fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Surowce i Chemia

Wybuch w kopalni Wujek-Śląsk: górnik został bez pracy

18 września 2009 w kopalni Wujek-Śląsk wybuchł metan. Zginęło 12 górników, ośmiu kolejnych zmarło w szpitalach.
Fotorzepa, Tomasz Jodłowski TJ Tomasz Jodłowski
Górnik, który nagrywał fałszowanie wskazań metanomierzy w kopalni Wujek-Śląsk i ujawnił film telewizji, został bez pracy
Rok temu Leszek G., górnik pracujący w kopalni Wujek-Śląsk w Katowicach, przekazał stacji TVN 24 film, który wstrząsnął opinią publiczną. Można było na nim zobaczyć, jak fałszuje się wskazania stężenia metanu i naraża w ten sposób życie górników.
– Myślałem, że jako młody człowiek zmienię coś w górnictwie. Ale już tak nie myślę – mówi dziś gorzko 33-letni górnik. Od pięciu miesięcy jest bez pracy.
[srodtytul]Odsunięty od czujników [/srodtytul]
Leszek G. pracował w kopalni Wujek od grudnia 2006 r., najpierw jako pracownik działu wentylacji. Był po ekonomiku, wieczorowo zrobił uprawnienia górnicze. Trzy lata temu, we wrześniu, podczas pracy uszkodził sobie kręgosłup. – Przenosiliśmy tony pyłu, bywało, że na jednej dniówce trzeba było w czterech rozładować 20 ton. I tak nabawiłem się przepukliny kręgosłupa – wspomina. Kopalnia uznała jednak, że nie był to wypadek przy pracy.
Po powrocie z rehabilitacji Leszek G. od jesieni 2008 r. zaczął pracę w Wujku jako tzw. metaniarz. Odpowiadał za ścianę 9. Miał pilnować czujników metanu tam, gdzie fedrowano. – Wtedy zobaczyłem, jak wygląda to całe kopalniane BHP – opowiada G.
Metan to gaz wypływający z górotworu. W zbyt dużym stężeniu może być dla człowieka śmiertelny. Do eksplozji wystarczy iskra. Dlatego właśnie przy zbyt wysokim stężeniu czujniki metanomierzy wybijają, czyli odcinają prąd w kopalniach. Praca zostaje wówczas przerwana. Dla zakładów to straty.
Według relacji G. procedury w kopalni sprowadzały się do prostego hasła: górnicy mają pracować, a czujniki mają chodzić. – Dyspozytor potrafił mnie zrugać: Jak będziesz miał tyle wybić, osobiście zjadę na dół i ci jaja urwę – mówi Leszek G. – A przecież to chodziło o życie każdego z nas. Ja nie mogłem tego pojąć.
W kwietniu 2009 r. na ścianie, którą kontrolował z czujnikiem Leszek G., wybić prądu było dużo. – Fedrunek stawał, przodowi, dyspozytor, wszyscy byli na mnie wściekli – wspomina młody górnik. – Nie chciałem fałszować wyników stężeń, więc mnie odsunęli od czujników. G. skierowano do ciężkiej fizycznej pracy: noszenia rur do odmetanowania i kostki do budowy tam izolacyjnych. Dlaczego? Jego przełożony kierownik działu wentylacji ocenił, że górnik "nie posiada zdolności organizacyjnych".
[srodtytul]Kontrola nie dotarła [/srodtytul]
Leszek G. wysłał anonim na policję, w którym dokładnie poinformował o przekroczeniach stężeniu metanu. Wskazał ścianę 5 w Śląsku i 9 w Wujku. Dlaczego? – Bo chciałem żyć i nie chciałem mieć na sumieniu innych. A moje uwagi dozór ignorował – mówi.
Policja zleciła Wyższemu Urzędowi Górniczemu kontrolę dwóch ścian wskazanych przez anonimowe źródło. Przeprowadzono dwie.
W jednej uczestniczył Leszek G. – Przed pierwszą kontrolą zjechaliśmy na dół ponaglani przez szefów, że mamy się pospieszyć, bo Wyższy Urząd Górniczy jedzie – relacjonuje. – W wentylatorach na szybko montowaliśmy nawiewy, wietrzyliśmy chodnik. Szedłem za inspektorem WUG ze swoim metanomierzem. Inspektor wpisał 1,9 proc. stężenia metanu, a na moim wynosiło 7,6 proc.
Druga kontrola też się nie udała. Specjalnie zalano chodnik, żeby kontrolerzy nie mogli wejść. Leszek G. zeznał o tym później w katowickiej prokuraturze.
[srodtytul]Leszek nagrywa [/srodtytul]
G. postanowił nagrać to, co naprawdę dzieje się w kopalni. – Wszyscy o tym mówili, słyszeli. A ja postanowiłem zdobyć dowody. Bo chcę żyć – tłumaczy.
Przez cztery miesiące prywatną kamerą nagrywał wskazania ręcznego metanomierza, który miał przy sobie w kopalni, jednocześnie filmował, jakie stężenie metanu pokazuje czujnik stacjonarny umocowany w ścianie kopalni.
Na nagraniach z 28 i 29 kwietnia 2009 r. – czyli trzy lata po wielkiej tragedii w Halembie – G. zarejestrował, jak różnią się te pomiary. Ręczny metanomierz wskazuje np. 9 proc. (zagrożenie wybuchem), a dyspozytor metanometrii, który odpowiada za kontrolę w kopalni, podaje, że on ma na górze tylko 1,6 proc.
Jak to możliwe? Górnik opowiada, że wynik zaniża się przez umocowanie czujnika u wlotu świeżego powietrza. G. nagrał kamerą więcej takich "dniówek".
[srodtytul]Tam był mój brat [/srodtytul]
Pięć miesięcy później, 18 września, w kopalni Wujek-Śląsk doszło do katastrofy. 1050 metrów pod ziemią, na ścianie 5, w tzw. ruchu Śląsk wybuchł metan. Zginęło 12 górników, ośmiu kolejnych zmarło w szpitalach, ok. 36 odniosło obrażenia.
Wśród rannych był brat Leszka G., 28-letni ślusarz z kopalni Wujek-Śląsk. W szpitalu spędził trzy tygodnie.
– To dlatego ujawniłem te nagrania TVN. Byłem przekonany, że brat zginął, a ja, wiedząc o metanie, nic nie zrobiłem. Było mi już wszystko jedno – przyznaje dziś Leszek G. G. miał więcej nagrań, nie tylko te pokazane w telewizji. Otrzymała je Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a po katastrofie prokuratura.
Górnik przyznaje w rozmowie z "Rz", że od stycznia 2009 r. skrupulatnie zapisywał w zeszycie, kiedy, z kim i gdzie pracował i jakie stężenie wykazują jego czujniki, a jakie na ścianie.
G. brał na dół dwa metanomierze, by nikt nie podważył tych wyników.
– Odpowiadałem za pilnowanie ściany, a dokładnie czujników. Na zmianie rannej i popołudniowej było nas po dwóch, na nocnej – jeden. Kiedy byłem sam, rejestrowałem to kamerą. Potem zapisywałem wyniki, a właściwie ich różnicę w specjalnym zeszycie. Po przyjściu z pracy jeszcze raz dokładnie wpisywałem to samo do komputera. Po katastrofie nie wiem skąd i jak, w kopalni wszyscy wiedzieli, że to robiłem. Włamano się do mojej kopalnianej szafki. Wszystko skradziono, w tym zeszyt.
[srodtytul]Trzy razy zwalniany [/srodtytul]
Po katastrofie Leszek G. poszedł na zwolnienie i rehabilitację kręgosłupa. Lekarz z ZUS najpierw przyznał mu miesiąc rehabilitacji, potem, po krótkim powrocie do pracy, kolejne pięć miesięcy.
Leszek G., któremu orzecznik ZUS napisał, że ma wykonywać lekką pracę, starał się o zmianę warunków. Pisał pisma do dyrekcji. Nic nie wskórał. A kiedy pojawiał się na kopalni, słyszał o sobie "agent", "filmowiec". Ktoś poprzebijał opony w jego samochodzie. Z dokumentów wynika, że w ciągu trzech miesięcy dyrekcja kopalni Wujek-Śląsk zwolniła Leszka G. trzy razy, za każdym razem bez wypowiedzenia.
Dwukrotnie z "powodu ciężkiego naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych", a ściślej za nieobecność w pracy. Jednak za każdym razem wycofywano się z tego, kiedy się okazywało, że G. ma zwolnienie lekarskie.
Ostatecznie zwolniono go 30 kwietnia z powodu "wyczerpania podstawowego okresu zasiłku chorobowego tj. 182 dni".
W kwietniu G. napisał podanie do Stanisława Gajosa, prezesa Katowickiego Holdingu Węglowego, do której należy kopalnia Wujek-Śląsk, aby zgodził się go przenieść do innej kopalni. Odpisano mu, że dyrekcja podjęła zgodną z prawem decyzję o zwolnieniu go z pracy.
Leszek G. nie wytrzymał. 4 maja sam złożył podanie o zwolnienie i oskarżył pracodawcę o "naruszenie podstawowych obowiązków wobec pracownika". Prokuratura czeka na ekspertyzę
Pół roku po katastrofie w kopalni Wujek-Śląsk specjalna komisja powołana przez prezesa WUG potwierdziła m.in. zarzuty Leszka G., które mówiły o niewystarczającej wentylacji chodnika. Jak ustaliła komisja, w dniu katastrofy, od godziny 8.50 do chwili wybuchu, jaki nastąpił o 10.10, nie zrobiono nic, aby wyjaśnić, dlaczego metanomierz automatyczny wskazał przekroczenie dopuszczalnego stężenia metanu w tym rejonie. Nikt nie zareagował.
Leszek G.: – Nikt nie reagował, bo to norma.
Dwa tygodnie temu Okręgowy Urząd Górniczy w Katowicach, który prowadził postępowanie po wypadku, uznał, że za tragedię odpowiada 36 pracowników kopalni (wśród nich dwóch, którzy zginęli). Urząd skierował do sądu wnioski o ukaranie winnych, m.in. członka kierownictwa kopalni (główny elektryk) i ośmiu pracowników tzw. dozoru wyższego. Wszyscy wciąż pracują w kopalni, ale na innych stanowiskach.
Dziesięć osób ma zakaz pracy w kopalni, w tym dwie z kierownictwa zakładu.
– Pracuję w górnictwie od 22 lat i niejedno już widziałem, ale takiego drugiego piątku jak 18 września 2009 roku chyba już nie zdołałbym przeżyć – mówi Piotr Litwa, prezes WUG. – Przy tej katastrofie jeszcze raz potwierdziło się to, co wiedzieliśmy od 20 lat, że największym zagrożeniem w górnictwie węgla kamiennego jest metan połączony z ludzką brawurą, niedbalstwem i niefrasobliwością. 20 osób nie straciłoby życia w tej kopalni, gdyby przestrzegano przepisów, gdyby dbano należycie o urządzenia, gdyby prawidłowo wykonywano naprawy.
Jeszcze w tym tygodniu do Prokuratury Okręgowej w Katowicach ma wpłynąć ekspertyza zespołu biegłych specjalistów z Wydziału Górnictwa i Geologii Politechniki Śląskiej w Gliwicach. – To dla nas ważny dokument, bo podsumowujący i oceniający wszystkie ustalenia prokuratury. Wtedy będziemy mogli mówić o ewentualnych zarzutach – mówi prof. Marta Zawada-Dybek, rzeczniczka prokuratury. Zawada-Dybek potwierdza, że są dowody na nieprawidłowości w kopalni.
– Nie mam złudzeń. Ukarano mnie za to, że nie godziłem się na patologię – mówi bezrobotny dziś Leszek G. – A ja nie mogłem tego znieść. Ja ryzykowałem swoje życie i innych i nie godziłem się na to.
Jego brat leczy się od roku z depresji. Kopalnia uznała, że uraz psychiczny nie jest efektem wypadku w pracy. Odmówiła mu wypłaty odszkodowania.
Rzecznik holdingu Ryszard Fedorowski na wszystkie nasze pytania odpowiedział jedynie: – Pan G. złożył wypowiedzenie 4 maja, powołując się na art. 55 § 1 kodeksu pracy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA