewiczów-Gąsiorów jawił się jak idylla. On mim, ona tancerka planująca otworzyć własną szkołę - prowadzący "elegancką pizzerię w centrum miasta". I zły polityk, który nie chce przyjąć ich syna do rodziny. W Sejmie dochodzi do głosowania nad odwołaniem wicemarszałka. Dwa kluby: SdRP i Unii Demokratycznej, zarządzają dyscyplinę przy głosowaniu. Gdy wniosek mimo to nie przechodzi, prof. Bronisław Geremek uderza w najwyższe tony: "Sejm dokonał aktu samokompromitacji. Instytucja, która nie potrafi ludzi społecznie skompromitowanych - chociażby nosili oni tytuł wicemarszałka Sejmu - skłonić do zrzeczenia się funkcji, sama jest sobie winna". Izabela Malisiewicz-Gąsior na fali popularności startuje w 1993 r. do Senatu. Obserwatorzy dziwili się, skąd miała pieniądze na oplakatowanie całej Łodzi. Wystartowała z hasłem "Niech prawo zawsze prawo znaczy". Jej program skupiał się tylko na krytyce Andrzeja Kerna. Zdobyła 36 tys. głosów, ale do parlamentu się nie dostała. Jedynie dwoje dziennikarzy: Jagienka Wilczak z "Polityki" i Leszek Kraskowski, wówczas dziennikarz "Życia Warszawy", wyłamało się ze zgodnego chóru. Kraskowski ujawnił, że Malisiewicz-Gąsior nie spłacała licznych długów, wyłudzała pieniądze. Wielu oszukanych się jej bało. Malisiewiczowie utrzymywali kontakty z Januszem Baranowskim, biznesmenem i szefem KLD w Częstochowie. To on użyczył schronienia w swym domu Monice i Maćkowi. Zaprzyjaźniony wówczas z biznesmenem 25-letni poseł KLD z Częstochowy Dariusz Kołodziejczyk podgrzewał atmosferę w parlamencie. Baranowski wkrótce potem trafił za kratki. Powodem były transakcje z KGHM Polska Miedź. Zarząd kombinatu poręczył Baranowskiemu weksle, których ten nie wykupił. Po wyjściu z więzienia nadal prowadzi biznes, lecz z mniejszym rozmachem. Zaangażował się w działalność na rzecz wspólnoty żydowskiej na terenie Częstochowy. Jak twierdzi syn, przebywa obecnie za granicą. Na kanwie wydarzeń W ekspresowym tempie powstaje także film "na kanwie wydarzeń". Marek Piwowski, reżyser kultowego "Rejsu" i"Przepraszam, czy tu biją", po 16 latach przerwy odzyskuje wenę. Kręci "Uprowadzenie Agaty". "A po co mamy władzę?" - pyta w nim główny bohater, zdemoralizowany solidarnościowy polityk, któremu miłość córki przeszkadza w robieniu kariery. Producentem filmu był Lew Rywin. Motywacją powstania filmu była -jak tłumaczył Piwowski -chęć pokazania, że elity władzy od czasów PRL nie zmieniły swoich zwyczajów. Traf chciał, że Piwowski kręci film o własnym koledze. Z Kernem znali się z czasów opozycyjnych spotkań w SPATiF, a polityk odrzucił propozycję skorygowania scenariusza, bo, jak tłumaczy, nie uznaje cenzury. Kilka miesięcy temu Piwowski - w tonie żartobliwym - w wywiadzie dla "Newsweeka" opisał swą współpracę ze służbami specjalnymi PRL. Jednak na próbę rozmowy o kulisach powstania "Uprowadzenia Agaty" nie zareagował z humorem. Wyraźnie zdenerwowany stwierdził, że nie zgadza się rozmawiać na ten temat z dziennikarzem. W miarę upływu lat, coraz więcej elementów świadczyło o tym, że historii Kerna nie da się odczytać w narzucony w latach 90. sposób. Elżbieta Cyrkiewicz była wiceprokuratorem wojewódzkim, kiedy w 1992 r. trafiła do niej sprawa uprowadzenia Moniki Kern. To ona zdecydowała o listach gończych za Malisiewiczem i jego matką, zatrzymaniu Izabeli Malisiewicz-Gąsior i założeniu im podsłuchów. Wytoczono jej za to postępowa nie dyscyplinarne i sprawę karną o przekroczenie uprawnień. Po latach udowodniła swoją niewinność. - W lipcu 1992 r. zostałam wezwana do Ministerstwa Sprawiedliwości. Tam zastępca szefa Departamentu Prokuratury chciał, bym napisała oświadczenie, że Kern wywierał na mnie presję. Odmówiłam, bo to była nieprawda. Usłyszałam: "Proszę pani, my wiemy, jak było. A teraz pani jest sama sobie winna" -opowiada Cyrkiewicz. Do czego potrzebne było to oświadczenie? Cyrkiewicz twierdzi, że odpowiedź znalazła kilka dni przed wizytą w ministerstwie, w podsłuchu rozmowy obrońcy Malisiewiczów z klientami. -Adwokat dzwoni do nich i mówi: uzgodniłem z prokuratorem generalnym, że wystąpi o uchylenie immunitetu Kernowi, a poseł Kołodziejczyk o ograniczenie władzy rodzicielskiej. Podstawą do uchylenia immunitetu miało być moje oświadczenie, które nie powstało. Udało się natomiast zrealizować drugą część planu. Poseł Kołodziejczyk wystąpił do sądu o ograniczenie władzy rodzicielskiej Kernów - opowiada Cyrkiewicz. Ówczesny obrońca Malisiewiczów twierdzi, że nie pamięta dziś dokładnie sprawy, ale z prokuratorem generalnym nawet nie rozmawiał. Choć oczywiście robił wszystko, żeby pomóc klientom, i rozmawiał nawet z zastępcą prokuratora generalnego, że pani Malisiewicz-Gąsior nie powinno się przetrzymywać z kobietami skazanymi za morderstwo. Problem w tym, że koronny dowód w tej sprawie, czyli podsłuchy i ich stenogramy, zniknął. Stosunkowo niedawno okazało się, że sprawą uprowadzenia Moniki zajmował się w 1992 r. także UOP, a konkretnie słynny zespół płk. Jana Lesiaka. Jak wynika z zeznań, które Lesiak złożył w 1998 r. w prokuraturze, polecenie zajęcia się sprawą dostał od ówczesnego szefa UOP Jerzego Koniecznego. Dziś mówi, że przyjął to ze zrozumieniem. -Wicemarszałek jest ważną osobą w kraju, ale każdy, gdyby to jego dziecko zginęło, postawiłby świat nagłowie, żeby wiedzieć, co się z nim dzieje. Lesiak wspomina naradę w gabinecie ówczesnego szefa MSW Andrzeja Milczanowskiego. To podczas niej Milczanowski uznał, że należy działać. "Co się sta nie, jak nic nie zrobimy, a po tygodniu czy dwóch znajdą ją martwą w rowie? Nikt nam tego nie wybaczy" -miał argumentować. Lesiak przyznaje, że były podejrzenia podawania Monice narkotyków. Rodzina utrzymywała, że zachowuje się inaczej, nie ma z nią kontaktu. Do służb specjalnych o pomoc zwrócił się sam Andrzej Kern. Wątpliwości co do Lesiaka, byłego funkcjonariusza SB, rozwiał podczas rozmowy z Jackiem Kuroniem. W ocenie Kerna Lesiak się zaangażował w sprawę. Był pomysłowy. By wzbudzić zaufa nie Janusza Baranowskiego, u którego przebywała Monika, przedstawił się jako przedstawiciel episkopatu. "Muszę powiedzieć, że UOP brał jeszcze kilka razy udział w poszukiwaniach osób zaginionych, w zależności od decyzji szefa" - zeznał w 1998 r. płk Lesiak. Jednak opinia publiczna nigdy tymi sprawami nie żyła. Załatwiane były w ciszy, dyskretnie, profesjonalnie. W tym przypadku dochodziło zaś do zastanawiających do dziś zdarzeń. Andrzej Kern twierdzi, że o tym, iż za sprawą zniknięcia jego córki mógł stać Janusz Baranowski, częstochowski biznesmen, dowiedział się od Marzeny Domaros, czyli Anastazji P., skandalistki podającej się za dziennikarkę, autorki "Erotycznych immunitetów"(w których zresztą zarzuciła wicemarszałkowi próbę gwałtu). - Wezwała mnie do zajazdu, gdzie odbywały się rolnicze targi. Tam sama wyraźnie podcięta, częstowała winem. Wymówiłem się twierdząc, że jako adwokat żyję z takich, co jeżdżą po pijanemu. Powiedziała, że ma mi do przekazania informację. Poprzedniego dnia była na imprezie organizowanej przez Kongres Liberalno-Demokratyczny i tam obiło jej się o uszy, że Monikę przetrzymuje częstochowski biznesmen Janusz Baranowski. Gdy stamtąd wyjechałem, zobaczyłem kilkaset metrów dalej patrol drogówki. Policjant zawahał się, czy mnie zatrzymać, rozmawiał przez telefon. Pomyślałem wtedy, że on stoi tu po to, by mnie złapać, gdybym zgodził się wypić. Kern wierzył tym, którzy mu pomagali. Z czasem coraz bardziej zastanawiało go jednak, skąd gazety wiedzą o tajnych ustaleniach śledztwa. - Kiedyś Leszek Miller poprosił mnie o spotka nie. I zapewnił, że mimo różnic biografii jako ojciec rozumie i współczuje. I nie zamierza spraw rodzinnych wykorzystywać do polityki. Kilka dni później moja żona otrzymała telefon od dziennikarza "Trybuny" z prośbą o skomentowanie listu, jaki Monika wysłała niektórym politykom. Zapytała: "skąd pan ten list ma" i usłyszała, że do gazety dostarczył go właśnie Miller - opowiada Kern. Malisiewiczowie doprowadzili do ślubu kościelnego Macieja z Moniką Kern, okrzykniętego przez prasę "ślubem stulecia". W dyskotece w centrum Łodzi bawiło się 300 osób. Z panną młodą tańczył Jerzy Urban. Kernowie nie przyszli. "Były wicemarszałek Sejmu Kern jest już chyba skończony w oczach opinii publicznej" - mówił naczelny "Nie". Jego słowa przytoczyła "Gazeta Wyborcza". Tak to już jest Sprawa Kerna po powrocie Moniki wytraciła medialny impet. Odżyła jeszcze pod koniec lat 90., kiedy ówczesny rzecznik praw obywatelskich prof. Adam Zieliński wniósł kasację od orzeczenia sądowego, że były wicemarszałek nie nadużył władzy. Jednak nikt z osób, które wtedy ferowały wyroki, publicznie do sprawy nie wrócił. Za to Andrzej Kern chciał wrócić do polityki. Został radnym, działał społecznie, jednak czuł niespełnienie. W końcu wydawało się, że w nadchodzących wyborach los się do niego uśmiechnął. Z rekomendacji ugrupowania prezydenta Łodzi Jerzego Kropiwnickiego miał startować z trzeciego miejsca na łódzkiej liście PiS. Szefem jego sztabu miała być córka. Ostatecznie na liście do Sejmu się nie znalazł, propozycji zaś kandydowania do Senatu nie przyjął. - Tak to już jest - powtarza ulubiony zwrot osób, które próbują pogodzić się ze wszystkim. Monika Kern w styczniu przeprowadziła się do własnego mieszkania. Założenie rodziny to dla niej "temat zagadkowy". - Bo ja rodzinę mam. Mam rodziców, spotykam się z ciepłym człowiekiem trochę starszym ode mnie, który wykonuje wolny zawód i znosi moje godziny pracy. Uważam, że tworzymy rodzinę. Po szalonej młodości został jej "specyficzny stosunek do związków trwałych". Do dziś przyjaźni się z jednym z aktorów z "Uprowadzenia Agaty". Na dzieci nie ma czasu, za dużo pracuje. Nie ma jednak pretensji, gdy ktoś dla wierszówki wykorzysta jej historię, pisząc o "wielkich ślubach". Sama też żyje z mediów. I dla mediów. - Ciekawie jest kreować rzeczywistość. Kręcą mnie kampanie wyborcze i rzeczy związane z mediami. Kreowanie wizerunku ludzi, miejsc, przedsiębiorstw. Ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Płk Jan Lesiak mówi, że zawsze rozmawia z dziennikarzami. Jeśli nie ma czasu, oddzwania. Bo woli żyć dobrze z mediami. - Żeby nie skończyć jak Kern? - Właśnie tak!
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL