fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Frau Trude każe

Lot nad Innsbruckiem. Pierwszy konkurs turnieju w środę w Oberstdorfie
Forum, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Turniej Czterech Skoczni to dobry pretekst do bliskiego spotkania z Bawarią i Tyrolem
Z autostrady z Monachium do Oberstdorfu długo nie widać gór. Dopiero ostatnie kilometry przed celem obiecują więcej. I rzeczywiście, masywy Nebelhornu i Fellhornu robią wrażenie, choć to jeszcze nie są wielkie Alpy.
Rozbieg dużej skoczni Schattenberg stoi na zboczu wysoko nad miastem. Głównym punktem orientacyjnym dla przyjezdnych jest zawsze biała spiczasta wieża kościoła i czarny dach, bo niedaleko stoi ratusz. W ratuszu wszystko się zaczyna: tam jest biuro prasowe i sala, w której wieczorem po kwalifikacjach Bawaria oficjalnie wita się z turniejem.
[srodtytul]Orkiestra dęta[/srodtytul]
Od razu czuć niepowtarzalny klimat tego powitania: górale w krótkich skórzanych spodenkach z szelkami i w kapeluszach z piórkiem tańczą, strzelając batami (czasem trafiają rzemieniem w kolegę i jest śmiech), spora orkiestra dęta wchodzi na scenę na piechotę, wyjeżdża zapakowana do małego auta i nie przestaje w tym aucie grać.
Wszyscy klaszczą, gdy brzmi akordeon. Kilka przemówień, kilka wspomnień, a potem już przegląd lokalnej kuchni wsparty lokalnym piwem. Gościna po bawarsku ma swoje zalety, także dlatego, że trenerzy nie unikają mediów.
Dobrze przyjechać na skocznię dzień przed kwalifikacjami, gdy policyjne posterunki jeszcze nie są obsadzone – można po prostu wejść na próg i patrzeć na dachówki w dolinie. Nikt nie zabroni wdrapać się nawet na wieżę, tam, gdzie czekają skoczkowie.
W Oberstdorfie czuje się nadchodzące emocje i trochę żal gospodarzy, że chwilę po konkursie karawana jedzie na wschód – na sylwestra do Garmisch-Partenkirchen.
[srodtytul]Aniołek z marcepanu[/srodtytul]
Są dwie drogi – łatwa i dłuższa (ale szybsza) autostradowa oraz krótsza, ale wolniejsza – górami, przez przełęcze. Wszystko zależy od pogody, kto się odważy i ruszy na skróty, zwykle nie żałuje, choć groźny widok Zugspitze budzi uczucie ulgi, bo oznacza koniec trasy.
W Ga-Pa najtrudniej się myśli o skokach. Sportowcy w sylwestra wypijają kieliszek szampana, ale zaraz po północy w większości idą spać (choć nie wszyscy, jak głoszą wspomnienia). Reszta turnieju jednak świętuje. Do wyboru jest w zasadzie bawarski folklor przed ratuszem wzmocniony fajerwerkami i niewiele więcej. Miasto lubi sen.
Noworoczny poranek każe skoczkom wrócić do pracy. Od niedawna na nowej futurystycznej skoczni, kiedyś na zabytkowej, pomalowanej na zielono metalowej konstrukcji spajanej nitami i wysadzonej z hukiem pewnej wiosny. W Garmisch nie sposób nie patrzeć z mieszanymi uczuciami na olimpijski stadion z 1936 roku.
W Ga-Pa tradycję najlepiej symbolizują ludzie. W Pension Josef wita gości Frau Trude, która nie tylko wyda do wiekowego skrzypiącego łóżka wielką pierzynę, ale też przysiądzie się do śniadania, wręczy noworoczny prezent – aniołka z marcepanu, zaproponuje aspirynę, może też o 10 rano kazać wypić sznapsa, aby lepiej się rozmawiało o skokach i wpadkach organizatorów. Jak Frau Trude kogoś polubi, to pokaże kolekcję zdjęć w sepii na prywatnym kominku – bo Frau Trude była mistrzynią Garmisch w slalomie specjalnym w roku 1960.
[srodtytul]Łyżka do zupy[/srodtytul]
Do doliny rzeki Inn jeździ się już stadnie. Na trasie widać busy ekip, na stacjach benzynowych też. W budynku jednej z nich rosyjscy trenerzy piją kawę, a najmłodszy skoczek, dygocząc z zimna, czyści oszronione szyby. – Tak trzeba – mówi zrezygnowany.
Nawet gdy nie ma skoków, warto wjechać na wzgórze nad Innsbruckiem z obowiązkowym pomnikiem Franza Josefa (cesarz stoi w parku tyłem do skoczni). Z kawiarni na wieży Bergisel podziwia się góry w całej potędze, wydaje się, że samoloty lecą doliną na wysokości oczu. Nowa skocznia, wymyślona przez brytyjską Irankę Zahę Hadid, też jest niezwykła. Z grubsza przypomina gigantyczną łyżkę do zupy. Pani architekt twierdzi, że w swych pracach przekazuje treści feministyczne, więc można szukać. To prawda, że z góry skoczkowie widzą tuż za zeskokiem cmentarz, a lekko z lewej mogą dostrzec budynek Pädagogische Hochschule Tirol, w której jest sala gimnastyczna, a w niej biuro prasowe.
Bergisel to także okazja, by za cenę 1 euro z pięciocentówki wybić sobie pamiątkowy medal i na tablicy pod progiem przeczytać w czterech językach, że ostatni skok na starej olimpijskiej skoczni (z 1976 roku) wykonał Adam Małysz.
[srodtytul]Trąby i słoma[/srodtytul]
Koniec turnieju jest w Bischofshofen, które ma 1300 lat, więc zgodnie z wiekiem ożywa rzadko, tylko raz w roku, 6 stycznia. To święto z nutą nostalgii, nawet dyrektor Walter Hofer przyjeżdża pod skocznię z żoną i pokazuje jej imprezę, która Polakom najbardziej może przypominać zakopiańską fetę pod Krokwią.
Głośna muzyka, głośny doping, trąby i słoma rzucana na błoto na trybunach. Tylko zapach grzanego wina jest znacznie silniejszy niż pod Tatrami. I menu inne: parówki z bułą lub knödelsuppe – dwa dania główne całego turnieju.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA