fbTrack

Kraj

Turysta krąży po mieście duchów

Kłomino, podobnie jak pobliskie Borne-Sulinowo, było bazą Armii Radzieckiej, ale po wycofaniu żołnierzy nie zostało zasiedlone. Jest stopniowo wyburzane. Na zdjęciu w 2006 r.
Fotorzepa, Roman Bosiacki
Opuszczone domy, fabryki, fortyfikacje – zwykle z dala od popularnych szlaków. Ale mają coraz więcej entuzjastów
Krzysztofa Lisieckiego, poznaniaka, od kilku lat pasjonują opuszczone miejsca. – Najpierw były pozostałości Twierdzy Poznań. Chodziłem, oglądałem, fotografowałem. I tak połknąłem haczyk – wspomina.
Zaczął szukać podobnych miejsc, najpierw w Polsce, potem za granicą. Kilka dni temu wrócił z Węgier. – Oglądaliśmy budowle pozostawione przez Armię Radziecką – mówi. Wraz z kolegą założył stronę internetową, na której dokumentuje wyprawy. W swojej pasji Krzysztof nie jest odosobniony. W Internecie znaleźć można co najmniej kilkanaście podobnych polskich stron. Na forach toczą się dyskusje o takich wyprawach, a filmy z nich trafiają na portale społecznościowe. W Polsce kwitnie zjawisko zaliczane do nurtu tzw. Urban Exploration. Odwołując się do terminu szkockiego pisarza i podróżnika Daniela Kaldera, można by je też określić mianem antyturystyki.
[srodtytul]Pustka po gorączce[/srodtytul] Dlaczego ludzie chcą oglądać zapomniane, nierzadko zrujnowane budynki? Autorzy stron piszą o magii, dziwnej mocy, która prowadzi do uzależnienia. Sporo na ten temat może powiedzieć Izabela Kwiecińska, redaktor naczelna pisma "Odkrywca". – W opuszczone miejsca jeżdżę od ośmiu lat. Staram się na podstawie własnej obserwacji dojść, jak wyglądało tam życie. To jak rozwiązywanie zagadki, rekonstruowanie nieistniejącego już świata, odsłanianie tajemnicy – wyjaśnia. Czasem brzmi to bardzo dosłownie. Tak jest chociażby w przypadku polskich ghost towns, czyli miast-widm. Angielski termin powstał na określenie miejscowości czy osad opuszczonych przez mieszkańców. Przyczyny mogą być różne. Na zachodzie Stanów Zjednoczonych leżą miasteczka Delamar Ghost Town i Skidoo. Na przełomie XIX i XX w. założyli je poszukiwacze złota. Opustoszały, kiedy zabrakło kruszcu. Podobnych miejscowości są w USA dziesiątki, jeśli nie setki. [srodtytul]Pustka po awarii[/srodtytul] W ciągu kilkunastu godzin w miasto widmo zmieniła się ukraińska Prypeć. Mieszkańców ewakuowano na wieść o awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Tylko nieco dłużej pustoszało al Kunajtira w Syrii. Ludzie zostali stamtąd wyprowadzeni, kiedy po wojnie Jom Kippur pomiędzy Izraelem a państwami arabskimi miasto było przekazywane siłom ONZ. W Bieszczadach natrafić można na pozostałości wsi, które nigdy nie podniosły się po wysiedleniach prowadzonych w ramach akcji "Wisła". Jest też Miedzianka na Dolnym Śląsku. W jej okolicach przez wieki wydobywano miedź i kobalt, ale eksploatacja prowadzona w nieodpowiedni sposób poczyniła ogromne szkody. W latach 70. mieszkańcy zostali przeniesieni, głównie do Jeleniej Góry, a miejscowość niemal w całości starta z powierzchni ziemi. Jednak istnienie w Polsce ghost towns wiąże się przede wszystkim z obecnością Armii Radzieckiej. Przez krótką chwilę do tej kategorii można było zaliczyć Borne-Sulinowo w województwie zachodniopomorskim. Miasteczkopowstało jeszcze w latach 30. z myślą o niemieckim wojsku. Po II wojnie światowej ziemie przypadły Polsce, ale w Bornem przez blisko pół wieku znajdował się największy nad Wisłą garnizon Armii Radzieckiej. Miejscowość została rozbudowana, lecz zniknęła z wszelkich map. Dostępu do niej bronili uzbrojeni strażnicy. W 1992 roku sowieccy żołnierze wyjechali z Polski, a Borne opustoszało. Przez rok pilnowało go polskie wojsko, wreszcie zostało przekazane cywilom i stało się siedzibą gminy. Obecnie liczy blisko 5 tys. mieszkańców. Inaczej potoczyły się losy położonego kilkanaście kilometrów dalej Kłomina. Miasteczko również znajdowało się w radzieckiej enklawie i podobnie jak Borne 18 lat temu zostało porzucone przez mieszkańców. Do dziś jednak stoi opustoszałe. Izabela Kwiecińska odwiedziła je kilka lat temu. – Chodziliśmy po pustych ulicach i blokach, trafiliśmy do porzuconego przedszkola, widzieliśmy rysunki kobiet z sierpami i zbożem. Wówczas wszędzie jeszcze było widać wyraźne ślady bytności mieszkańców – opowiada. – Dla nas to był zupełnie inny świat. Pierwszy raz mogliśmy zobaczyć miejsce, o którym przez długi czas było wiadomo tylko tyle, że istnieje. Myślę, że właśnie to stanowi największy wabik. Pustka da zarobić Ale antyturystykę i turystykę dzieli naprawdę niewiele. Coraz częściej opuszczone miejsca stają się celem zorganizowanych wycieczek. Tak dzieje się chociażby w Stanach Zjednoczonych, gdzie niektóre miasta widma ze względu na swoją popularność objęte zostały prawną ochroną, np. Oatman (ma ok. 160 mieszkańców, którzy zarabiają na takiej turystyce). Jeszcze lepszy przykład stanowią miejscowości położone w tak zwanej zonie, która powstała wokół uszkodzonej elektrowni w Czarnobylu. Samodzielny wyjazd jest ryzykowny, żeby nie powiedzieć niemożliwy, bo terenu strzeże wojsko. Wycieczkę można jednak wykupić choćby na Ukrainie czy w Polsce. Od 2008 r. zajmuje się tym m.in. biuro podróży Bispol z Jasła. – Zainteresowanie jest ogromne. W ubiegłym roku zorganizowaliśmy dziewięć wypraw, każda dla 40 osób. W tym roku robimy dziesięć. Miejsca trzeba rezerwować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem – wyjaśnia Mateusz Rak z Bispolu. Chętni wjeżdżają do strefy na kilka godzin. Oglądają m.in. Prypeć, miasto Czarnobyl, okolice elektrowni. Kto jeździ na takie wycieczki? – W ubiegłym roku 80 proc. stanowiły osoby pomiędzy 18. a 35. rokiem życia. Teraz proporcje trochę się zmieniły, ale i tak młodzi przeważają. Spora grupa to entuzjaści ukraińskiej gry komputerowej "S. T. A. L. K. E. R.: Cień Czernobyla", której fabuła osadzona jest w strefie – wylicza Rak. [srodtytul]Pustka na mapie[/srodtytul] Sławę zamkniętego, a potem opuszczonego, miasta stara się też wykorzystać Borne-Sulinowo. Wytyczono trakt spacerowy. Turyści mogą obejrzeć np. dawną kantynę oficerską, osiedle bloków z wielkiej płyty, którą produkowała Leningradzka Fabryka Domów, willę generała Wiktora Dubynina, jednego z dowódców Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej. Autorzy strony miasta kuszą też możliwością wykonania zdjęć, jakich nie sposób zrobić gdzie indziej, np. opustoszałych magazynów żywnościowych wzniesionych przez Niemców, a potem wykorzystywanych przez Rosjan. – Naszą sztandarową imprezą jest Międzynarodowy Zlot Pojazdów Militarnych. Ostatnio przyciągnął 50 tys. widzów – mówi Agnieszka Soćko z Urzędu Miejskiego. Tegoroczna impreza rozpocznie się dziś. Potrwa cztery dni. [wyimek]Dołącz do fanów rp.pl/podroze na [b][link=http://www.facebook.com/pages/Serwis-podrozniczy-rppl/112026308811895]Facebooku[/link][/b][/wyimek] Zazwyczaj jednak żywot opuszczonych miejscowości i budowli jest dość krótki. Zostawione na pastwę losu, po prostu się rozpadają, czasem są systematycznie wyburzane. Tak jest w przypadku Kłomina. – W tej chwili mieszka tam tylko jedna rodzina. Część budynków została rozebrana, część jest wykorzystywana przez amatorów paintballu – mówi Soćko. Jak dodaje, wcześniej czy później Kłomino pewnie zniknie z mapy Polski. A Lisiecki radzi: – Tym bardziej należy się spieszyć, by podobne miejsca zobaczyć i uwiecznić na zdjęciach.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL